Elżbieta Bylczyńska | niedziela, 28 Paź, 2012 |

Mam go bardziej w sercu, niż w głowie

Zapadła decyzja, że wyjeżdżają do Nowej Zelandii, po ośmiu latach Renata twierdzi, że była to decyzja dobra. Odwiedza Polskę dość często, mąż rozumie jej tęsknotę za rodziną, pozostawioną w Mosinie.

Renata Przynoga – Cousins

Renata Przynoga – Cousins (artystka – malarka) pochodzi z Mosiny, mieszka w Nowej Zelandii. Ukończyła Liceum Plastyczne w Poznaniu, po czym przeżyła mały epizod w prywatnej szkole aktorskiej w Krakowie.

– W liceum, razem z kolegą zrobiliśmy dyplom ze scenografii i spektaklu teatralnego, i stwierdziliśmy, że spróbujemy sił w szkole aktorskiej, opowiada. – Ale on miał aktorstwo we krwi, ja natomiast zachłysnęłam się nowym spojrzeniem na sztukę. I to była pomyłka, po pół roku stwierdziłam, że aktorką nie zostanę. Wróciłam do Mosiny.

Zawsze jednak marzyła o malarstwie, o Akademii Sztuk Pięknych. Skończyła ASP w Poznaniu na kierunku – malarstwo sztalugowe i tkanina artystyczna. Przedtem, na IV roku studiów wyjechała do Bartysławy na jeden semestr nauki, po wygraniu konkursu na uczelni, w ramach międzynarodowej wymiany studentów. Jest to o tyle istotne, że właśnie tam poznała swojego przyszłego męża, Darryla – obywatela Nowej Zelandii, co zaważyło na dalszych jej losach, zarówno jako artystki, jak i kobiety. W Bratysławie zaczęła się historia, która, jak sama mówi, na szczęście trwa do dzisiaj. Darryl przyjechał za nią do Polski. Obrona pracy dyplomowej i ślub odbyły się prawie w tym samym czasie, jednocześnie Renata wygrała konkurs, który umożliwił jej kilkutygodniowy wyjazd do Kanady.

– Mąż czekał na mnie w Polsce. Kiedy wróciłam, musieliśmy zmierzyć się z niemałymi problemami – w kraju, w 2001 roku panowało dość duże bezrobocie. Większą cześć oszczędności wydaliśmy na działkę, ponieważ chcieliśmy budować dom w Sowinkach, planując osiedlenie się w Polsce na stałe. Ale byliśmy bez pracy i musieliśmy zastanowić się, co robić dalej, czy wegetować tutaj i walczyć o zalegalizowanie jego pobytu, czy myśleć o innym rozwiązaniu. Darryl nie dostał pozwolenia na pracę, bo według przepisów mógłby je otrzymać tylko wtedy, gdybym zapewniła mu mieszkanie i utrzymanie. A ja nie pracowałam – skończyłam studia artystyczne i potrzebowałam czasu żeby zaistnieć. I nie byliśmy małżeństwem fikcyjnym, o co początkowo nas podejrzewano.

Niepoważnie brzmiała sugestia, że Renata wyszła za mąż po to, żeby obywatel Nowej Zelandii mógł się urządzić w Polsce, podczas kiedy miał on możliwość zamieszkania w bogatych krajach Zachodu, łącznie z własnym.

– Tego doświadczenia w życiu nikt mi nie odbierze, śmieje się Renata. – Tego przesłuchiwania w Urzędzie Wojewódzkim, w oddzielnych pokojach. Ale wtedy wcale nie było nam do śmiechu.

Zapadła decyzja, że wyjeżdżają do Nowej Zelandii, po ośmiu latach artystka twierdzi, że była to decyzja dobra. Odwiedza Polskę dość często, mąż rozumie jej tęsknotę za rodziną, pozostawioną w Mosinie.

– Szkoda, że nie udało nam się ułożyć życia tutaj, aczkolwiek w Nowej Zelandii żyje nam się bardzo dobrze. Nie miałam najmniejszych problemów z otrzymaniem pozwolenia na pracę. Szybko dostałam kartę rezydenta, który ma takie same prawa jak każdy obywatel tego kraju, bez przesłuchań i tym podobnych rzeczy. Wszystko było prostsze, łatwiejsze także dla mnie jako artystki. Oczywiście musiałam pracować cierpliwie, dochodząc krok po kroku do coraz lepszej pozycji.

