lis
17

Tomek

Wyszedł po mnie na schody, na pół­pię­tro. Wie­dzia­łam, że jest nie­peł­no­sprawny, że maluje lewą ręką, ale do głowy mi nie przy­szło, że ma także ampu­to­waną nogę.

Na spo­tka­nie z Tom­kiem Sza­bel­skim umó­wi­łam się w jego domu, w Roga­linku. Kiedy jecha­łam tam w sobot­nie, sło­neczne połu­dnie w lesie po obu stro­nach drogi z Mosiny jesień pło­nęła już w naj­lep­sze, na żółto, czer­wono, poma­rań­czowo — widok godny pędzla arty­sty…
Tomek wyszedł po mnie na klatkę scho­dową, wie­dzia­łam, że jest nie­peł­no­sprawny, że pięk­nie maluje lewą ręką, do głowy mi jed­nak nie przy­szło, że ma także ampu­to­waną nogę. Zapro­wa­dził mnie do pokoju – pra­cowni, zapa­rzył kawę i przy­niósł cia­sto, które upie­kła jego sio­stra Agata. Usia­dłam przy oknie, przez które do wnę­trza „zaglą­dał” orzech, dorodne drzewo z kiściami zie­lo­nych jesz­cze owo­ców, wiszą­cymi na wycią­gnię­cie ręki.

Tomek od uro­dze­nia cierpi na rzadką, nie­ule­czalną chorobę.

Śp. Tomek i Joanna Olejniczak – W szkole cho­dzi­łem o kulach, ale radzi­łem sobie, uśmie­cha się. — Mam nawet z pod­sta­wówki jakieś stop­nie z w-fu, gra­łem z chło­pa­kami w piłkę, pły­wa­łem, jeź­dzi­łem na nar­tach. Ale powoli coraz mniej mogę.
A malo­wa­nie zaczęło się w szkole pod­sta­wo­wej, począ­tek był nie­zwy­kły. Uczył mnie kuzyn, Wal­dek Bobrow­ski, pod­ów­czas uczeń Liceum Pla­stycz­nego w Pozna­niu. W pra­cowni kon­ser­wa­tor­skiej jego ojca, wujka Sta­ni­sława, uczy­łem się jak zro­bić i przy­go­to­wać pod­obra­zie według pra­wi­deł sta­rej sztuki. Pod okiem Waldka nama­lo­wa­łem pierw­szy obraz olejny, była to kopia obrazu Woj­cie­cha Kos­saka. Nie posze­dłem do liceum pla­stycz­nego, bo nie mia­łem pew­no­ści, czy pora­dzę sobie z uciąż­li­wymi dojaz­dami. W Liceum Ogól­no­kształ­cą­cym w Pusz­czy­ko­wie za namową pani od „pla­styki” Zofii Sob­ko­wiak zaczął brać udział w ple­ne­rach malar­skich w Kisz­ko­wie. Tam po raz pierw­szy spo­tkał się z gra­fiką, ryso­wa­niem piór­kiem i tak nowa­tor­skimi hap­pe­nin­gami arty­stycz­nymi. Plo­nem tych ple­ne­rów była wystawa w Poznań­skim Zamku. W cza­sie Liceum i po jego zakoń­cze­niu uczest­ni­czył w zaję­ciach z rysunku, rzeźby i histo­rii sztuki w Mło­dzie­żo­wym Domu Kul­tury na ul. Jara­chow­skiego w Pozna­niu.
– Wspa­niałą atmos­ferę twór­czą stwo­rzył nam nie­po­zorny ” pan z teczką” Jan Gór­ski. Spo­śród  jego ówcze­snych wycho­wan­ków wywo­dzi się młod­szy bry­ga­dier pożar­nic­twa, histo­ryk sztuki, arty­sta rzeź­biarz oraz paru cenio­nych wykła­dow­ców Aka­de­mii Pla­stycz­nej.
Maturę zda­wa­łem w środku stanu wojen­nego, w 1982 roku. Na jeden z egza­mi­nów napi­sa­łem pracę o ele­men­tach sym­bo­licz­nych w twór­czo­ści Jacka Mal­czew­skiego. Po raz pierw­szy dotarło do mnie, że obraz może nieść w sobie głę­bo­kie tre­ści prze­ka­zane poprzez kolor, a nie tylko poprzez temat. Mal­czew­ski stał się moim mistrzem. Nie czu­łem się jed­nak na siłach, żeby star­to­wać na studia.

