maj
02

Santo Sub­ito — List z Polski

Dro­dzy bra­cia i sio­stry, jak wie­cie 1 maja z rado­ścią ogło­szę bło­go­sła­wio­nym czci­god­nego Jana Pawła II, mojego umi­ło­wa­nego poprzed­nika. Wybrana data jest bar­dzo zna­mienna: będzie to bowiem druga Nie­dziela Wiel­ka­nocna, którą On sam dedy­ko­wał Bożemu Miło­sier­dziu i w któ­rej zakoń­czył swój ziem­ski żywot. Ci, któ­rzy Go znali, ci, któ­rzy cenili Go i kochali, nie mogą nie rado­wać się wraz z Kościo­łem z tego wyda­rze­nia. Jeste­śmy szczęśliwi.

 Papież Bene­dykt XVI, Waty­kan 16 stycz­nia 2011

…W życiu i śmierci Totus Tuus przez Nie­po­ka­laną. Przyj­mu­jąc już teraz tę śmierć, ufam, że Chry­stus da i łaskę owego ostat­niego Przej­ścia, czyli Pas­chy. Ufam też, że uczyni ją poży­teczną dla tej naj­więk­szej sprawy, któ­rej sta­ram się słu­żyć: dla zba­wie­nia ludzi, dla oca­le­nia rodziny ludz­kiej, a w niej wszyst­kich naro­dów i ludów (wśród nich serce w szcze­gólny spo­sób zwraca się do mojej ziem­skiej Ojczyzny)…

Jan Paweł II, — „Testa­ment duchowy”

W szó­stą rocz­nicę śmierci Wiel­kiego Polaka, kilka tygo­dni przed wielką uro­czy­sto­ścią prze­ka­zu­jemy Czy­tel­ni­kom naszej gazety repor­taż z poże­gna­nia Ojca Świę­tego Jana Pawła II w Wado­wi­cach, opu­bli­ko­wany w pierw­szym nume­rze naszego mie­sięcz­nika (więk­szość zdjęć nie była jesz­cze publi­ko­wana), napi­sany w kon­wen­cji listu. Niech będzie wyra­zem uczuć i wdzięcz­no­ści za dar od Boga, jakim był Papież Polak…

                                   

 

List z Polski

 8 kwiet­nia 2005

Kochana A.! Dzi­siaj rano wró­ci­łam z Wado­wic. Żałuję, że nie były­śmy tam razem, że nie pod­trzy­ma­łam w Tobie myśli o przy­jeź­dzie do Pol­ski, gdy zagu­biona pyta­łaś przez tele­fon: mamo, czy mam przy­je­chać? Powin­naś była tu być. Na moje uspra­wie­dli­wie­nie prze­ma­wia tylko to, że kiedy dzwo­ni­łaś z Chi­cago po śmierci Ojca Świę­tego, wie­dzia­łam, że na wyjazd do Rzymu jest już  za późno. I nie wie­dzia­łam, że sama pojadę do Wado­wic. Gdyby można było prze­wi­dzieć to, co się z nami wszyst­kimi potem działo, zabra­ła­bym Cię ze sobą pod dom rodzinny Jana Pawła II. Nie chcia­łam też, żebyś sama leciała do Rzymu, bo prze­cież i taką moż­li­wość rozważałaś.

Kiedy w pią­tek, 2 kwiet­nia podano wia­do­mość o złym sta­nie zdro­wia Papieża pomy­śla­łam: On się z nami poże­gnał, wtedy w połu­dnie, gdy nie udało Mu się już nic powie­dzieć do mikrofonu…

Wie­czo­rem, po tej smut­nej godzi­nie, godzi­nie śmierci — 21.37 — z bólem oglą­da­łam rela­cje z Rzymu. Wszyst­kie sta­cje nada­wały pro­gramy i filmy o Janie Pawle II. W środę zde­cy­do­wa­łam: jadę do Wado­wic, jeśli nie mogę poże­gnać Ojca Świę­tego w Rzy­mie, chcę w miej­scu Jego uro­dze­nia wziąć udział w pogrze­bie. Zare­zer­wo­wa­łam noc­leg w klasz­to­rze Ojców Ber­nar­dy­nów w Kal­wa­rii Zebrzy­dow­skiej, poło­żo­nej nie­da­leko Wado­wic, dokąd Papież już jako mały chło­piec piel­grzy­mo­wał. Wie­czo­rem wsia­dłam do pociągu.

