wrz
22

“Świat, któ­rego nie widzę” Remi­giusz Szuman

- Mówię o sobie cza­sami, że jestem żebra­kiem, z tym, że lepiej ubra­nym i nie bez­dom­nym. Ale czy wszy­scy w jakiś spo­sób nie jeste­śmy żebrakami?

Spo­ty­kamy się w pochmurny, sierp­niowy wie­czór. Remi­giusz Szu­man czeka na mnie przed domem, w któ­rym mie­ści się jego pra­cow­nia. Stoi w bra­mie, zwró­cony w stronę, z któ­rej nad­cho­dzę, ręce opiera na bia­łej lasce. Widzę go z daleka, a on „widzi” mnie.

Remigiusz Szuman z gitarą Lekko doty­ka­jąc laską chod­nika pro­wa­dzi mnie przez ogród do pra­cowni – pokoju peł­nego ksią­żek i płyt, o tej porze dnia pogrą­żo­nego w mroku.

- Jeśli potrze­buje pani świa­tła, pro­szę sobie zapa­lić, ja tego nigdy nie wiem.

Wycho­dzi na chwilę przy­go­to­wać kawę, nasza roz­mowa mocno się przedłuży.

Remi­giusz Szu­man jest muzy­kiem, spe­cja­li­zuje się w grze na gita­rze kla­sycz­nej. Ma 36 lat, żonę i troje dzieci. W Mosi­nie mieszka od uro­dze­nia. Dwa lata temu pod­jął stu­dia na Aka­de­mii Muzycz­nej we Wro­cła­wiu w kla­sie gitary u zna­ko­mi­tego wykła­dowcy i muzyka, Jaremy Kli­cha. Od wielu lat uczest­ni­czy w róż­nych pro­jek­tach: duet z dru­gim gita­rzy­stą, z woka­listką, wspólne muzy­ko­wa­nie w stu­diu poezji śpie­wa­nej w Zamku Poznań­skim. Był też czas w jego życiu, kiedy sporo gry­wał w kawiar­niach i restau­ra­cjach w Pozna­niu. W 2003 roku nagrał zbiór melo­dii opra­co­wa­nych na gitarę kla­syczną. Kocha Cho­pina, Beetho­vena, słu­cha muzyki jaz­zo­wej, roc­ko­wej. Obec­nie uczest­ni­czy w duecie skrzyp­cowo – gita­ro­wym. Pra­cuje także nad pro­gra­mem zło­żo­nym z utwo­rów autor­skich. Inte­re­suje się lite­ra­turą, poezją, filozofią.

Ludzie oka­zują mu wielki podziw i uznanie.

Nie wiem na ile jest to słuszne…

Nie widzi od urodzenia

- To jest  jaskra, cho­roba oczu, która aku­rat mnie dotknęła, taki otrzy­ma­łem dar, mówi Pan Remi­giusz, sta­wia­jąc kawę na stole. - Cho­roba zaata­ko­wała mnie po uro­dze­niu, acz­kol­wiek sły­sza­łem, że jeśli nastę­puje w tak wcze­snym okre­sie życia, kwa­li­fi­kuje się jako wada wro­dzona. W mojej rodzi­nie nie ma takiego przy­padku, nie mogę powie­dzieć, żebym ją odzie­dzi­czył. Ja po pro­stu otrzy­ma­łem dar.

Powoli doj­rzewa do przy­ję­cia tego daru:

- Tak naprawdę wszystko, co mamy – dosta­li­śmy. Począw­szy od daru życia, które każ­demu przy­pada prze­żyć w okre­ślo­nych oko­licz­no­ściach. Z bie­giem lat zaczy­nam rozu­mieć, jakie to jest cenne. Nie wia­domo, co by było, gdy­bym widział, jakim był­bym czło­wie­kiem. Nie­peł­no­spraw­ność pomaga mi w sta­wa­niu w praw­dzie z rze­czy­wi­sto­ścią, co nie zna­czy, że czło­wiek nie ma moż­li­wo­ści ucieczki od swo­jej rze­czy­wi­sto­ści, rów­nież wtedy, gdy jest chory.

