Elżbieta Bylczyńska | piątek, 16 Gru, 2011 |

Jestem Polakiem | Jerzy Nagórniak – nowy dyrygent chóru w Mosinie

Przyznam, że zafascynował mnie ten młody człowiek – swoją kulturą, wiedzą, patriotyzmem, wiarą. I dumą ze swojej polskości. Właśnie tak trzeba kochać Boga i Polskę… Los zaprowadził go, między innymi, do Mosiny.

Spotkaliśmy się w salce katechetycznej mosińskiej parafii po wieczornej próbie, a spotkanie to zaaranżowała Bronisława Dawidziuk, prezes mosińskiego chóru.

Jerzy Nagórniak

Jerzy Nagórniak, nowy dyrygent naszego chóru urodził się w Kamieńcu Podolskim na Ukrainie. Pochodzi z polskiej rodziny, zarówno od strony matki, jak i ojca – jego przodkowie żyli na Podolu od pokoleń. Tam się wychował, tam też chodził do szkoły i kościoła. W świat muzyki wprowadzał go ojciec – organista – grający obecnie w kamienieckiej katedrze. Jest żonaty, w listopadzie urodziła mu się córka – Helena.

Czy kiedykolwiek przypuszczał, że będzie mieszkał w Polsce na stałe?

– Było to w moich marzeniach – zawsze, ale rodzice bali się o tym nawet marzyć… Nie myśleli, że nastaną kiedyś takie czasy, że my dzieci (moje dwie siostry i ja) będziemy mogli tu żyć. W Polsce ukończyliśmy studia, mieszkamy tutaj na stałe, opowiada dyrygent.

Mówi piękną polszczyzną, bez śladu obcego akcentu, choć wychował się w niewielkiej społeczności polskich katolików.

– Mało mieszkało u nas Polaków i katolików, ponieważ na naszym terenie większe były prześladowania. Większe niż np. w Wilnie czy Lwowie. Ja już tego nie zaznałem, ale czystki były ogromne, w związku z tym język polski został wyparty, zachował się tylko w modlitwach i w Kościele. Od dziecka modliłem się i uczestniczyłem w Mszach św. odprawianych po polsku. Nie znałem polskiej rzeczywistości, ale język polski był dla mnie święty… Myślę, że jest święty dla każdego, kto stamtąd pochodzi. Moi dziadkowie siadali wieczorami i śpiewali polskie pieśni, głównie kościelne, z polskiego śpiewnika. A kiedy opowiadali o Polsce… To było coś pięknego. Polska i Polacy – to był mój ideał…

Tata przebierał się za starą babcię

Na Podolu od wieków żyły różne społeczności – Żydzi, Ormianie, Polacy, Ukraińcy, Rosjanie.

– Kiedy przyszła bolszewicka rewolucja, zaczęto ludzi mordować i zsyłać na Syberię. Starówka Kamieńca zbudowana jest na ogromnej sieci podpiwniczeń i labiryntów, pod niektórymi klasztorami znajdują się dwa poziomy tych piwnic, ponieważ miasto często musiało się bronić przed najazdami Turków i Tatarów. Kamieniec Podolski przez lata był granicą chrześcijaństwa – dalej zaczynało się już Imperium Osmańskie. Wzniesione jest na skałach, ma kształt podkowy, którą otacza rzeka. Dzięki swojemu położeniu przez wieki było nie do zdobycia.

Za czasów rewolucji mordowano w tych piwnicach Polaków. Jako młody chłopak poszedłem kiedyś z kolegami do kościoła (w tej chwili jest to kościół Paulinów) i w piwnicach pod kościołem odkryliśmy kilka pomieszczeń wielkości ok.30-40 m. kw., wypełnionych od góry do dołu ludzkimi kośćmi…Kości poniewierały się tam do momentu, kiedy kościół odzyskali katolicy (po upadku Związku Radzieckiego). Dopiero oni złożyli je w mogiłach.