Fran­cisz­kań­ska

Rano Kra­ków przy­wi­tał mnie sło­neczną pogodą. Po nocy spę­dzo­nej w kuszetce moc­niej poczu­łam skutki nie­dawno prze­by­tej grypy. Z dworca poszłam przez Planty na Stary Rynek, a stam­tąd pod Papie­skie Okno w Kurii Metro­po­li­tal­nej na Fran­cisz­kań­skiej. Ulica pod „Oknem Papieża” na dłu­go­ści kil­ku­dzie­się­ciu metrów była zamknięta. Z mega­fonu dobie­gał głos prośby o nie zapa­la­nie zni­czy. Przed budyn­kiem służby porząd­kowe, spy­charki i cię­ża­rówki usu­wały tony szkła i wosk  z wypa­lo­nych lam­pek. Tłum wpa­trzony w otwarte i ude­ko­ro­wane krzy­żem okno, gro­ma­dził się na placu. Nikt już jed­nak nie sta­wiał zni­czy, moja lampka uwie­rała mnie przez kie­szeń kurtki do końca podróży. Uklę­kłam na wydep­ta­nej do poły­sku ziemi i razem z dziećmi ze szkoły nr 3 w Myśle­ni­cach modli­łam się gło­śno za Ojca Świę­tego. W dro­dze powrot­nej na dwo­rzec weszłam na chwilę do Kościoła Mariac­kiego, bra­ko­wało miej­sca, żeby uklęknąć…

Kal­wa­ria

Do Kal­wa­rii Zebrzy­dow­skiej przy­je­cha­łam z Kra­kowa po połu­dniu. Z okna pociągu, daleko na górze zoba­czy­łam jasne mury klasz­toru. Mała sta­cyjka z napi­sem Kal­wa­ria Lanc­ko­rona, smutna, pusta i ską­pana w popo­łu­dnio­wym słońcu powi­tała mnie kolo­rową mapką na wyłu­pa­nej, znisz­czo­nej do gołej cegły ścia­nie budynku dworca. Kie­ru­jąc się wska­zów­kami z mapki poszłam, wspi­na­jąc się wciąż w górę, w kie­runku cen­trum mia­sta. Klasz­tor góro­wał maje­sta­tycz­nie i wyda­wał  się nie­osią­galny. Zmę­czona poje­cha­łam z Rynku tak­sówką. Okno mojego pokoju (celi) wycho­dziło na dzie­dzi­niec, widać było przez nie figurę św. Fran­ciszka z gołę­biami, sto­ją­cego na środku dzie­dzińca. Klasz­tor nosi nazwę Ojców Ber­nar­dy­nów, gdyż od początku jego fun­da­tor powie­rzył opiekę nad Kal­wa­rią Bra­ciom Mniej­szym od św. Fran­ciszka z Asyżu, w Pol­sce nazywa się ich Bernardynami.

Kal­wa­ria Zebrzy­dow­ska i Dróżki, któ­rymi Ojciec Święty cho­dził jako mały chło­piec ze swoim ojcem po śmierci matki i póź­niej jako ksiądz, kar­dy­nał i Papież