Dzięki swo­jej nie­peł­no­spraw­no­ści jest bar­dziej zależny od innych, pomimo, że jest dość samo­dzielny. Ale i tak, nawet będąc tym samo­dziel­nym czło­wie­kiem — w porów­na­niu ze zdro­wymi zawsze będzie bar­dzo potrze­bo­wał pomocy.

- I to jest wspa­niała droga do tego, żeby zoba­czyć jak się rze­czy mają. Wszystko, co robię — praca, stu­dia, przy­go­to­wa­nia do kon­certu — wymaga mojego wysiłku, ale zawsze rodzina, zna­jomi muszą coś dla mnie zro­bić. Potem bar­dzo chęt­nie, skwa­pli­wie nawet nad­sta­wiam ucha na pochwały, ale prawda jest taka, że to nie jest tylko moja zasługa.

Jest to coś, co może czło­wieka frustrować?

- Zauwa­ży­łem, że o ile mnie to fru­struje, o tyle zna­czy, że gdzieś tam drze­mie we mnie pycha, która domaga się, żebym to ja był trium­fa­to­rem i sobie przy­pi­sy­wał wszystko, co mam.

Ale ludzie zwy­kli wła­śnie w ten spo­sób myśleć i mówić: to, co mam sobie zawdzię­czam, bo jestem taki zdolny, pracowity.

- Tym­cza­sem ele­ment wkładu wła­snego, uży­wa­jąc ter­mi­no­lo­gii eko­no­micz­nej, jest bar­dzo istotny, ale nikt nic by nie miał, gdyby nie dostał takich moż­li­wo­ści z góry, mówiąc wprost – od Boga. Sytu­acja, która wymaga pro­sze­nia pomaga zro­zu­mieć te rze­czy. Dla­tego uwa­żam, że jest to dar. Wszy­scy jeste­śmy sobie potrzebni i ja tego głę­boko doświad­czam. Łatwiej jest mi zro­zu­mieć tych, któ­rzy pro­szą, i któ­rych czę­sto  się odrzuca.

Trudno jest wczuć się w  poło­że­nie osób nie­peł­no­spraw­nych, jeśli jest się zdrowym.

- Nato­miast ja mówię o sobie cza­sem, że jestem żebra­kiem, tylko lepiej ubra­nym i nie bez­dom­nym. Ale czy wszy­scy w jakiś spo­sób nie jeste­śmy żebra­kami? Wszy­scy potrze­bu­jemy miło­ści i akcep­ta­cji dru­giego czło­wieka, wszy­scy cier­pimy i na szczę­ście sami nie jeste­śmy w sta­nie pora­dzić sobie. Co by było, gdyby każdy z nas miał tyle pie­nię­dzy – a mamy wielką wiarę w moc pie­nią­dza, — że mógłby wszystko sobie zapewnić?

Życie sta­łoby się kosz­ma­rem, nie byłoby miej­sca na miłość, przy­jaźń, na to, co możemy sobie dać. Pie­nią­dze mogą być groźne. Dopóty, dopóki potrze­bu­jemy dru­giego czło­wieka rela­cje mię­dzy nami są głębsze.

- Mój dar jest pomocą, chroni mnie przed zagro­że­niami, leczy z pychy, uczy pokory. Jest wręcz fascy­nu­jące, kiedy doznaję pomocy i dobrych uczuć od ludzi, któ­rzy zyskali sobie złą opi­nię. Cza­sem jest tak, że wszy­scy mówią o nich źle, a ja mam z tymi ludźmi dobre doświad­cze­nie. Być może ktoś taki jak ja wywo­łuje w nich dobro i to dobro ujaw­nia się.

Jed­nak cho­roba, nie­peł­no­spraw­ność jest  cier­pie­niem, krzyżem…

- Kła­mał­bym, gdy­bym twier­dził, że zawsze to kocham. Pod­ją­łem wiele prób, żeby od tego uciec, ale wiem, że warto uczyć się doceniać.

