Audycja: Puszczykowski Gutenberg
Elżbieta Bylczyńska | piątek, 27 Maj, 2011 |

Kiedy czujesz ziemię pod stopą

Wywiad z Józefem Skrzekiem, Mosina, 14 maja 2011 r.

Elżbieta Bylczyńska:

Od momentu wprowadzenia stanu wojennego w 1981 roku zaczął Pan występować w kościołach, w tej nowej dla Polski sytuacji nie chciał Pan grać normalnych koncertów. W jednym z wywiadów, kilka lat temu powiedział Pan: jak miałem grać koncerty w takiej sytuacji, kiedy działy się takie rzeczy? Czy od tego czasu tworzy Pan muzykę religijną?

Józef Skrzek:

Oficjalnie tak, natomiast wcześniej podglądałem organistę, kiedy w kościele św. Michała w Michałkowicach byłem pilnym ministrantem…* Z drugiej strony szedłem przez świat torem normalnego, młodego człowieka – grałem w zespole rockowym. Te wszystkie przemiany, jakie następowały w czasach młodzieńczych, w latach kształcenia się w zacnych, muzycznych szkołach powodowały, że zacząłem patrzeć bardzo szeroko. Ale jednocześnie zawsze istniało odniesienie do michałkowickich pieleszy. Bardzo pielęgnowaliśmy sprawy rodzinne (trzymaliśmy się zawsze razem), zarówno ze strony mamy i dziadka – rodzina kowali, jak i taty, który był sztygarem – rodzina górników. Moi przodkowie byli powstańcami śląskimi. Walczyli podczas drugiej wojny światowej w podziemiu, w ruchu oporu, o polskość Śląska. Mojego stryja Józefa Skrzeka**, hitlerowcy 3 grudnia 1941 r. powiesili na drzewie, na placu, który dzisiaj nazywa się Placem Józefa Skrzeka. Jego ostatnie słowa brzmiały: „Niech żyje Polska, niech żyje Chrystus Król”.

Polska i wiara ojców…

Tak…Odmawiamy codziennie Anioł Pański – rodzinnie. Chodzimy do kościoła co niedzielę – też rodzinnie. Robimy to wszystko normalnie, bo w to wierzymy. Jest to nasz rodowy przekaz z dziada – pradziada. Szacunek do tych rodowych tradycji powoduje, że będziemy wierzyć dalej, wbrew przeróżnym ciągotom, pokusom, wątpliwościom i nie wiadomo jakim propozycjom medialnym. Wbrew podśmiewaniu się… Nie zwracamy na to uwagi, jesteśmy śląską, mieszaną rodziną, żona pochodzi z Kołobrzegu.

Modlitwa to jest moment, kiedy czujesz ziemię pod stopą…Wiarę trzeba kultywować, dlatego jeśli są tacy szafarze, tacy muzycy, jeśli są ludzie oddani, wierni i prawdziwi – niech to istnieje. Ja próbuję się włączyć, ale w sposób bardzo osobisty. To, że gram w kościołach jest dla mnie zaszczytem, a muzyka religijna, którą wykonuję w kręgach Kościoła jest dla mnie bardzo ważna. W tym komercyjnym układzie świata człowiek specjalnie nie czuje, jak ona brzmi, liczą się tylko sukcesy, kariera. Jest wielu ludzi, którzy są odszczepieńcami od wiary, dla których to, co reprezentują katolicy – to bajka. A muzyk, który gra w kościele – albo jest nawiedzony, albo jest wierzący, albo wie, o co mu chodzi…

Szukaj, burz, buduj (SBB) – czy ten podtekst ma dzisiaj znaczenie?

To nie ja wymyśliłem, to wymyślili inni… Na rynek komercyjny, rynek show biznesu wchodziłem po śmierci ojca. To, co zrobiłem z Tadkiem Nalepą, z Cześkiem Niemenem, co zrobiłem z „Szukaj Burz i Buduj”, to jest inny jakby odcień, późniejszy. Dzisiaj mogę powiedzieć, że musiało w tym być coś głębszego….