W XVII wieku magnat Zebrzy­dow­ski posłał do Ziemi Świę­tej mni­cha z pole­ce­niem zapa­mię­ta­nia topo­gra­fii Jero­zo­limy. Po powro­cie wysłan­nik poka­zał magna­towi na tere­nie jego posia­dło­ści malow­ni­cze miej­sca kra­jo­brazu beskidz­kiego mię­dzy górą Żar i Lan­ko­roną, przy­po­mi­na­jące Jero­zo­limę. Tak w Kal­wa­rii Zebrzy­dow­skiej powstało sank­tu­arium na wzór Drogi Krzy­żo­wej Pana Jezusa, jako kopia Drogi Bole­snej w Ziemi Świę­tej. Na prze­strzeni wielu hek­ta­rów gór­skiego kra­jo­brazu Zebrzy­dow­ski wybu­do­wał kaplice na pamiątkę takich miejsc, jak Wie­czer­nik, pałac Piłata, Droga Krzy­żowa, Gol­gota. Od tego czasu w Wielki Czwar­tek i Wielki Pią­tek ludzie prze­by­wają te „dróżki” uczest­ni­cząc w miste­rium Męki Pań­skiej. Będąc dziec­kiem Karol Woj­tyła przy­by­wał tu z ojcem, „a potem bez końca przy­jeż­dżał jako uczeń, ksiądz, biskup, kar­dy­nał. Kiedy tylko miał czas i ochotę. Aby cho­dzić samot­nie tymi ścież­kami i modlić się.” Sank­tu­arium w Kal­wa­rii Zebrzy­dow­skiej, tj. bazy­lika, klasz­tor ber­nar­dy­nów i dróżki to cenny zaby­tek wpi­sany w 1999 roku jako jedyna kal­wa­ria na świe­cie, na Listę Świa­to­wego Dzie­dzic­twa UNESCO. Obraz Matki Bożej Kal­wa­ryj­skiej, umiesz­czony w Kościele w 1641 roku uważa się za kopię obrazu Matki Bożej Myśle­nic­kiej, nama­lo­wa­nego przez nie­zna­nego arty­stę wło­skiego w XVI wieku. Wcze­śniej znaj­do­wał się w rezy­den­cji Sta­ni­sława Pasz­kow­skiego z nie­da­le­kiej Kopy­tówki, gdzie Matka Boża miała zapła­kać krwa­wymi łzami. Z powodu tego zda­rze­nia prze­stra­szony wła­ści­ciel oddał obraz do klasz­toru. Pąt­nicy bar­dzo go czcili, modląc się przed nim otrzy­my­wali wiele łask i uzdro­wień, dla­tego w roku 1658  wła­dze kościelne uznały go za „łaskami sły­nący” i zezwo­liły na jego publiczną cześć. Obraz spra­wił, że obok kultu pasyj­nego (Droga Krzy­żowa) powstał tu kult maryjny, a wyra­zem tego jest ukształ­to­wany w poło­wie wieku XVII zwy­czaj prak­ty­ko­wa­nia nabo­żeń­stwa Dró­żek Pana Jezusa i Dró­żek Matki Bożej przez ludzi świec­kich i pod kie­run­kiem świec­kiego przewodnika.

   „To, co tutaj stale pociąga na nowo, to wła­śnie owa tajem­nica zjed­no­cze­nia Matki  z Synem i Syna z Matką. Tajem­nica ta jest opo­wie­dziana pla­stycz­nie i szczo­drze przez wszyst­kie kaplice i kościółki, które roz­ło­żyły się wokół cen­tral­nej bazy­liki”.

(Jan Paweł II w Kal­wa­rii Zebrzy­dow­skiej– 7 czerwca 1979 roku)

Teraz już wiesz, dla­czego moja droga do Wado­wic pro­wa­dziła przez Kalwarię…

Wie­czo­rem w przed­dzień pogrzebu Papieża razem z tłu­mem wier­nych odmó­wi­łam róża­niec przed obra­zem Matki Bożej Kal­wa­ryj­skiej, zano­sząc Jej swoje wła­sne prośby. Poszłam też Dróżką na górę Żar do Kościoła Ukrzy­żo­wa­nia, wspi­na­łam się ścieżką, bie­gnącą stro­mym zbo­czem, tak wydep­taną, że korze­nie drzew rosną tam na wierz­chu. Na nich w poło­wie góry usia­dłam, żeby odpo­cząć. Zapa­dał już zmrok, kiedy ze swo­jego korze­nia patrzy­łam w dół na oświe­tlone uro­czy­ście sank­tu­arium i poło­żoną u stóp góry Kalwarię.

7 kwiet­nia o godzi­nie 20.00 na dzie­dzińcu, zwa­nym Pla­cem Raj­skim, przed Bazy­liką odby­wała się uro­czy­sta Msza za Ojca Świę­tego. Wiał pory­wi­sty, lodo­waty wiatr, szar­piąc bia­łymi obru­sami, któ­rymi przy­kryty był stół mszalny. Sto­jący obok mikro­fon, na wyso­kiej nóżce koły­sał się na wszyst­kie strony. Z coraz bar­dziej obo­la­łym gar­dłem wró­ci­łam do wnę­trza Kościoła przed Obraz Matki Bożej, pro­sząc o zdro­wie na następny dzień, dzień pogrzebu Papieża. Na kola­cję mia­łam kre­mówkę z Wado­wic, ulu­bione ciastko Ojca Świętego.

