Elżbieta Bylczyńska | wtorek, 15 Mar, 2011 |

Mówiło się o nich: Lekarze Mosiny

Teraz jest to już zapomniana historia, ale kiedyś dr Murkowski – to była firma! Wiadomo było, że jak ktoś zachoruje, ratunek znajdzie u doktora Murkowskiego, w kamienicy nr 13 przy mosińskim rynku.

Widziałem nie raz, jak panią dr Janinę Murkowską ludzie zatrzymywali na ulicy i mówili:

– Pani doktor, ja mam plomby, które zakładała mi pani 50 lat temu i jeszcze się trzymają.

Lekarze Mosina

[singlepic id=55 w=320 h=240 float=left]W listopadzie ub. roku mieszkańcy Mosiny pożegnali śp. Janinę Murkowską, licznie uczestnicząc w Jej ostatniej drodze. Do dzisiaj nie słabną echa tego smutnego wydarzenia, a do Redakcji docierają głosy mosinian, wspominających małżeństwo wspaniałych lekarzy, którzy zaczęli pracować w Mosinie jeszcze przed II Wojną Światową. Janina Murkowska była lekarzem stomatologiem, Walenty Murkowski – lekarzem ogólnym (miał dyplom doktora wszech nauk lekarskich). Znali ich tutaj, cenili i obdarzali wielkim szacunkiem chyba wszyscy mieszkańcy.

– Tata był lekarzem „od wszystkiego”, jak to wówczas określano. Odbierał porody,  zszywał rozcięte głowy, leczył chore serca i inne narządy wewnętrzne, zajmował się po prostu wszystkimi chorobami, opowiada syn, Jacek Murkowski. – Chorych nie odsyłało się wówczas do takich specjalistów jak kardiolog, okulista, ortopeda, i in. Przyjmował w Mosinie od roku 1932 do 1975, zmarł w 1977 roku.

– Mama pracowała w Mosinie  od roku 1938. Urodziła się w Warszawie, gdzie ukończyła w 1934 roku elitarną uczelnię – jaką z pewnością była ówczesna  Akademia Stomatologiczna. Jej ojciec, a mój Dziadek – Marian Drouet był do 1918 roku oficerem kawalerii w wojsku carskim, a następnie w odrodzonym wojsku polskim. Cudem udało mu się w 1918 roku ujść z życiem  z ogarniętego rewolucyjną pożogą Petersburga. Jego koledzy pułkowi – „biali” oficerowie –  zakończyli życie w przeręblach na Newie… Dziadek, po odzyskaniu przez Polskę niepodległości w 1918 r. służył w Wojsku Polskim, między innymi w stopniu majora w słynnym Centrum Wyszkolenia Kawalerii Wojska Polskiego w Grudziądzu.  Widok rewii kawalerii w Grudziądzu zapadł w pamięci Mamy na zawsze. W Grudziądzu stacjonował też 18 Pomorski Pułk Ułanów, który wszedł do historii z pewnością też z innych powodów, ale i za sprawą telegramu, jak to często wspominano, wysłanego na ślub prezydenta Ignacego Mościckiego, o następującej treści: „Młodej parze szczęść Boże, 18 pułk Pomoże”.

Dziadek walczył o niepodległość Polski w zwycięskiej Bitwie Warszawskiej w 1920 r., dowodząc szwadronem ułanów. W 1936 roku przeszedł na emeryturę i podjął pracę w PZU w Poznaniu (oprócz tego, że był oficerem skończył też Wyższą Szkołę Handlową w Warszawie).

Lata wojny

Dr Janina Murkowska pracowała w czasie wojny  u niemieckiego stomatologa o nazwisku Drawe. Lekarz ten założył w Mosinie (przy dzisiejszej ul. Mickiewicza) gabinet, ale szybko został powołany do wojska i Mama pracowała tam z jego żoną. Była to przymusowa praca, do której skierował Ją niemiecki Urząd Pracy (Arbeitsamt).