Świat, któ­rego nie widzę

Tak naprawdę nie widzimy swo­ich światów…

- Oboje doty­kamy bariery, tylko z dwóch róż­nych stron, ponie­waż jeżeli ja nie widzę prak­tycz­nie od początku — nie pamię­tam jak to jest, kiedy się widzi — w prze­ci­wień­stwie do pani, która zawsze widziała ten świat, możemy tylko pró­bo­wać coś sobie wyobra­zić: jak to jest, gdy­bym ja to widział, albo jak to jest, gdyby pani tego nie widziała. Nie da się tego zde­fi­nio­wać, bo żadne z nas nie ma punktu odnie­sie­nia, nie zna tej dru­giej sytu­acji. Ja sobie wszystko jakoś wyobra­żam, ale w żaden spo­sób nie da się  skon­fron­to­wać tych wyobra­żeń. Gdy­bym nagle zaczął widzieć, pew­nie bym się zdzi­wił. I chy­bione są takie efek­towne porów­na­nia, meta­fora, już nie raz ją sły­sza­łem w odnie­sie­niu do sie­bie i innych nie­wi­do­mych: życie w świe­cie ciemności.

Ciem­ność jest, jak ktoś zamknie oczy, albo zga­szą mu świa­tło i nastę­puje stan odmienny.

- Nato­miast dla mnie to nie jest stan odmienny, jest to stan stały, nor­malny. Jest cha­rak­te­ry­styczne, że zadała pani to pyta­nie. I bar­dzo dobrze, bo te pyta­nia też spro­wa­dzają mnie na zie­mię. Mia­łem z tym pewien kło­pot: ludzie, któ­rzy mnie poznają i mają odwagę – pytają: słu­chaj, a jak ty np. zale­wasz her­batę, jak roz­po­zna­jesz pie­nią­dze, jak sobie radzisz w tej czy innej sytuacji.

To jest dla nich inte­re­su­jące, muzy­ków jest pełno, świet­nych gita­rzy­stów też, a tu żyje czło­wiek tro­chę ina­czej niż wszyscy…

- A ja bym chciał opo­wia­dać o jakiejś muzyce (śmiech). Wiele razy mnie to dener­wo­wało, a prawda jest taka, że nie można od tego ucie­kać, bo to moja praw­dziwa realna rze­czy­wi­stość i o tym rozmawiamy.

Nie widzi Pan swo­jej żony, dzieci — rozu­miem, że dużą rolę odgrywa dotyk, ale już dom naprze­ciwko czy piękne wzgó­rze pożegowskie…

- Nie­wąt­pli­wie jestem cze­goś pozba­wiony, kra­jo­brazy odpa­dają, nie będę się oszu­ki­wał, choć wiele razy byłem w górach i cho­dzi­łem po nich. Ich piękna nie widzę, ale pozo­staje satys­fak­cja, że się wej­dzie na szczyt.

Naj­więk­sze osią­gnię­cie tury­styczne Remi­giu­sza Szu­mana to wej­ście na Gie­wont i nie jest on jedy­nym nie­wi­do­mym, który poko­nał tą trasę.

- Wsze­dłem z doświad­czo­nym prze­wod­ni­kiem, a kiedy scho­dzi­li­śmy zaży­czy­łem sobie zej­ścia trud­niej­szym szla­kiem, czego zresztą potem żało­wa­łem, tro­chę mnie ponio­sło, było ślisko po desz­czu. Więc raz – satys­fak­cja, po dru­gie poczu­cie otwar­tej prze­strzeni – to są moje dozna­nia. Tych pięk­nych kra­jo­bra­zów nie prze­żyję – nie zoba­czę… Tak bar­dzo mnie to nie boli, nie wiem do końca, co tracę, więc nie zasta­na­wiam się nad tym, nie zagłę­biam w to, jak coś wygląda.

Sku­pia się bar­dziej na rela­cjach z oto­cze­niem, pomaga to szcze­gól­nie na kon­cer­tach, patrze­nie na arty­stę może prze­szka­dzać, gesty i miny muzyka mogą zafał­szo­wać odbiór tego, co gra. Żeby sku­pić się na muzyce wystar­czy zamknąć oczy, wielu to czyni.