Najpierw wystawiała swoje obrazy w mniejszych galeriach, kawiarniach, restauracjach, uznała, że od czegoś trzeba było zacząć. Dzisiaj jest na takim etapie, że może już sobie wybierać galerie, jest znana w środowisku artystów malarzy.

Sztuka uratowała mi życie. Trzęsienie ziemi w Nowej Zelandii, luty 2011

Drogę, po której już dość pewnie stąpała przerwało na pewien czas trzęsienie ziemi.

– Nauczyło mnie to czegoś bardzo ważnego, że kruche jest nasze istnienie… Mogę właściwie powiedzieć, że sztuka uratowała mi życie.

Pracownia Renaty mieściła się w budynku należącym do rodziny męża w Christchurch. Krótko przed tragedią wyjechała z Darrylem do Auckland, oddalonego o tysiąc kilometrów, gdzie odbywała się ważna wystawa obrazów z udziałem jej prac.

– W poniedziałek oddaliśmy obrazy do galerii, w piątek miało nastąpić otwarcie. Postanowiliśmy zostać w okolicy, w mieście Thames na krótkich wakacjach – wcześniej mieszkaliśmy tam kilka lat, chcieliśmy odwiedzić przyjaciół. Nazajutrz jedliśmy lunch w restauracji, kiedy na ekranie telewizora… To, co zobaczyliśmy w Christchurch, jak rozsypują się domy, wielkie budowle… Nie wiedzieliśmy, co robić. Zaczęła się akcja ratunkowa, mąż jest wolontariuszem ratownikiem, chcieliśmy natychmiast tam jechać. Cała Nowa Zelandia była w szoku. Otwarcie wystawy okazało się nieważne, powrót do Christchurch bardzo trudny, nawet piloci, którzy pozostawili tam rodziny musieli czekać na samolot. Miasto wyglądało jak w czasie wojny, brakowało wody, prądu, benzyny. Wszędzie było pełno pyłu, który powoli opadał. Do naszego ocalałego, drewnianego domu nie mogliśmy jednak wejść. Miał okna powybijane, uszkodzone wewnątrz tynki, budynek nie rozsypał się właśnie dlatego, że był z drewna. W mieście runęło budownictwo z cegły i kamienia, runęły piękne, stare katedry. Przypominało to wizje z najgorszych koszmarów, błąkali się zapłakani ludzie. Koczowaliśmyz rodziną w ogrodzie, gotowaliśmy posiłki na ognisku. Na widok zawalonego budynku (z cegły), w którym mieściła się moja pracownia mąż powiedział tylko: mogłaś tam być… Na szczęście tego dnia nie było tam nikogo. Zginęło 200 osób. Pracownię mam teraz w domu, maleńką w porównaniu do poprzedniej.

Muszę tylko znaleźć w sercu wielki pokój, który nazywa się – twórczość i posiedzieć tam przez chwilę…

Kiedy wyszła za mąż chciała być dobrą żoną i dobrą malarką, ale obowiązki pani domu zaczęła wysuwać na plan pierwszy.

– Po pół roku mąż zaprotestował: ożeniłem się z artystką, nie zapomnij o tym – mogę zrobić ten obiad. Maluj, uwielbiam jak to robisz, jak coś szkicujesz…

Artystka bardzo ceni swoich nauczycieli – profesorów: Bogdana Wegnera, Jacka Strzeleckiego, rzeźbiarza Wiesława Koronowskiego, Grzegorza Keczmarskiego, środowisko, w którym wzrastała. Tytuł jej dyplomu brzmiał: „Poetyka snu i refleksja o człowieku”.

– Były to amorficzne, abstrakcyjne formy, w których można odczytać otaczającą nas rzeczywistość. Potem wyjechałam i zaczęłam wszystko od nowa, może dlatego, że miejsce, w którym się znalazłam było zupełnie nowe. Przeżyłam taki szok kulturowy, że nie czułam ani potrzeby, ani siły kontynuowania mojego tematu dyplomowego, choć może powinnam… Było to jakby rodzenie się od nowa, odnajdywanie swojej tożsamości artystycznej.

W swojej nowozelandzkiej twórczości zajęła się różnymi tematami, wynikającymi z tego, że dużo podróżowała. Inspiracje czerpała z otaczającej rzeczywistości. Cykl pt. „Konie” powstał po śmierci sąsiada, który konie uwielbiał, i którego pamięć w ten sposób chciała uczcić.