Dr Walenty Murkowski pracował w czasie wojny jako polski lekarz niemieckiej kasy chorych. Znał doskonale język niemiecki, w 1918 r. ukończył gimnazjum z obowiązkowym językiem niemieckim – pochodził z Dolska koło Śremu.

Polskich obywateli rozstrzelanych 20 października 1939 roku w sercu miasta państwo Murkowscy znali doskonale. Także doktora Gawrona, z Kórnika, którego Niemcy tutaj przywieźli na egzekucję.

– Mama nie była jeszcze znana, a trzeba pamiętać, że listę osób przeznaczonych do likwidacji, jeszcze przed wybuchem wojny sporządzili miejscowi Niemcy, którzy znali polskie miejscowe elity. Ojciec także dobrze znał Niemców mieszkających w Mosinie i okolicy, bo leczył ich już wiele lat wcześniej.

O tragedii tej w książce pt. „Serce i skalpel. Fascynacje i wspomnienia kardiochirurga” tak pisze słynny prof. Antoni Jan Dziatkowiak, który mieszkał w Mosinie w latach swojej młodości:

„W Mosinie na liście do rozstrzelania w tym dniu był też popularny i szanowany mosiński lekarz – dr Walenty Murkowski. Uniknął śmierci tylko dlatego, że w tym czasie na Pożegowie odbierał poród i ktoś go uprzedził. Gdy po tygodniu wrócił do swego mieszkania przy rynku, zastał w nim lekarzy z Wermachtu. Zdziwili się, że on żyje. Mówił płynnie po niemiecku i z racji zawodowej solidarności łaskawie pozwolili mu zamieszkać w małym pokoiku”.

– Ojciec ukrył się wówczas w pożegowskiej stodole.

Walenty Murkowski był lekarzem z powołania, miał nieposzlakowaną opinię. W czasie wojny był jedynym polskim lekarzem na tym terenie. Jeździł do pacjentów motocyklem lub furmankami, od Rogalina po Borkowice, Puszczykowo i Brodnicę. O tych furmankach Janina Murkowska opowiadała swoim dzieciom, przywołując obraz wielu wozów konnych, stojących  na Rynku pod domem  nr 13 i oczekujących na powrót pana doktora.

– Mama opowiadała nam, jak to było w tamtych czasach. Bardzo często, kiedy wyglądała wieczorem przez okno widziała ludzi z całej okolicy, siedzących na  tych furmankach. Jedni przywozili chorych inni zabierali Ojca do chorego. Jeśli sam jeździł do pacjentów, to właśnie na tym motocyklu. Jechać tym motorkiem do Żabna, całą noc odbierać poród  i wracać potem rano do domu i do pracy – dzisiaj trudno to sobie wyobrazić. Albo przeprawiać się promem przez Wartę do Rogalinka. Nie było odsyłania chorych do okulisty, ginekologa, czy kardiologa. Był tylko jeden lekarz – dr Murkowski. Tylko w przypadku bólu zębów mógł Ojciec odesłać pacjenta do naszej Mamy.

 Jeszcze jedno wspomnienie prof. Dziatkowiaka:

„W rodzinie bliższej i dalszej nie mieliśmy żadnego lekarza, a Matka ten zawód stawiała na drugim miejscu po księdzu. Kiedy w 1936 r. musiała poprosić do mnie dr Walentego Murkowskiego, a byłem ciężko chory z wysoką temperaturą, to wielokrotnie później podkreślała, że jest to dobry i ludzki doktór, bo poznał się na chorobie dziecka i za wizytę nic nie wziął”.

W czasie wojny dr Murkowski leczył mieszkańców Mosiny – Polaków i Niemców. Z czasem  wśród jego pacjentów znaleźli się  też żołnierze Armii Czerwonej, ranni podczas wyzwolenia miasta w 1945 roku. Jacek Murkowski zapamiętał opowieści rodziców, jak to potężne kawały mięsa wołowego, które dr Murkowski ledwo do domu donosił, stanowiły honorarium za opatrywanie rannych Rosjan. Żołnierze ci prawdopodobnie rekwirowali krowy gospodarzom, zabijali, oprawiali a hałdy mięsa wozili ze sobą na wozach, które stały w bramach domów na ul. Poznańskiej.