Schemat prześladowań polskiej rodziny był taki: bolszewicy przyjeżdżali w nocy i zabierali ojca, wtedy rodzina widziała go po raz ostatni. Matka wiedziała, że ją też zabiorą, że to jest kwestia paru dni, bo zawsze tak robili – najpierw zabierali ojca, przesłuchiwali, męczyli, wysyłali na Syberię, albo zabijali. I po trzech dniach przychodzili po matkę, ewentualnie dzieci.

Znam rodzinę, mieszkającą w Polsce, potomków chłopaka, który miał kilkanaście lat, gdy jego ojciec został w nocy zabrany. Matka odprowadziła chłopca do polsko-rosyjskiej granicy, opłaciła celników i kazała mu uciekać do Polski. Pomachała synowi na pożegnanie… I wróciła do Kamieńca. Nigdy się już nie zobaczyli. Tak się rozstawały rodziny, to było coś niewyobrażalnego.

Jerzy nie przeżył takich tragedii, ale jego przodkowie byli prześladowani. Dziadek z Syberii wrócił cudem, po śmierci Stalina. Nigdy, nawet najbliższej rodzinie nie chciał opowiadać, co tam przeżył.

– Myślę, że nie ma tam ani jednej polskiej rodziny, której członkowie nie przeżyliby tragedii związanej z tym, że byli Polakami. A jednocześnie katolikami, (jeśli ktoś był katolikiem to był równocześnie Polakiem). Mojego ojca i kilku jego rówieśników wywoływano w czasie szkolnych apeli, pokazywano jako Polaków – katolików i wyśmiewano, mówiąc: „patrzcie, oni chodzą do kościoła…, powinni się wstydzić”. Za moich czasów wywoływano już tylko tych, którzy palili papierosy. W czasach młodości taty natomiast, nauczyciele mieli obowiązek dopilnować, żeby uczeń – katolik przestał chodzić do kościoła. Dlatego tata i inne dzieci katolików przebierali się za stare babcie i pochyleni przemykali na Mszę świętą… Nie doznałem takich prześladowań, ale odczułem niechęć do Polaków, zwłaszcza w kontekście wiary, (kiedy szliśmy do kościoła mówiono: o idą te polskie mordy…). Może nie należy tego wytykać, ale nie należy o tym zapominać.

Ludzie wędrowali za księdzem

Nie mieli swojego kościoła. Ksiądz przebierał się za stróża (w ciągu dnia pracował jako stróż) i spotykał się z ludźmi.

– Niektóre kościoły były otwarte (w małych miejscowościach), ale ksiądz częściej odprawiał Mszę w czyimś domu. Tata był organistą i towarzyszył księdzu, późniejszemu ordynariuszowi kamienieckiej diecezji bp. Janowi Olszańskiemu. Umawiali się też z wiernymi w jakiejś miejscowości i tam wszyscy się zjeżdżali. W czasie takiej wyprawy, na dworcu zmarł mój dziadek. Władze dowiedziały się, że Polacy chcą jechać na odpust i nie podstawiły autobusu… Ot tak po prostu, na złość – w ten sposób znęcali się i wyśmiewali z nich.

Gdyby Polacy tu w kraju mieli świadomość, ile naprawdę ich rodacy przeszli na Kresach, o wiele bardziej byliby dumni ze swojej historii.

Swojej polskości nigdy się nie wstydził. Uważa, że przeżyć związanych z wiarą, Bogiem, Ojczyzną nie powinno się ukrywać. Przeciwnie, powinno się o tym głośno mówić.

– Dla mnie jest to niepojęte, że ludzie nie wyrażają swoich wzniosłych uczuć… Jestem Polakiem, jestem patriotą, katolikiem i jestem z tego dumny.

