Elżbieta Bylczyńska | poniedziałek, 22 Lis, 2010 |

Bocian wsiadł mi na pasażera

Barbara Grześkowiak-Bocian z lotnictwem związana jest bardzo czynnie, a przygoda ta rozpoczęła się w roku 1954. Nawet dzisiaj, w dobie ogromnego rozwoju techniki są ludzie, którzy nie wyobrażają sobie takiej pasji, tym bardziej, że dotyczy ona kobiety, a na samą myśl o wznoszeniu się i lądowaniu ciarki im po plecach latają.

Z tym większym podziwem spoglądam na moją rozmówczynię, a kiedy widzę jak na zdjęciu z lat sześćdziesiątych wsiada do szybowca … też mi po plecach ciarki latają.

Barbara Grześkowiak-Bocian

Pani Barbara Grześkowiak-Bocian ma na to swoją odpowiedź:

– Powiedziałabym tak: lotu samolotem pasażerskim nie można porównać do lotu szybowcem.

Chodziła do liceum, kiedy w poznańskich szkołach na początku roku szkolnego przeprowadzono propagandową akcję mającą na celu zachęcenie młodzieży do wstąpienia do aeroklubu.

„Kto raz się wzniósł w powietrze, już zawsze będzie patrzył w niebo”Leonardo da Vinci*

– Zbierano kandydatów do szkolenia w ramach lotniczego przysposobienia wojskowego (LPW), mówi pani Barbara. Aerokluby wstępnie szkoliły przyszłych kandydatów do szkół oficerskich. Ale ja nigdy nie byłam zainteresowana lotnictwem. W dniu tej akcji w szkole byłam na … wagarach. Na drugi dzień dowiedziałam się, że sporo koleżanek i kolegów zapisało się do aeroklubu, więc postanowiłam zrobić to samo. Wysłano nas na badania do ośrodka badań lotniczo-lekarskich we Wrocławiu. Tam spora część kandydatów odpadła. Potem rozpoczął się żmudny okres szkolenia teoretycznego, tu też sporo osób zrezygnowało, bo trzeba było dużo się uczyć.

Na wiosnę, już podczas pierwszego lotu musiała wykonać swój pierwszy skok ze  spadochronem.

– Od razu trzeba było skoczyć, pierwszy raz w życiu uniosłam się w powietrze, było to duże przeżycie. Pomogła mi młodzieńcza odwaga i chyba młodzieńczy także brak wyobraźni. Były to dwupłatowe samoloty z otwartymi kabinami, skoczek spadochronowy siedział w kabinie pierwszej i musiał wyjść z niej na skrzydło, dojść do drugiej kabiny i dopiero wyskoczyć, na tzw. krawędzi spływu. Można było się poślizgnąć i byli tacy, którzy po wyjściu z kabiny łapali za wszystkie możliwe linki i wciągali się z powrotem.

Skoczyła, bo nie miała wyjścia

Wyskoczyła tylko dlatego, że instruktor prowadzący start miał przed nią dwóch kolegów, którzy polecieli i nie wyskoczyli.

– Powiedział do mnie: jak nie wyskoczysz Barbaro, to dostaniesz taką kocówę… Tego właśnie się najbardziej bałam. To było szkolenie spadochronowe, latem natomiast rozpoczęło się szkolenie szybowcowe.

Barbara Grześkowiak-Bocian działa w Aeroklubie Poznańskim, który obecnie nosi imię Wandy Modlibowskiej, czołowej rekordzistki świata, pierwszego rekordu świata w długotrwałości lotu z 1937 roku, która latała 24 godziny i 17 minut bez przerwy. Wanda Modlibowska latała również w Mosinie, gdzie istniała szkoła szybowcowa już w 1934r.

Pani Barbara po kolei przeszła wszystkie szczeble szkolenia i zdobyła różne uprawnienia aż do uprawnień instruktorskich. Odtąd sama zaczęła szkolić młodzież.

Zawodowo pracowała w biurze projektów, wykorzystując na latanie i szkolenie urlopy wypoczynkowe, i każdą wolną chwilę.