– Ojciec nam opowiadał, że były to ciężkie przypadki rannych i chorych, był to przecież czas wyzwalania Mosiny i Poznania  w styczniu 1945 roku. Po wyzwoleniu Rosjanie organizowali w magistracie przymusowe  „biesiady”, w których musieli uczestniczyć wskazani przez nich obywatele. Polegały one przede wszystkim na … piciu wódki. Musiał brać w tym udział i ksiądz, i lekarz, i aptekarz, czy tego chcieli czy nie chcieli. Mama oczywiście nie wychodziła razem z Ojcem na te przyjęcia, ale po chwili przychodziło dwóch żołnierzy radzieckich i pod bronią zabierali ją do magistratu. Jeśli ksiądz proboszcz nie przyszedł, też  go przyprowadzali.

Po wojnie pani Janina miała w mieszkaniu przy rynku swój gabinet, ale przede wszystkim  pracowała   w przychodni dentystycznej, która mieściła się w różnych miejscach (m.in. zaraz po wojnie w budynku na rogu ulicy Kościelnej i Poznańskiej, a potem przy ul. Śremskiej, tam gdzie dzisiaj jest USC). W ostatnich latach, do przejścia na emeryturę w 1976 r. była kierownikiem Mosińskiego Ośrodka Zdrowia.

 – W domu nr 13 przy rynku, na dole (nasze mieszkanie znajdowało się na piętrze) mieściła się Rejonowa Przychodnia Lekarska PKP, którą Ojciec wiele lat prowadził. Pracował  też cały czas  w Ośrodku Zdrowia, który najdłużej mieścił się w budynku dzisiejszego Urzędu Stanu Cywilnego przy ul. Śremskiej. Długie lata był kierownikiem tego Ośrodka, dopóki Go w latach sześćdziesiątych pezetperowski wielkorządca Mosiny tego stanowiska nie pozbawił, za – jak to uzasadnił –  „kontakty z panem Hildebrandtem”. Wyjaśnijmy, że „pan Hildebrandt” to jest ks. dziekan Roman Hildebrandt, więzień Dachau, budowniczy kościoła w Mosinie, przez wiele powojennych lat proboszcz tutejszej parafii, przyjaciel Ojca. Ojciec pracował też w tzw. „Kokotku” (starsi mosinianie wiedzą, o jaki budynek chodzi), tj. w budynku dzisiejszego Liceum im. Jana Pawła II przy ul. Wawrzyniaka, gdzie utworzył Izbę Porodową, która z powodzeniem funkcjonowała kilkanaście lat. Po wojnie został na krótko wiceburmistrzem Mosiny.

Lekarz, aptekarz i proboszcz

Życie rodzinne i towarzyskie toczyło się wówczas na wielu płaszczyznach.

– Rodziny były duże, wielodzietne (nas, dzieci było czworo). Dom rodziców stanowił swego rodzaju ośrodek życia towarzyskiego. Imieniny – dzisiaj nikt nie ma na to czasu – w dniach 14 lutego i 24 czerwca celebrowało się w sposób typowy dla małego miasteczka. Duża rodzina oraz lekarz, aptekarz i proboszcz zawsze w takich przyjęciach brali udział i były to wielkie, radosne  wydarzenia, do których się powracało we wspomnieniach. Ludzie byli wtedy ze sobą bardzo zżyci. Mieszkaliśmy w kamienicy państwa Cieślewiczów, jak już wspomniałem pod numerem 13. Pomimo prymitywnych warunków (ubikacja była w podwórzu, a woda w pompie), żyliśmy jak jedna, wielka rodzina. W pobliskiej kamienicy mieszkali państwo Strzeleccy, rodzice obecnej pani burmistrz, Zofii Springer. Moja siostra Iza bardzo przyjaźniła się z jej siostrą, Haliną. Pamiętam, jak mój Ojciec opowiadał, że Zosia jako mała dziewczynka często stała przed domem   i mówiła mu zawsze dzień dobry. Potem biegła do domu zadowolona, że pan doktor pogłaskał ją po policzku.