Karol z papie­ską flagą

Naza­jutrz 8 kwiet­nia wsta­łam o 6.00 zdrowa i wypo­częta. W przy­klasz­tor­nej restau­ra­cji zja­dłam piąt­kowe śnia­da­nie — jajecz­nica, chleb i kawa (w piątki nie podaje się tu mięsa), spa­ko­wa­łam ple­cak i wyszłam z klasztoru.

Zej­ście po stro­mym zbo­czu do dworca PKS w Kal­wa­rii zajęło mi kil­ka­na­ście minut, spóź­ni­łam się jed­nak na ostatni auto­bus. Na ten dzień zmie­niono plan jazdy,  nikt nie znał też dokład­nych godzin odjazdu pry­wat­nych mikro­bu­sów. Na tablicy ogło­szeń luźno powie­wała kartka przy­pięta pinezką: w dniu 8 kwiet­nia 2005 r. mię­dzy godziną 8.00 a 13.00 wszyst­kie kursy auto­bu­sów zostają zawie­szone. Pod dasz­kiem przy­stanku stała grupa mło­dzieży bez­rad­nie roz­glą­da­ją­cej się dookoła. Co chwilę odry­wała się od niej jakaś postać i bie­gła z pod­ska­ku­ją­cym ple­ca­kiem do prze­jeż­dża­ją­cych samo­cho­dów. Posta­no­wi­łam jechać auto­sto­pem. Po kilku minu­tach zatrzy­mał się czarny mer­ce­des. Do Wado­wic jechał Bog­dan B. z War­szawy, z mamą i synem. Usia­dłam z tyłu, z przodu sie­dział 17–letni Karol, który trzy­mał w ręku papie­ską flagę. Kilka kilo­me­trów przed Wado­wi­cami zabra­li­śmy mło­dego księ­dza palo­tyna, mija­jąc po dro­dze jesz­cze parę spo­rych grup księży w sutan­nach, pró­bu­ją­cych zatrzy­mać prze­jeż­dża­jące samo­chody. Tu Karol otwo­rzył okno, wysu­nął rękę z biało – żółtą, papie­ską flagą i trzy­mał ją powie­wa­jącą nad dachem samo­chodu aż do samych Wadowic.

Cen­trum Wado­wic oka­zało się zamknięte dla ruchu koło­wego. Wymie­ni­li­śmy więc numery tele­fo­nów komór­ko­wych i poszli­śmy w kie­runku Rynku. Od początku, bez pyta­nia o drogę powoli szłam za tłu­mem ludzi. Drzwi, okna, ściany rodzin­nego domu Ojca Świę­tego były ude­ko­ro­wane kwia­tami, na bruku wzdłuż całego budynku wierni usta­wiali kolo­rowe zni­cze. Po prze­ciw­nej stro­nie, na murze Kościoła wid­niał słynny napis, o któ­rym mówił Ojciec Święty: „Czas ucieka, wiecz­ność czeka”. Dalej pocią­gnął mnie za sobą tłum. Do Rynku dotar­łam uliczką, którą zapewne Ojciec Święty cho­dził do Kościoła i szkoły. Zna­la­złam się pod ołta­rzem, przy­go­to­wa­nym na popo­łu­dnie do Mszy Świę­tej z pustym fote­lem Papieża, prze­sło­nię­tym kirem. Stół i fotel znaj­do­wały się pomię­dzy domem Jana Pawła II, a Kościo­łem. Niżej wid­niał napis: DOM TO SERCA, KTÓRE BIJĄ DLA  CIEBIE. Po pra­wej stro­nie usta­wiono ekran, gdzie poka­zy­wano już Rzym, przede mną roz­cią­gał się widok na cały Rynek. Morze głów, jedna obok dru­giej. Sta­li­śmy w mil­cze­niu wpa­trzeni w ekran…

 Słońce na placu

…Kiedy póź­niej na pro­stej, drew­nia­nej trum­nie Ojca Świę­tego powie­wały kartki otwar­tej Ewan­ge­lii, kiedy w końcu wiatr zamknął Świętą Księgę, nad mia­stem „otwo­rzyło się niebo”. Zza chmur wyszło słońce i mocno roz­świe­tliło plac. A potem, kiedy zaczęto wyno­sić trumnę w kie­runku grobu razem z innymi kla­ska­łam i pła­ka­łam… Nad mia­stem jeden po dru­gim wolno prze­la­ty­wały heli­kop­tery na pamiątkę ostat­niej piel­grzymki Papieża, gdy nie mógł być w swoim mie­ście i tylko prze­la­ty­wał nad nim. Wciąż sły­szę wado­wic­kie dzwony i odgłos ludz­kich dłoni, przy­po­mi­na­jący łopot pta­sich skrzy­deł… Gdy na ekra­nie trumna Ojca Świę­tego zni­kała w drzwiach Groty Waty­kań­skiej dobiegł mnie szept i szloch: nie ma już naszego Ojca…