– Chodziłam do pracy na siódmą rano, około godziny 14 udawało mi się „urwać”, wsiadałam na motor i jechałam do Gniezna, gdzie mieściła się filia naszego aeroklubu, szkoliłam tam młodzież aż do zachodu słońca. O godzinie trzeciej nad ranem wstawałam, latałam do szóstej, po czym wsiadałam na motor i jechałam do Poznania do pracy.

Jest to choroba nie do wyleczenia

Jak się połknie tego bakcyla, to koniec, uważa pani Barbara. Po prostu się lata.

– I nie ma strachu, nie boi się człowiek o swoje życie? Przecież jednak ryzyko jest wpisane w tą pasję i nie można powiedzieć: czuję się tak bezpiecznie jakbym wsiadała na rower.

– W zasadzie tak właśnie się czuję, odpowiada pani Barbara. – Bywają oczywiście takie sytuacje, kiedy adrenalina osiąga szczyt, choć nie myślałam nigdy o tym, że mogę się rozbić. Ale po to są też szkolenia i badania, po których dużo kandydatów odpada. Nie mogłabym latać, gdybym myślała, że może mi się coś stać.

– Przygoda z największą dawką adrenaliny…

– Przydarzyła mi się podczas lotu, kiedy dostałam się w chmury i było tak silne wciąganie w tą chmurę, że nie mogłam z niej uciec. Rozpętała się burza z silnymi wyładowaniami atmosferycznymi. Wznoszenie było rzędu 12 – 15 metrów na sekundę. Straciłam orientację (nie wie się wówczas, czy jest się na plecach czy na boku), musiałam zawierzyć przyrządom pokładowym. Emocje były duże, ale jakoś wyszłam z tej chmury.

Szybowiec, (który nie ma silnika) lata na zasadzie prądów wznoszących i pod każdą chmurką takich „kominów” wznoszących się szuka, żeby móc latać. Mają więc znaczenie prądy wznoszące i wiatr, który jest czymś innym w terenie górskim i czymś innym w terenie nizinnym. W górach wiatr powoduje wślizgiwanie się w powietrze na zbocze i w związku z tym można nisko nad zboczem w tą i z powrotem latać.

– Sztuką jest więc umiejętność wykorzystania warunków atmosferycznych bez pomocy silnika.

– Powiem tak: szybownictwo uczy latania. Śp. generał Tadeusz Góra, legenda lotnictwa polskiego był człowiekiem, który jako pierwszy na świecie zdobył najwyższe odznaczenie – Medal Lilienthala. Jest to medal przyznawany za wielki wyczyn. Generał Góra przeszedł wszystkie szczeble kariery lotniczej, poprzez szybownictwo, loty wojskowe na odrzutowcach w czasie II wojny światowej. Potrafił wylądować Mig-iem, któremu siadły dwa silniki i była niemal pewna katastrofa. Kiedy go zapytano, jak to zrobił, odpowiedział: jestem szybownikiem. Wiedział jak wykorzystać siłę aerodynamiczną.

Jeśli pilot został na szybowcach wyszkolony wiadomo było, że przeszkolenie na samolot nie jest już żadną sztuką.

Żart niezamierzony

– Czy zdarzyła się Pani jakaś przygoda związana z ptakami w locie, czy „wsiadł” Pani do szybowca np. bocian na pasażera?

– …Wsiadł!!! Mój mąż, Zygmunt Bocian. Ale tylko raz w życiu i do tego leciał ze mną szybowcem typu „Bocian”.

A tak poważnie, dla szybowników ptaki nie są groźne, szczególnie jastrzębie i właśnie bociany. Jastrząb, podobnie jak bocian jest ptakiem bardzo leniwym. Krążą one przede wszystkim w tych kominach termicznych, bo wtedy lekko im się lata. A nam chodzi o to samo, żeby nas nie „dusiło” w dół. Są to ptaki bardzo szybownikom przyjazne, nieraz się gdzieś wykręcało w kominie termicznym i raptem zobaczyło krążącego bociana. Bocian pokazywał, jaką szerokość ma komin.

– Co widać z szybowca?

– Przepiękną panoramę. Mieliśmy jedną koleżankę, która zawsze ostatnia przylatywała na zawodach. Kiedy pytaliśmy ją, dlaczego tak długo leciała, odpowiadała, że były tak piękne widoki, że nie mogła się śpieszyć.