– Kiedyś po powrocie z Polski zobaczyłam jak remontuje się łodzie, było ich mnóstwo – duże i małe, w przeróżnych kolorach. Uznałam je za symbol podróży, tęsknoty za krajem…

Powstał też cykl „Anioły”, bardzo niekonwencjonalny, trochę wyzywający.

– Człowiek czasami zapomina o tym, że ma swojego Anioła Stróża, kiedy wszystko jest dobrze. Ale kiedy znajdziemy się w sytuacji, gdy osacza nas samotność, nawet wtedy gdy mamy obok siebie cudownego męża, tęsknimy za bliskimi, za rodzinnym krajem, zapachem ziemi, ogrodu… Strasznie mi tego brakowało i modliłam się do mojego Anioła, żeby mi pomógł, i dał tyle siły, żeby jakoś sobie poradzić. I czułam, że tę pomoc otrzymuję… Dlatego malowałam anioły.

Na stronie internetowej Renaty –  www.renata.net.nz – można odnaleźć inne tematy, np. drzewa Pohutukawa, które pięknie rozkwita przed świętami Bożego Narodzenia.

– My mamy w Polsce na święta choinkę, a tam są te drzewa z przecudnymi, czerwonymi kwiatami, dla których odbywają się konkursy malarskie. Dla mnie był to świetny kwiat do malowania, bardzo inspirujący. Drzewo jest ogromne, rośnie najczęściej blisko oceanu, ma masywne, powyginane gałęzie.

Brała udział w kilku konkursach, w których zdobywała czołowe miejsca.

– Malowałam, żeby pokazać sobie samej, że… umiem malować. Było to malowanie inspirowane otaczającą rzeczywistością, a nie takie jak wcześniej, kiedy miałam swój temat i według tego tematu powstawały nowe obrazy. I kiedy ten temat narzucałam sobie sama, albo narzucała mi go szkoła – robiąc dyplom trzeba było pokazać swoje artystyczne ja, to czy się dojrzało do dyplomu. A potem zostałam puszczona na szerokie wody, nie było już profesora, który stałby z boku i pomagał. Gdybym została w Polsce poruszałabym się w środowisku, które znam, cenię, którego twórczość do dzisiaj mnie fascynuje. W Nowej Zelandii byłam totalnie sama, na początku nie znałam żadnego artysty, który by mnie oczarował.

Trzęsienie ziemi „obudziło ją”, znowu wszystko zaczęło się jakby od nowa.

– To było prawie jak wojna, kiedy traci się bliskich, traci się domy. Nie przeżyłam tragedii utraty najbliższych, ale widziałam ją u sąsiadów, znajomych. Przyszedł moment zastanowienia, że mogłam to być ja… Był to ten moment, kiedy stwierdziłam też: teraz jestem gotowa kontynuować mój temat ze studiów, za którym jednak cały czas tęskniłam. Trzęsienie obudziło we mnie niesamowitą chęć powrotu do „poetyki snów i refleksji o człowieku”.

Powstały nowe obrazy, np. formy krzyża, tchnące mistyczną i amorficzną formą. Jest w nich więcej wolności, artystka kreuje ten obraz od początku do końca. Prace te zostaną pokazane w Christchurch, w nowych galeriach (większość została zniszczona podczas trzęsienia ziemi). Obrazy Renaty powstałe w jej nowej ojczyźnie kupują Nowozelandczycy, Australijczycy, jeden jest w USA, jeden we Francji i jeden w Polsce. Oddaje je do galerii, które ją reprezentują.

– Każdy obraz ma swoją historię, jest pewnego rodzaju przygodą, ale musi sam się przebić. I tak się dzieje.

Mąż – Darryl

Chciałaby kiedyś namalować go tak, żeby jego dobroć i niesamowita, duchowa siła eksplodowała z obrazu…

– To fantastyczny człowiek, wszechstronnie uzdolniony, przedobry, z ogromnym poczuciem humoru. Jest moim recenzentem, doradcą, krytykiem. Problem polega na tym, że kiedy ma powstać nowy obraz, maluję go sobie najpierw w głowie. Jego mam bardziej w sercu niż w głowie…

Elżbieta Bylczyńska

VN:F [1.9.22_1171]
Ocena artykułu: 7.6/10 (Głosujących: 26)
Mam go bardziej w sercu, niż w głowie, 7.6 out of 10 based on 26 ratings

Elżbieta Bylczyńska

Redaktor naczelna Gazety Mosińsko-Puszczykowskiej (lata 2007-2016)

Skomentuj