- Myślę, że nie­wi­dze­nie wymu­sza – kie­ruje uwagę na inne tory, na to, żeby posił­ko­wać się innymi zmy­słami, jak naj­wię­cej wysły­szeć w gło­sie, tonie dru­giej osoby, żeby pró­bo­wać nawią­zać z nią kon­takt, który zastąpi kon­takt wzro­kowy. Mam zna­jo­mych, któ­rzy eks­pe­ry­men­to­wali i zauwa­żyli, że fak­tycz­nie – jeśli przez dłuż­szy czas robią coś z zamknię­tymi oczami – zaczy­nają zwra­cać uwagę na to, co sły­szą. Ja sły­szę rze­czy, któ­rych inni nie sły­szą, np. jak odbi­jają się kroki, jak stuka moja laska o chod­nik — jej dźwięk daje mi infor­ma­cję, bo się od cze­goś odbija. Ina­czej brzmi na tere­nie otwar­tym, ina­czej na zabu­do­wa­nym (zasada echolokacji).

Jeź­dzi sam pocią­giem, auto­bu­sem, są takie miej­sca w Mosi­nie, w któ­rych zna na pamięć każdą nie­rów­ność w chod­niku i poru­sza się bar­dzo swo­bod­nie, co wywo­łuje zdzi­wie­nie i niedowierzanie.

- Nawet sły­sza­łem już takie głosy: on udaje ślepego. Ale w momen­cie, kiedy znajdę się w tere­nie nie­zna­nym sytu­acja zmie­nia się diametralnie.

Kto to jest ten niewidomy

Pew­nych rze­czy ze swo­imi dziećmi nie robi, nie może z synem pograć w piłkę na boisku, ale:

-          Cza­sem gramy w domu. Sta­jemy, jeden w drzwiach kuchni, drugi pokoju, waru­nek jest tylko taki, że piłka musi odbi­jać się od ziemi, nie może całego toru prze­być w powie­trzu, bo wtedy nie mam szans jej zlokalizować.

Może dzie­ciom czy­tać książki dru­ko­wane Bra­il­lem, może  z nimi iść na plac zabaw, ufa­jąc Opatrzności.

- Dzieci przyj­mują za normę to, co aku­rat zastają; przy­cho­dzą na świat, w pew­nym momen­cie dociera do nich, że tata nie widzi i już. Któ­re­goś roku w kla­sie jed­nej z moich córek dzieci prze­ra­biały czy­tankę o nie­wi­do­mej dziew­czynce. Zosta­łem zapro­szony na lek­cję i opo­wia­da­łem jak to jest, kiedy się nie widzi.

W ten spo­sób Remi­giusz Szu­man spo­tkał się z kil­koma kla­sami mosiń­skiej „Jedynki” i miał oka­zję stwier­dzić, że przy­nosi to dobre rezultaty.

- Kie­dyś w Mosi­nie byłem sen­sa­cją, a dzieci krzy­czały za mną, teraz prze­stało się to zda­rzać. Moje nie­wi­dze­nie nie jest już zja­wi­skiem nie znanym.

Jeśli cze­goś nie znamy pró­bu­jemy to sobie wyobra­zić, wyobra­że­nia czę­sto odbie­gają od rzeczywistości.

- Dzieci mogły naocz­nie i nausz­nie stwier­dzić, kto to jest ten nie­wi­domy, mogły mnie dotknąć, prze­ko­nać się, że umiem mówić, zapy­tać o coś. A ja mia­łem oka­zję opo­wie­dzieć im, jak za mną krzy­czano, co kie­dyś było nagminne, np.: stój prze­szkoda, w prawo, w lewo (śmiech). Teraz mam duży dystans, ale nie zawsze mnie to śmie­szyło. Po naszych spo­tka­niach dzieci już na pewno nie będą tego robić, są już z tym pro­ble­mem oswojone.