Natomiast w osiemdziesiątych latach wiedziałem, jaka jest sytuacja w Polsce, jednocześnie miałem możliwość wyjazdu do Ameryki z Jerzym Skolimowskim, zrobiłem muzykę do jego filmu „Ręce do góry” – 1981 r., (do starej części – 1967 r. – muzykę skomponował Krzysztof Komeda). Byłem w bardzo mocnych rękach i właściwie mogłem w tym momencie iść w świat nie patrząc na nic, na to, co się tutaj działo. Zostałem jednak, co ma znaczenie – poznałem dziewczynę z Kołobrzegu, Alinę, która była gotowa pójść za mną w ogień. Zostaliśmy w Polsce. Tutaj urodziły się trzy nasze córki, Karina, Luiza i Elżbieta. Wtedy byłem w trudnej sytuacji (także materialnej), bardzo sfrustrowany, musiałem rozwiązać zespół, byłem rozszarpywany przez rynek wschodni i zachodni. Alina mi pomagała. Podziwiam ją, jest dla mnie autorytetem. A ja dla niej.

Kiedyś powiedział Pan, że najpiękniejsze chwile (lata 80.) przeżył Pan w chorzowskiej Leśniczówce – w Planetarium, jeśli chodzi o ludzi, muzykę…

W latach osiemdziesiątych ważyło się wszystko, jedni wyjeżdżali w świat, bo chcieli, inni, bo musieli, to były przecież lata ogromnej emigracji. Jeszcze inni byli internowani,  przygnębieni, i tacy, którzy popełniali samobójstwa. A niektórych zastrzelili… Podczas jednego z koncertów na Śląsku, w Jastrzębiu, Widziałem, jak zomowcy wyżywają się na młodzieży, jak pałkują tych młodych ludzi…

Jednocześnie, przy moich różnych propozycjach wyjazdowych do Anglii, Ameryki, Niemiec dotykałem tematu Polski. Odkryłem nową treść w sztuce, czyli połączenie organów z synetezatorami i do tego piękne słowa, i umiejscowienie w Kościele. Zagrałem raz, drugi trzeci, potem była Kalwaria Piekarska, Jasna Góra i dostałem błogosławieństwo od ojca generała Paulinów: „Idź synu w świat – chwal imię Maryi”. To było absolutne wysłanie mnie… W międzyczasie grałem w teatrach, na zamkach, grałem muzykę filmową.

A Planetarium? Ktoś mi powiedział, że w starej części parku, wśród drzew, w jakiejś „budzie” ma powstać klub. Ludzie stwierdzili: ty jesteś najbardziej znanym z nas, bądź naszym Al Pacino. Zrobiliśmy tam scenę, kominek, powstało coś w rodzaju atelier. I powstał Dom Pracy Twórczej Leśniczówka. Paradoks – Leśniczówka w centrum miasta, w parku chorzowskim, gdzie były kiedyś hałdy… Tam spotykali się głównie muzycy, bluesmani, rockmani, jazzmani, klasycy – bardzo różne osobowości, potem dołączyli aktorzy, malarze… I zrobił się klub wszechczasów, taki absolutnie integrujący wszystkie style, w którym wszyscy się dogadywali. To była nasza baza, najczęściej płonął ogień w kominku, szły jakieś dźwięki… Trwało to prawie całą dekadę, grałem tam wiele razy. Jednocześnie byłem w Leśniczówce takim Aniołem Stróżem. Czułem, że jest potrzebna. I stało się coś wyjątkowego, Leśniczówka w latach 80. była ewenementem, dziennikarze z różnych części Europy dziwili się, że coś takiego potrafiliśmy stworzyć. Ale to był konglomerat ludzi, którzy to wszystko wykreowali.

A potem zaczął Pan wędrować po górach, szukać przestrzeni.

Zacząłem grac z góralami beskidzkimi, ale to już było w następnej dekadzie. W międzyczasie spędziłem pół roku w Ameryce, na moment zebrało się SBB i graliśmy w Nowym Jorku, w Chicago. Dostałem propozycję, żeby zostać za Oceanem, nagrać i wyprodukować płytę z młodą Amerykanką. Michał Urbaniak też mnie zapraszał, wyszło na to, że miałbym tam spędzić rok (1994). Ale nie mogłem zostać, bo miałem już małe dzieci. Zrezygnowałem z kariery w Ameryce, wróciłem do domu, zacząłem grac w Beskidach, z beskidzkimi skrzypkami i poznawać inny świat – razem z tymi malutkimi dzieciakami. Góry bardzo nam wszystkim pomagały. Zrobiłem z góralami piękny koncert na polanie Stecówki, gdzie zainstalowaliśmy półtonowy dzwon, sam byłem tego inicjatorem (górale wybudowali dzwonnicę). Istnieje do dzisiaj, dzwoni na Anioł Pański i nie tylko. Kiedy tam jadę – z radością wybieram mu ton. Takie rzeczy zostają na zawsze.