Odcho­dzi­łam stam­tąd, ściska­jąc w kie­szeni pół mokrej chu­s­teczki higie­nicz­nej (jakaś pani, widząc, że nie mam czym wytrzeć twa­rzy, wyjęła ostat­nią chu­s­teczkę, przedarła ją na pół i dała mi pod­czas uroczystości)…

List od Wujka

Z Wado­wic wyje­cha­łam razem z rodziną, która mnie przy­wio­zła z Kal­wa­rii. Zatrzy­ma­li­śmy się w Zato­rze u ich krew­nych na obiad. Przy stole, w atmos­fe­rze nie­daw­nych smut­nych prze­żyć, przy żurku z jaj­kiem (pią­tek),  pan S., mły­narz z Zatora powiedział:

–Kilka lat temu poje­cha­li­śmy z żoną na piel­grzymkę do Lwowa, orga­ni­zo­waną przez naszą para­fię. Noc­leg przy­dzie­lono nam u pani Mel­na­ro­wicz, lwo­wianki pol­skiego pocho­dze­nia. Zaprzy­jaź­ni­li­śmy się i zapro­si­li­śmy ją do Pol­ski. Przy­je­chała z synem w następ­nym roku. Chciała odszu­kać swo­ich krew­nych w Kra­ko­wie. Poje­cha­li­śmy tam z nią. Oka­zali się nimi pań­stwo Lidia i Sta­ni­sław A., któ­rzy za cza­sów posługi Ojca Świę­tego w Kra­ko­wie byli mocno z Nim związani.

W tam­tych cza­sach, cza­sach ter­roru Służb Bez­pie­czeń­stwa i pod­słu­chów, w roz­mo­wach o naszym Ojcu Świę­tym mówiono po pro­stu Wujek i tak się też do Niego zwracano.

 W Kra­ko­wie oka­zało się, że pań­stwa A. nie ma w domu, że są w  swoim let­nim domku o nazwie Juda­szówka pod Kra­ko­wem.  W domku tym rodzina A. spo­tyka się z przy­ja­ciółmi co roku 18 maja, w dzień uro­dzin Papieża. Mły­narz z Zatora zawiózł więc swo­ich gości ze Lwowa do Juda­szówki. W albu­mie rodzin­nym pań­stwa S. w Zato­rze widzia­łam zdję­cie Juda­szówki, na któ­rym uczest­nicy przy­ję­cia wzno­szą do góry wstęgę z napi­sem: DZIŚ SĄ WUJKA URODZINY.

Pani Mel­na­ro­wicz ze Lwowa była Pol­ską zachwy­cona. Na zakoń­cze­nie powie­działa do swo­jego syna: zapa­mię­taj synku, byłeś pięć dni w nie­bie. Jej wdzięcz­ność zna­la­zła ujście w liście wysła­nym do Waty­kanu, do Ojca Świę­tego.  Odpo­wiedź na ten list ośmielę się poka­zać, z nadzieją, że adre­saci wyba­czą mi śmiałość…Jest to kopia listu od Jana Pawła II, którą poda­ro­wał mi pan S., mły­narz  z Zatora, adre­so­wana do pani Melanrowicz.

 

Roz­darty buk

Na dwo­rzec w Kra­ko­wie dotar­łam w ostat­niej chwili. Pociąg już stał na pero­nie. Kon­duk­tor wagonu z kuszet­kami zapro­sił mnie do środka i dowie­dziaw­szy się, że wra­cam z Wado­wic z pogrzebu Ojca Świę­tego z żalem wyznał:

-         A ja pro­szę pani miesz­kam nie­da­leko Wado­wic w Stry­sza­wie i nigdy nie mogłem być na spo­tka­niu z Papie­żem, kiedy piel­grzy­mo­wał do Pol­ski. Zawsze wtedy pra­co­wa­łem, nawet dzi­siaj, w dniu pogrzebu.

