Audycja: Puszczykowski Gutenberg
Elżbieta Bylczyńska | wtorek, 14 Lip, 2009 |

„Nie wibrować głosem i nie śpiewać nosem” – wywiad z Leszkiem Marciniakiem

Całe dzieciństwo spędził w Mosinie. Jego prawdziwa droga artystyczna zaczęła się od chóru Poznańskie Słowiki profesora Stefana Stuligrosza, ale: – Ten moment, kiedy połknąłem bakcyla miał miejsce w Mosinie. Zacząłem śpiewać w mosińskim chórze kościelnym p.w. Św. Cecylii, mówi Leszek Marciniak, członek znakomitego, znanego w Polsce i na świecie zespołu Affabre Concinui.

Leszek Marciniak

– Całym sobą można tworzyć coś wspaniałego, cudowną harmonię, odczułem to jeszcze za czasów śpiewania w mosińskim chórze. Dzięki chórowi mosińskiemu nauczyłem się mszy, która stała się potem przyczynkiem poznania profesora Stuligrosza, a którą chór miał w swoim repertuarze. Od momentu, kiedy zaśpiewałem z profesorem właśnie tą mszę – datuje się moje śpiewanie z „Poznańskimi słowikami”.

Stało się to nad morzem, we Władysławowie, gdzie wraz z rodzicami zawiózł swojego brata na kolonie Poznańskiego Chóru Katedralnego.

– Była niedziela, wałęsałem się po parafialnych trawnikach, kiedy usłyszałem za sobą głos: „A co ty tu robisz?” Był to profesor Stuligrosz. Wyjaśniłem, że nie jestem członkiem chóru, że śpiewa mój brat. Profesor zabrał mnie do kościoła, zaproponował wspólne śpiewanie. Nie wiedziałem, co mnie czeka, profesor Stuligrosz stanął w basach. Powiedziałem, że śpiewam tenorem. Odpowiedział: nie szkodzi, stój koło mnie i śpiewaj tenorem. Widocznie chciał mnie usłyszeć, sprawdzić. Kiedy rozdano nuty uradowałem się bardzo –  były to nuty jedynej „mszy z Mosiny”, którą umiałem na pamięć.

I zaśpiewał z pamięci. Po mszy profesor zaproponował Leszkowi śpiewanie w swoim chórze.

Był rok 1980, rok szczególny, rok matury w słynnym „Marcinku”, rozpoczęcie studiów na obecnej Akademii Muzycznej w Poznaniu, wstąpienie w szeregi słynnego chóru „Poznańskich Słowików”.

Zespół wokalny śpiewający a cappella, Affabre Concinui (co znaczy: idealnie współbrzmiąc) powstał w 1983 roku. Tworzą go Robert Hylla – kontratenor, Przemysław Czekała – tenor oraz Piotr Lewandowski (baryton), Piotr Dziurla (bas), Artur Hoffmann (bas) i Leszek Marciniak (kontratenor).

Zespół założył Przemysław Stanisławski – wielki pasjonat muzyki kameralnej i wokalnej, którego 26 lat temu zainspirował angielski sekstet The King’s  Singers.

Żeby w pełni wyrazić, przekazać sztukę, potrzeba zaangażowania serca i duszy.

– Na każdym koncercie staramy się dać z siebie wszystko, nawiązujemy kontakt z publicznością, coś w rodzaju niewidocznego pomostu, nici porozumienia, trudno to opowiedzieć słowami. Dlatego każdy koncert brzmi nieco inaczej – odbiór słuchaczy, ich skupienie, atmosfera, udziela się wykonawcy i powoduje, że artysta emanuje wnętrzem           i duszą.

Wykonywanie muzyki religijnej Leszek Marciniak traktuje jak modlitwę, jako dziękczynienie Bogu za dar, który otrzymał.

Byli niemal wszędzie, w Azji, Ameryce, Europie… Największym jednak przeżyciem był występ przed Janem Pawłem II.

– Kiedy Ojciec Święty zaczął pielgrzymować do Polski, jako jedyny tego typu zespół męski, śpiewający a cappella pragnęliśmy zaśpiewać dla Niego, tu w kraju. Nie potrzebujemy specjalnej organizacji, po prostu stajemy i śpiewamy bez instrumentów. Okazało się to niemożliwe, nie sposób było wpasować się w plany pielgrzymek. W końcu jeden z księży podpowiedział nam: zaśpiewajcie Papieżowi w Rzymie.

To także okazało się trudne w realizacji. Podpowiedziano im, żeby spróbować przez Dominikanów.