Barbara Grześkowiak – Bocian działa w Klubie Seniorów Lotnictwa Aeroklubu Poznańskiego. Od wielu lat bierze też udział w zlotach pilotek polskich, tzw. „Sabatach Czarownic”.

– Historia tych zlotów wiąże się z naszą nieżyjącą już koleżanką, Pelagią Majewską, 17 – krotną rekordzistką świata. To ona była inicjatorką organizacji tych sabatów. Nie wyobrażała sobie, że możemy się nie spotykać, kiedy już nie będziemy latać. W tym roku odbył się 13 taki zlot. Ubiegłoroczny organizowałam w Poznaniu – był on związany z 90-tą rocznicą istnienia Aeroklubu Polskiego w Poznaniu. Pierwszy Aeroklub Polski powstał właśnie tu w Poznaniu po odzyskaniu niepodległości w 1919 roku.

Natomiast działalność klubu seniorów (należą do niego i panie i panowie) polega m. in. na kultywowaniu tradycji lotniczych, propagowaniu idei lotnictwa oraz gromadzeniu i opracowywaniu materiałów historycznych. Każdego roku, 6 stycznia, w dzień zdobycia poznańskiego lotniska Ławica przez powstańców wielkopolskich organizuje uroczystości pod pomnikiem.

– W tym roku robiliśmy to razem z 31 Bazą Lotnictwa Taktycznego w Krzesinach.

– Jakie są dzisiaj możliwości szkolenia?

– Są to zupełnie inne czasy. Kiedy ja latałam wystarczało spełniać warunki w zakresie zdrowia i nie były do tego potrzebne żadne pieniądze. Wszystko finansowało Państwo, czyli Ministerstwo Obrony Narodowej. Włącznie z obozami i zawodami. Naszym zadaniem było tylko latać. Później nastąpił bardzo martwy okres, powiedziałabym przerwa pokoleniowa. Nie było nikogo, kto zechciałby sfinansować młodzieży uprawianie tego sportu i pasji zarazem. Teraz szybownictwem zajmują się stowarzyszenia, które same muszą się utrzymać. Ale transformacja dokonuje się. Dyrektor naszego Aeroklubu, Piotr Haberland działa z nieprawdopodobną inwencją i zaangażowaniem. To on wpadł na pomysł utworzenia klas lotniczych, po to, żeby młodzież mogła szkolić się w 14 Liceum Ogólnokształcącym w Poznaniu. Jeśli młodzież uzyska podstawowe szkolenie i dobrze rokuje, otrzymuje dalszą pomoc. Pomaga tutaj Aeroklub z różnych funduszy, uzyskanych np. z lotów usługowych (akcja lisy, czyli zrzucanie szczepionek przeciw wściekliźnie, loty reklamowe itp.).

Jest to polityka krótkowzroczna

Aerokluby to są „przedszkola” dla wojska, które otrzymuje wyszkolonych już pilotów. Zakładając abstrakcyjnie, że godzina lotu w aeroklubie kosztuje 100 zł, to w wojsku są to już tysiące. Pilot, który zaczyna szkolić się w szkole oficerskiej kosztuje ogromne pieniądze.  Aeroklub Polski jest pozbawiony dotacji – nie ma jak się bronić, nie ma jak działać.

W celu uzdrowienia tej sytuacji prowadzono rozmowy z śp. gen. Andrzejem Błasikiem, który zginął pod Smoleńskiem, i który doskonale rozumiał te problemy. Wszystko było na najlepszej drodze, żeby te sprawy unormować, chodziło o porozumienia między Aeroklubem Polskim a MON. Był to bardzo mądry, myślący perspektywicznie człowiek.

Elżbieta Bylczyńska

* Motto albumu autorstwa Barbary Grześkowiak – Bocian i Izabelli Wałkowskiej, pt. „Aeroklub poznański 1919 – 2009, 90 lat Aeroklubu Poznańskiego im. Wandy Modlibowskiej”.

VN:F [1.9.22_1171]
Ocena artykułu: 7.8/10 (Głosujących: 24)
Bocian wsiadł mi na pasażera, 7.8 out of 10 based on 24 ratings
Napisano przez Elżbieta Bylczyńska Posted in Wywiad, reportaż

Elżbieta Bylczyńska

Redaktor naczelna Gazety Mosińsko-Puszczykowskiej (lata 2007-2016)

Skomentuj