Jak naj­mniej z sie­bie stracić

- Był rok 2002, po kolej­nej ope­ra­cji, nastą­pił dla mnie moment odprę­że­nia i ulgi, skoń­czyło się cier­pie­nie fizyczne, poczu­łem w sobie nowe życie. Poczu­łem, że muszę się podzie­lić tą rado­ścią z innymi.
Jedy­nym spo­so­bem, w jaki mógł to wyra­zić były obrazy. Zaczął malo­wać pod kie­run­kiem Lucyny Smok, która pro­wa­dzi Pra­cow­nię Malar­ską w Roga­linku pod patro­na­tem  Towa­rzy­stwa Przy­ja­ciół Dębów Roga­liń­skich (dzieła człon­ków sto­wa­rzy­sze­nia, m. in. Toma­sza Sza­bel­skiego, można co roku oglą­dać na wysta­wach orga­ni­zo­wa­nych w Miej­skim Ośrodku Kul­tury w Mosi­nie).
– Każdy, kto idzie do szpi­tala w takim celu jak ja lub traci zdro­wie w wyniku wypadku, jest nara­żony na coś, co będzie go blo­ko­wać. Naj­waż­niej­sze jest, aby ten stan zaak­cep­to­wać. Nie trzeba two­rzyć nie­po­trzeb­nych barier, bo momen­tal­nie czło­wiek sku­pia się wtedy na swoim ogra­ni­cze­niu. Nauczy­łem się w ciągu swo­jego życia, że nie ma sensu się blo­ko­wać, trzeba robić tyle, ile można i nie budo­wać w sobie barier i zahamowań.

Są ludzie, któ­rzy zała­mują się pod wpły­wem cierpień…

obraz - poranna mgła – Rozu­miem to, że są sytu­acje, w któ­rych czło­wiek uznaje, że życie mu się zawa­liło, że wszystko jest prze­kre­ślone. Trzeba swoje odcier­pieć, coś musi w czło­wieku jed­nak zostać i trzeba to prze­ro­bić i poukła­dać, tyle, że naj­waż­niej­sze jest, żeby nie tra­cić zbyt dużo czasu na cier­pie­nie, sta­rać się jak naj­mniej z sie­bie stra­cić. Trzeba jak naj­szyb­ciej wra­cać do zajęć wła­śnie po to, żeby nie sku­piać się na sobie i swo­jej nie­peł­no­spraw­no­ści.
Pra­co­wał jako tele­fo­ni­sta w Zakła­dzie Pracy Chro­nio­nej w Pozna­niu, prze­nie­siony na to sta­no­wi­sko po latach pracy w administracji.

- Malo­wa­łem kartki oko­licz­no­ściowe, żeby nie zwa­rio­wać, a ludzie je chęt­nie zabie­rali. To były fajne emo­cje. Z bie­giem czasu przy malo­wa­niu więk­szych rze­czy (nie zda­rza się to z każ­dym obra­zem) poja­wiło się coś, co trudno opi­sać, co trwa kilka minut. Jest to taka satys­fak­cja, taka radość, pew­ność… Tego uczu­cia z niczym nie można porów­nać. Póź­niej nie jest już ważne, jaki obraz będzie, cho­dzi o ten jeden, nie­sa­mo­wity moment, dla któ­rego warto żyć.

Kiedy zaczyna malo­wać w pokoju, w któ­rym także mieszka pełno jest wszyst­kiego: far­bek, papier­ków, kar­te­czek, wody, pędzel­ków
Tomek maluje instynk­tow­nie, zawsze miał kom­pleks braku wykształ­ce­nia w tym kie­runku (skoń­czył Stu­dium Tech­nik Tera­pii Uza­leż­nień i Stu­dium Orga­ni­za­cji Reklamy), uważa, że jest czy­stym, pro­stym, zwy­kłym ama­to­rem.
„Wielki arty­sta, feno­me­nalny, jego malar­stwo jest piękne, szcze­gól­nie kredka, która zależy od uści­sku dłoni. A dłoń oddaje to, co się ma w sercu i w duszy. W jego ręce kredka jest nie do poko­na­nia”, twier­dzi Joanna Olej­ni­czak – poetka, malarka.

Papież Polak

- Obraz Papieża jest bar­dzo prze­my­ślany, ale będę go malo­wał jesz­cze raz. Pra­co­wa­łem nad nim pod pewną kon­trolą, bar­dzo emo­cjo­nal­nie, mając na uwa­dze przede wszyst­kim to, że nie­długo Jan Paweł II zosta­nie świę­tym. Cze­goś takiego jesz­cze nie prze­ży­wa­łem – to było odda­wa­nie hołdu. Dla­tego sta­ra­łem się trzy­mać pew­nych ram, bałem się popeł­nić jakiś błąd. Do następ­nego po pro­stu usiądę i wpro­wa­dzę kolory, bez żadnych zaha­mo­wań, bo tego mi zabra­kło.
Ale naj­pierw obraz musi nama­lo­wać w sobie:
– Musi być moment wyci­sze­nia, uspo­ko­je­nia, prośby… Bez tego nie ma co nawet zaczynać.

Działa w klu­bie, UKS „KOTWICA” Roga­li­nek. Orga­ni­zuje zawody łodzi tury­stycz­nych i spływy czół­nem. Kocha dęby roga­liń­skie i Wartę.
A Warta to spo­kój, cisza i … bobry ska­czące wie­czo­rem do wody.

Elż­bieta Bylczyńska

Autor: redakcja. Kategoria: Wywiad, reportaż

Tagi: ,

Trackback from your site.

Skomentuj