Droga do Polski

Jerzy miał 15 lat i skończone szkoły podstawowe – ogólnokształcącą i muzyczną, śpiewał w kościele i w chórze, kiedy do Kamieńca Podolskiego przyjechała ze swoim chórem prof. Krystyna Domańska – Maćkowiak z Poznania. Ojciec Alojzy, paulin, chodził wokół niej i opowiadał wciąż o chłopaku, bardzo uzdolnionym muzycznie, którego, jego zdaniem, należało kształcić dalej.

Na początku wszystko odbyło się jakby poza mną. Zaproponowano mi (1997 rok) trzy miejsca nauki w Polsce, wybrałem Salezjańskie Liceum Muzyczne w Lutomiersku, gdzie głównym przedmiotem były organy. Po ukończeniu liceum, uczęszczając na kursy Studium Dyrygentów Chórów Polonijnych w Koszalinie, wiedziałem już, że interesuje mnie dyrygentura jako taka.

Zdał na wydział dyrygentury chóralnej i muzyki kościelnej Akademii Muzycznej w Poznaniu. W trakcie studiów brał udział w wielu koncertach, śpiewając w pięciu różnych chórach – uczelnianym, kameralnym, w chórach swoich profesorów Św. Marcina i Polihymnia, Chórze Dominicantes i wielu innych.

Byliśmy w prywatnych apartamentach Ojca Świętego

– W grudniu 2004 r. razem z ks. biskupem Markiem Jędraszewskim i Duszpasterstwem Św. Rocha w Poznaniu pojechaliśmy do Rzymu, żeby odebrać obraz Maria Sedes Sapientiae, który powstał na prośbę Jana Pawła II i pielgrzymował po środowiskach akademickich w różnych krajach. Poznańska grupa akademicka odbierała ten obraz od Irlandczyków, a my, studenci Akademii Muzycznej, dzięki pomocy pani prof. Domańskiej- Maćkowiak i śp. prof. Marii Pawlaczyk stworzyliśmy specjalny chór, który towarzyszył tej pielgrzymce. Wraz z innymi, akademickimi chórami Rzymu śpiewaliśmy na Mszy św., w czasie której papież Jan Paweł II przekazywał ten obraz poznańskim studentom. Byliśmy też w prywatnych apartamentach Ojca Świętego, zaśpiewaliśmy Mu Magnificat Andrzeja Koszewskiego – poznańskiego kompozytora. Każdy mógł wtedy podejść do Ojca Świętego, było to wielkie przeżycie. Cztery miesiące przed Jego śmiercią…

W 2006 roku brał udział w XI Ogólnopolskim Konkursie Dyrygentów Chóralnych, zdobył w nim III miejsce.

Jerzy Nagórniak jako organista gra w kościołach od 15 roku życia. Wracając z Polski do domu na wakacje, często towarzyszył ojcu Alojzemu lub proboszczowi Romanowi Twarógowi, a także bardzo często zastępował swojego tatę w kamienieckich kościołach. Na stałe jako organista gra do dzisiaj w kościele św. Rocha oraz w kościele na Osiedlu Piastowskim (od I roku studiów). W 2006 roku przejął też działający przy tej parafii chór Nova.

– Pani prof. Domańskiej – Maćkowiak zawdzięczam wszystko, ona opłaciła moją edukację w liceum, bez żadnej mojej zasługi. Zawdzięczam jej to, że tu jestem, że skończyłem liceum i studia. Obywatelstwo polskie otrzymałem w styczniu 2010 r., nadał mi je śp. prezydent Lech Kaczyński.

Elżbieta Bylczyńska

VN:F [1.9.22_1171]
Ocena artykułu: 8.4/10 (Głosujących: 23)
Jestem Polakiem | Jerzy Nagórniak - nowy dyrygent chóru w Mosinie, 8.4 out of 10 based on 23 ratings

Elżbieta Bylczyńska

Redaktor naczelna Gazety Mosińsko-Puszczykowskiej (lata 2007-2016)

Skomentuj