– Na szczęście znałem z mosińskich lat młodzieńczych Mirka Pilśniaka – Dominikanina, który nam pomógł i polecił o. Hejmo w Watykanie. Pojechaliśmy w ciemno. Idziemy do o. Hejmo, a on mówi: przyjdźcie w środę na audiencję generalną, może uda się wam zaśpiewać. W dzień audiencji wprowadził nas do auli Pawła VI, posadził w ostatnim rzędzie i kazał czekać. Pomyśleliśmy: Boże, jak to możliwe, wśród dziesięciu tysięcy osób z ostatniego rzędu nie będzie nas słychać. Po 20 minutach przychodzi o. Hejmo i woła: grupa z Poznania, chodźcie za mną. Zaprowadził nas w pobliże pustego jeszcze fotela Ojca Św., postawił mikrofon i powiedział: A teraz śpiewajcie.

– Wszedł Papież, zaśpiewaliśmy tekst pieśni „Błogosławiony człowiek” Wacława z Szamotuł. Homilia Ojca Św., jak się potem okazało, była nawiązaniem do tekstu pieśni, modlitwy, którą zaśpiewaliśmy. Byliśmy zdumieni. Jan Paweł II mówił o człowieku, który za swą niepobożność poniesie karę. Ta sytuacja w żaden sposób nie była uzgadniana. Ojciec Święty nie wiedział, co my zaśpiewamy. Z wielu religijnych utworów wybraliśmy akurat pieśni Wacława z Szamotuł.

– Kiedy uświadomiłem sobie, że słowa pieśni, idealnie wpasowały się w homilię, było to dla mnie jak objawienie, cud. Otoczyliśmy Ojca Św. półkolem, uklęknęliśmy i wręczyliśmy Mu naszą płytę. Wyszedłem z auli szczęśliwy, ale nie wiedziałem, że jeszcze przed Nim kiedykolwiek stanę.

Stało się to kilka lat później, podczas tourne po Włoszech, zorganizowanego przez Instytut Kultury Polskiej w Rzymie.

– Przygotowaliśmy wtedy dla Ojca Świętego całą naszą dyskografię. Zaśpiewaliśmy na Placu Św. Piotra. I potem stało się tak, że czterech członków zespołu, kiedy powoli zbliżaliśmy się po Błogosławieństwo do Papieża, ochrona, ciągnąc za ubrania zatrzymała.

Mnie nikt nie zatrzymał, posuwałem się bez przeszkód do przodu. Widziałem za sobą jednego z kolegów, który trzymał naszą księgę. Stanąłem przed Ojcem Świętym. Byłem dosłownie sparaliżowany. Kolega drżącym głosem wypowiedział parę słów i wręczyliśmy Mu dyskografię zespołu. Wracaliśmy w milczeniu, byliśmy rozczarowani, że nie mogliśmy całym Affabre Concinui stanąć przed Ojcem Świętym.

Wówczas nawet nie pomyślał, że może po raz trzeci widzieć Jana Pawła II z bliska.

– Po niedługim czasie zadzwonił do nas Staszek Soyka i zapytał, czy nie zechcielibyśmy wykonać z nim „Tryptyku Rzymskiego”, dzieła Jana Pawła II, do którego on napisze muzykę. Odpowiedzieliśmy: dobrze Staszek, pisz nuty. Ale mijały miesiące, a nut nie było. Pojechaliśmy do Warszawy na nagranie. Nagrywaliśmy bez nut, śpiewając poszczególne fragmenty zasugerowane przez Staszka. W ten sposób powstała muzyka z naszym udziałem do Tryptyku. Wykonywaliśmy potem wiele koncertów z „Tryptykiem Rzymskim”, zawsze bez nut, z pamięci, przy pomocy tekstów pisanych, odtwarzając to, co było na płycie.

Półtora roku przed śmiercią Papieża pojechali do Rzymu, na imieniny Karola

– Ojciec Święty był już bardzo chory. Do ostatniej chwili nie było wiadomo czy przybędzie na uroczysty koncert, swój koncert. Przyszedł, a właściwie przyjechał na przygotowanym fotelu. Zaśpiewaliśmy! Potem każdy z nas podchodził do Niego. Nigdy nie zapomnę Jego zimnej, mocno ściskającej dłoni. Jego Błogosławieństwo jest ze mną cały czas i daje mi dużo siły do działania każdego dnia.