W opowieściach rodzinnych rodzice często wracali do pewnego wydarzenia, w którym główną i zbawienną dla nas rolę odegrał pan Strzelecki. Były to lata stalinizmu w Polsce, kiedy obowiązkowo należało na 1 maja wywiesić flagę. Późnym wieczorem, 2 maja przybiegł do nas pan Strzelecki i powiedział:

– Czy wyście oszaleli, macie jeszcze na balkonie flagę, a jutro jest  3 maja …

Pozostawienie flagi polskiej w dniu 3 maja, a więc na święto Konstytucji 3 Maja, którego obchodzenie było zabronione, mogło wówczas dla Polaków skończyć się bardzo źle…

Dr Janina Murkowska była osobą doskonale zorientowaną w aktualnych wydarzeniach, do ostatnich swoich dni interesowała się polityką i sportem, który w młodości czynnie uprawiała, odnosząc przed wieloma laty na różnych międzyszkolnych zawodach sportowych szereg sukcesów, z których była niezmiernie dumna.

– Zawsze żałowała, że nie może pokazać wnukom zdobytych medali. Stało się tak za sprawą Kocha, mosińskiego Niemca, który miał gospodarstwo na rogu ulicy Krotowskiego i Pożegowskiej, naprzeciwko dzisiejszej Moreny. W pierwszych dniach wojny pojawił się w mieszkaniu rodziców, ubrany w charakterystyczny, żółty  mundur partii hitlerowskiej, z czerwoną opaską z hakenkreuzem na ramieniu, i po niemiecku wyjawił cel swojej wizyty, mianowicie przyszedł … po złoto. Obmyślił sobie, że dentysta musi mieć złoto, bo przecież zakłada złote koronki. Trzeba mu było przystępnie i długo tłumaczyć, że dentysta zakłada złote koronki tylko wtedy, gdy pacjent daje swoje złoto. Przeprowadził jednak rewizję i zabrał złote medale sportowe Mamy. Koch mówił do dnia 1 września 1939 r. po polsku tak, jak my, tzn. prawie tak jak my, ale ta rozmowa toczyła się już tylko w języku niemieckim. Tłumaczem Mamy był Ojciec.

Janina i Walenty Murkowscy zostali w 2004 roku uhonorowani Medalem Rzeczypospolitej Mosińskiej. W pamięci mieszkańców pozostali przykładem ludzi kierujących się zasadami pokolenia ukształtowanego i wychowanego w międzywojennej Polsce. Te zasady przekazali swoim dzieciom, wnukom i prawnukom.

– Mama dożyła 98 lat, a pytana o receptę na długowieczność, niezmiennie odpowiadała, że jest nią wychowanie wojskowe, bo Dziadek jako zawodowy wojskowy stosował w domu metody wychowawcze, jeśli tak to się wtedy nazywało, będące na porządku dziennym w pułkach kawalerii.

Mama miała do końca w Mosinie wielu wdzięcznych pacjentów, którzy odwiedzali Ją przy różnych okazjach, obdarowując domowym ciastem i kwiatami.

Elżbieta Bylczyńska

tagi: lekarze mosina

VN:F [1.9.22_1171]
Ocena artykułu: 7.6/10 (Głosujących: 19)
Mówiło się o nich: Lekarze Mosiny, 7.6 out of 10 based on 19 ratings

Elżbieta Bylczyńska

Redaktor naczelna Gazety Mosińsko-Puszczykowskiej (lata 2007-2016)

Skomentuj