Gdy pociąg ruszył, kon­duk­tor Józef K., powiedział:

-         Jest takie miej­sce na Ziemi, które Ojciec Święty bar­dzo kochał.

To osada zwana Siw­cówką w mojej wsi Stry­szawa. Tam na let­nim wypo­czynku spo­ty­kali się Pry­mas Tysiąc­le­cia, Kar­dy­nał Ste­fan Wyszyń­ski z Janem Paw­łem II.

-         Sia­dali na wzgó­rzu Miło­sier­dzia, pod roz­ło­ży­stym bukiem, opo­wia­dał kon­duk­tor, — wszę­dzie dookoła pełno było ube­ków, a tam nie było ich widać. I pod­słuch był nie­moż­liwy. Górale dodat­kowo pil­no­wali wzgó­rza z bukiem przed nie­po­żą­da­nymi gośćmi. To drzewo roz­po­ło­wiło się na dwie czę­ści, miesz­kańcy uwa­żają, że wygląda jak dwóch braci. Ma splą­tane konary i pęk­nięty pień. Drzewo Ojca Świę­tego i pry­masa Ste­fana Wyszyń­skiego,  roz­ło­ży­sty buk jest z daleka widoczne, maje­sta­tyczne – to cen­tralny punkt na tle całego wzgó­rza Miło­sier­dzia. Sze­roki pień wyra­sta­jący z ziemi, na wyso­ko­ści kil­ku­dzie­się­ciu cen­ty­me­trów jest pęk­nięty na dwie czę­ści, mocno do sie­bie przy­le­ga­jące. Dalej każdy z pni roz­ra­sta się w oddzielne konary, żeby w górze splą­tać się na nowo.

Bułeczki na prze­pro­siny  (opo­wieść konduktora)

W lipcu 1960 roku, (spo­tka­nie to dokład­nie opi­suje ks. Andrzej Wal­czak w książce  pt. „Beskidzka kate­dra pry­masa tysiąc­le­cia”) do Stry­szawy przy­je­chał biskup Karol Woj­tyła, w dro­dze powrot­nej z wycieczki ze stu­den­tami na Babią Górę. Był ubrany w strój wędrowca (ustawa o świec­kim wycho­wa­niu zabra­niała Kościo­łowi pro­wa­dze­nia dusz­pa­ster­stwa – z tym koja­rzy się sutanna — poza obiek­tami sakral­nymi). Kiedy sta­nął przed Pry­ma­sem „z gestem synow­skiego odda­nia, usły­szał zaska­ku­jące słowa: drogi Bra­cie, w takich sza­tach nie godzi się nawie­dzać Pry­masa Pol­ski” (…kar­dy­nał Wyszyń­ski już jako biskup lubel­ski zobo­wią­zał ducho­wień­stwo do sta­łego nosze­nia stroju duchow­nego, co miało prze­ciw­sta­wić się komu­ni­stycz­nym pla­nom cał­ko­wi­tego zeświec­cze­nia życia publicz­nego). Biskup Woj­tyła zakło­po­tany poże­gnał swo­jego Nauczy­ciela i opu­ścił Siwcówkę”.

Powró­cił w stroju biskupa przy­wo­żąc ze sobą kosz kra­kow­skich bułe­czek na przeprosiny.

W Siw­cówce Pry­mas Pol­ski, Ste­fan Wyszyń­ski, „Moj­żesz, który prze­pro­wa­dził Pol­skę przez Morze Czer­wone” spo­ty­kał się z Ojcem Świę­tym w latach 1960 –1967, te spo­tka­nia Pry­mas bar­dzo sobie cenił, twier­dząc, że stra­cił dla Niego głowę i dzięki Niemu prze­stał odczu­wać męczące osa­mot­nie­nie w swo­ich trudach.

Pod pęk­nię­tym bukiem miesz­kańcy Siw­cówki posta­wili Pomnik Szcze­rej Wdzięcz­no­ści Ojcu Św. Janowi Paw­łowi II oraz Pry­ma­sowi Tysiąc­le­cia Kar­dy­na­łowi Ste­fa­nowi Wyszyńskiemu.

Elż­bieta Bylczyńska

Autor: redakcja. Kategoria: Aktualności

Tagi: ,

Trackback from your site.

Skomentuj