Nikt nie miał wątpliwości, że był to rzeczywiście wielki mistyk, człowiek wysłannik Boga. Jego wielkość promieniowała.

 „Tryptyk Rzymski” ukazał się w księgarniach jeszcze przed telefonem Stanisława Soyki.

– Nie pobiegłem od razu do księgarni. Byłem u rodziców w Mosinie na urodzinach mamy, która mi wręczyła prezent (na swoje urodziny!), właśnie to dzieło Ojca Świętego – „Tryptyk Rzymski”. Czytałem go w nocy już w Poznaniu, w ciszy pokoju. Przeczytałem raz, potem jeszcze raz oniemiały. Płakałem jak dziecko. Ujrzałem całe swoje życie, jak w zwierciadle. Krótko po tym zadzwonił Staszek Soyka…

Będąc pod wielkim wrażeniem poezji Jana Pawła II, Leszek Marciniak napisał list do Ojca Św. Odpowiedź na ten list z Watykanu przechowuje jak relikwię.

Światowa sława

Repertuar zespołu obejmuje ponad 300 utworów, począwszy od muzyki renesansu po muzykę współczesną, kolędy polskie i różnych narodów oraz żarty muzyczne i utwory orkiestrowe – ze znakomitą imitacją instrumentów muzycznych.

Wielkim zaskoczeniem niesamowitym odbiorem były dla nich koncerty w Korei Południowej.

– Publiczność zawsze wspaniale reaguje, bez względu na kraj i kulturę. Jednak największym przeżyciem była dla nas reakcja Koreańczyków. Sala wypełniona 10 tysiącami osób. Do tego momentu byliśmy przyzwyczajeni, że publiczność pomiędzy utworami reaguje oklaskami. Tymczasem tu śpiewamy jeden utwór i – cisza. Drugi – znowu brak reakcji. Myśleliśmy: nie podoba się?. Po skończeniu całości nastąpiła taka wrzawa, krzyki, owacje na stojąco – niesamowity aplauz. Inna kultura i inny odbiór. Po koncercie organizatorzy musieli odgrodzić członków zespołu od publiczności, żeby ich nie stratowała.

Skąd się wzięła w Korei melodia „Szła dzieweczka do laseczka”

– Zaśpiewaliśmy tą melodię w bloku muzyki ludowej i po kilku taktach zauważyliśmy, że publiczność śpiewa i kołysze się. Potem nastąpił niesamowity aplauz, a my dowiedzieliśmy się, że zaśpiewaliśmy koreańską piosenkę z podręczników szkolnych.

 

Rozmowa z Leszkiem Marciniakiem w Redakcji trwała prawie trzy godziny. Jej zakończenie było zaskakujące. Mój rozmówca, który był w wielu miejscach na świecie, uśmiechnął się i powiedział:

– Czuję się zaszczycony, że mogłem tutaj być …

Wyjawił mi też, że nie udziela wywiadów, uważa, że lepsi do tego zadania są inni członkowie zespołu.

Na koniec muszę wyjaśnić: nie byłoby tej rozmowy bez Pani Bronisławy Dawidziuk- prezes mosińskiego chóru. To ona skontaktowała mnie z Leszkiem Marciniakiem i zachęciła do napisania tego artykułu. Myślę, że obok samego faktu wyjątkowości Affabre Cocinui dotknęliśmy maleńkiej cząstki historii, z którą wiąże się życie i praca największego z Polaków.

                                              Elżbieta Bylczyńska

„ Co mi mówisz górski strumieniu?
w którym miejscu ze mną się spotykasz?
ze mną, który także przemijam —
podobnie jak ty…
Czy podobnie jak ty?
(Pozwól mi się tutaj zatrzymać —
pozwól mi się zatrzymać na progu,
oto jedno z tych najprostszych zdumień.)
Potok się nie zdumiewa, gdy spada w dół
i lasy milcząco zstępują w rytmie potoku
— lecz zdumiewa się człowiek!
Próg, który świat w nim przekracza,
jest progiem zdumienia.
(Kiedyś temu właśnie zdumieniu nadano imię «Adam».)”.

                                                                                            Tryptyk Rzymski, Jan Paweł II

VN:F [1.9.22_1171]
Ocena artykułu: 7.7/10 (Głosujących: 24)
„Nie wibrować głosem i nie śpiewać nosem" - wywiad z Leszkiem Marciniakiem, 7.7 out of 10 based on 24 ratings

Elżbieta Bylczyńska

Redaktor naczelna Gazety Mosińsko-Puszczykowskiej (lata 2007-2016)

Skomentuj