Doro­śli reagują inaczej

 Kiedy cho­dzi po uli­cach Mosiny i Pozna­nia, ma do czy­nie­nia z wiel­kim spek­trum zacho­wań– od bar­dzo otwar­tych i swo­bod­nych do przy­krych. Pierw­sza z tych postaw doty­czy naj­czę­ściej ludzi, któ­rzy zetknęli się już z niepełnosprawnymi.

- Jeśli ktoś nie miał takiego doświad­cze­nia, bywa róż­nie. Cza­sami naty­kam się i na takie wyobra­że­nia: nie widzi, zna­czy też chyba nie sły­szy i za bar­dzo  nie kuma. Są i tacy, któ­rzy tak bar­dzo boją się, że udają, że mnie nie słyszą.

Cała nadzieja nie­wi­do­mych w sygna­li­za­cji dźwię­ko­wej, w Mosi­nie jej nie ma — ulica Poznań­ska to stała trasa Remi­giu­sza Szu­mana z domu do pra­cowni. Poznań, duże i bogate mia­sto ma ich zale­d­wie kilka. Na szczę­ście świat się otwiera, Pan Remi­giusz jest opty­mi­stą, uważa, że świa­do­mość ludzi się zmie­nia, choć dużo jest jesz­cze do zro­bie­nia — nie­któ­rzy takich jak on trak­tują z przy­mru­że­niem oka, nie cał­kiem serio, nawet z politowaniem.

Ogól­no­pol­ski Festi­wal Gitary „Bez Barier”

Po raz pierw­szy festi­wal odbył się w kwiet­niu b.r. w Mosi­nie. Remi­giusz Szu­man był pomy­sło­dawcą i dyrek­to­rem arty­stycz­nym tego wyda­rze­nia. Funk­cjo­nu­jąc jako muzyk w branży muzycz­nej i uczest­ni­cząc w festi­wa­lach i kon­cer­tach w całej Pol­sce uznał, że wie jak zor­ga­ni­zo­wać taki festi­wal u nas. Jego oso­bi­ste kon­takty z muzy­kami pozwo­liły zapro­sić do Mosiny arty­stów dużej miary – Jarema Klich, Krzysz­tof Pełech, Woj­ciech Pili­chow­ski, Marek Raduli, Tomasz Łosowski.

- To był punkt wyj­ścia do zor­ga­ni­zo­wa­nia takiego festi­walu, jakiego nie ma ani w Pozna­niu , ani nigdzie  indziej  w Pol­sce. Z Panem Mar­kiem Dud­kiem, dyrek­to­rem Mosiń­skiego Ośrodka Kul­tury doszli­śmy do wnio­sku, że Mosina może być miej­scem, w któ­rym zago­ści praw­dziwa sztuka. Dzięki jego zaan­ga­żo­wa­niu i odwa­dze (zaufał mi) oraz pomocy pra­cow­ni­ków i mło­dzieży udało się to zrobić.

„Bez Barier”

Kiedy przy­go­to­wy­wano festi­wal, trzeba było zdo­by­wać środki, pro­wa­dzić roz­mowy z ludźmi i kiedy pro­wa­dził je Remi­giusz Szu­man spo­ty­kał się cza­sami z bra­kiem zaufa­nia, wąt­pli­wo­ścią, że może być wia­ry­god­nym partnerem.

-Zro­zu­mia­łem, że festi­wal trzeba orga­ni­zo­wać i dla takiej idei: poko­ny­wa­nia barier men­tal­nych, które są najgroźniejsze.

Obec­nie orga­ni­za­to­rzy pra­cują nad następną edy­cją festi­walu, który ma się odbyć w kwiet­niu 2008 roku. Festi­wal roz­sła­wił Mosinę, zyskał dobrą opi­nię, która krąży po Pol­sce. Muzycy i publicz­ność oce­nili go bar­dzo wysoko. Na kon­cer­tach była pełna sala (200 osób), to mówi samo za siebie.

Elż­bieta Bylczyńska


Autor: redakcja. Kategoria: Kultura i sztuka, Wywiad, reportaż

Tagi:

Skomentuj