Między góralami byłem takim ceprem, ale bardzo z nimi zaprzyjaźnionym, to mnie odmieniało. Zacząłem też inaczej podchodzić do zjawisk natury, wstawać wcześnie rano, chcąc zobaczyć wschód słońca – przedtem prowadziłem życie lunatyka. Granie przy tym kościółku drewnianym na Stecówce, na dużej wysokości mocno podniosło mnie na duchu. Jednocześnie dało nowe natchnienie. Zrobiłem operę w Operze Śląskiej, oratorium w Katedrze Oliwskiej i inne rzeczy. W międzyczasie zagrałem kilka ciekawych koncertów i reaktywowałem SBB w 2000 r. z nowym bębniarzem – Paulem Wertico z Chicago, który grał z Patem Methenym. I wrócił Apostolis Antymos z Grecji, po 20 latach. Grałem też z Wiesławem Komasą w duecie poetycko- muzycznym.

Oczywiście to, że SBB znowu się zebrało, spowodowało raban…Zaczęliśmy nagrywać płyty, podróżować po świecie. Zagraliśmy nawet w Meksyku. I znowu znaleźliśmy się na bardzo wysokim pułapie, naturalnie w kategorii progressive rock, kategorii ciekawej, twórczej, kreatywnej. Trwało to prawie dekadę.

Potem przyszedł Węgier – Gabor Nemeth z grupy Scorpio i Tomek Schamlos z grupy Locomotiv GT. Gabor został z nami do końca ubiegłego roku. W międzyczasie zagraliśmy też bardzo ciekawy koncert z Deep Purple, zaprzyjaźniliśmy się z tą grupą (oni potem, kiedy przyjeżdżali do Polski, chcieli grać tylko z nami). Pierwszy wspólny koncert odbył się w Spodku, po tym jak runęła hala targowa – utwór Memento dedykowałem właśnie gołębiarzom.

Jan Paweł II w Pana życiu…

– Był dla mnie natchnieniem, fenomenem w każdym wymiarze. Kilka razy dedykowałem Mu swoją muzykę. Pozostanie we mnie na zawsze. Może to jest skrócenie, nie mogę teraz oddać całej głębi…

– Cała moja rodzina w drugim pokoleniu powstała w czasie, gdy On zasiadał na Watykanie, wszyscy czuliśmy się z Nim mocno związani…

– Kończy się pewien etap, związany z pontyfikatem Jana Pawła II. Może dzisiaj byłoby inaczej, gdyby On żył? Może nie byłoby tego złego obchodzenia się z pewnymi pojęciami, tego… świętokradztwa? Ale może nie wszystko stracone?…

– Gdziekolwiek grałem na świecie utwór, który dzisiaj także wykonałem – „O Panie przebacz moje myśli”- Karola Wojtyły, ludzie wiedzieli, co to jest… I myślę, że o takie rzeczy chodzi, o autentyczne rzeczy. My nie musimy udawać, my musimy być prawdziwi. A to, że powinniśmy jednak zachować swoją siłę wiary jest oczywiste…

– Wiara wymaga bycia wśród katolików, wymaga od wszystkich dyscypliny, od nas – wiernych, od kapłanów, od administracji, od wszystkich po kolei, jeśli ma to mieć jakiś sens. Jan Paweł II doprowadził do apogeum wiary. Jeśli chodzi o Polskę jest to ewenement, który nigdy się nie powtórzy. Dwadzieścia siedem lat naszego życia, niezwykłych lat…

Dziękuję za rozmowę.

* Tajniki techniki manualnej organowej Józef Skrzek poznawał w czasie studiów w katowickiej Akademii Muzycznej. Pierwszy poważny występ to rok 1978 i Festiwal Muzyki Sakralnej w Katowicach. Zagrał wówczas na organach piszczałkowych i zaśpiewał pieśń „Zbliż się do mego serca” do słów Romana Brandstaettera.

 

** Stryj artysty był pedagogiem, działaczem harcerskim i niepodległościowym, oficerem 3 Pułku Strzelców Podhalańskich, działał w organizacji konspiracyjnej Siły Zbrojne Polski.

Zobacz także:

Józef Skrzek wystąpił w Mosinie

VN:F [1.9.22_1171]
Ocena artykułu: 7.2/10 (Głosujących: 16)
Kiedy czujesz ziemię pod stopą, 7.2 out of 10 based on 16 ratings

Elżbieta Bylczyńska

Redaktor naczelna Gazety Mosińsko-Puszczykowskiej (lata 2007-2016)

Skomentuj