Elżbieta Bylczyńska | sobota, 24 Lis, 2012 |

Chcemy tylko, żebyś tu został i nas pokochał

Spędził trzynaście lat wśród Indian i Eskimosów na dalekiej Północy w Kanadzie. Tego, co przeżył nie da się do końca opisać. Pewnych spraw w ogóle nie można opisać, można je tylko na zawsze zachować w pamięci…

O. Wiesław Nazaruk

O. Wiesław Nazaruk, OMI, misjonarz pochodzi z Kodnia (Lubelszczyzna). Misjonarze Oblaci Maryi Niepokalanej w Kodniu są obecni od 1927 roku, związani z sanktuarium Matki Bożej Kodeńskiej. Znajduje się tam obraz ukradziony z Rzymu przez Mikołaja Sapiehę, drugi po Częstochowie obraz koronowany w Polsce w 1723 roku.

O. Wiesław Nazaruk

O. Wiesław Nazaruk

– Było nas siedmioro dzieci, pięć sióstr i ja, opowiada o. Wiesław Nazaruk. – Ponieważ mieliśmy gospodarkę, ojciec marzył o zatrzymaniu mnie na roli. O kapłaństwie nigdy nie myślałem, podobnie zresztą jak wszyscy, którzy mnie znali. Byłem chłopakiem mocno aktywnym, sprawiającym trochę kłopotów. Zwykle kręciłem się tam, gdzie działo się coś niezbyt dobrego. Miałem nawet pewne kłopoty z prawem, do szkoły parę razy przychodziła milicja, żeby mnie uspokoić…

Po siódmej klasie szkoły podstawowej razem z innymi chłopakami – ministrantami, w nagrodę za dobrą służbę został wysłany na rekolekcje wakacyjne, które miały służyć pomocą w podjęciu decyzji o wyborze przyszłego zawodu. Cieszył się, bo nareszcie nie musiał pracować w polu i w gospodarstwie, przy krowach i koniach.

– I na tych rekolekcjach Pan Bóg mnie dosięgnął, choć miałem już pewien pomysł. Niektórzy nauczyciele radzili mi, żebym został muzykiem lub malarzem, bo wykazywałem pewne uzdolnienia ku temu. Ale Pan Bóg przemówił do mnie przez księdza, który zachwycił nas refleksją, że Bóg posyła człowieka na świat z misją do spełnienia, że potrzebuje tutaj każdego. I żeby wypełnić tę misję obdarowuje nas różnymi zdolnościami. Ksiądz omawiał z nami kilkanaście profesji. Jeśli chcesz zostać np. lekarzem, mówił, zostań nim, starając się być najlepszym w tym, co robisz, bo tylko wtedy będziesz szczęśliwy. Jako ostatnią wymienił misję kapłaństwa. Stwierdził, że jest tylko jeden sposób – modlić się, aby Bóg wskazał właściwą drogę życia. Po powrocie rozpocząłem ósmą klasę i zacząłem się modlić o dobry wybór. Pojawiła się myśl o kapłaństwie i zaczęła mnie denerwować. W gablotce parafialnej zobaczyłem zdjęcie z adresem niższego seminarium duchownego i zdanie: Bóg powołuje mnie do kapłaństwa. Nigdy wcześniej nie zwróciłem na to uwagi. Tak mnie to drażniło, że postanowiłem nie patrzeć tam więcej i zacząłem chodzić drugą stroną kościoła. Ale zobaczyłem, że i tam wisi gablotka, a w niej dwa razy większy napis z podobnym wezwaniem: Pójdź za mną… Więc chodziłem już środkiem kościoła, żeby tego nie widzieć.

Pod koniec ósmej klasy wiedział już na pewno, że chce zostać księdzem.

– Mój ojciec początkowo nie był zadowolony, chciał przecież, żebym został na gospodarstwie. W końcu powiedział: nie będę ci przeszkadzał, ale jak masz być złym księdzem, to nawet nie zaczynaj. A ja miałem już pewność, że się nie mylę.

Postanowił zostać misjonarzem w zakątku świata, w którym brakuje księży.

– Pracę magisterską pisałem o Kanadzie. Poznałem masę rzeczy, ale przez myśl mi nie przeszło, że tam pojadę. Pracowałem jako dyrektor do spraw powołań w Poznaniu, kiedy pojawiła się potrzeba otwarcia misji w Jugosławii, wśród muzułmanów. Coś we nie drgnęło. Myśl ta narastała, ale okazało się, że na razie nie jest to możliwe. W międzyczasie z Kanady przyjechał przełożony kanadyjskich oblatów z informacją, że nie ma ludzi do pracy na dalekiej Północy wśród Indian i Eskimosów. Pomyślałem, że to może być dla mnie, ale bałem się, żeby to nie była tylko chęć zwiedzania świata. Przełożeni nie godzili się na mój wyjazd, uważali, że jestem potrzebny w Poznaniu. Trwało to trzy lata, ja przez ten czas upewniłem się, że to jest Boże wezwanie, a nie mój kaprys.

Spotkanie z Indianami nad Wielkim Jeziorem Niewolniczym

W styczniu 1991 roku o. Wiesław wylądował w Kanadzie. Jego przełożony, Francuz z Edmonton (milionowe miasto w Kanadzie, gdzie mieści się władza zakonna oblatów) zaproponował mu wyjazd na daleką Północ. Dla o. Wiesława była to okazja do zapoznania się z Indianami i terenem, na którym miał pracować. Teren ten – pięć miejscowości rozrzuconych w odległości 400 km od siebie – zajmowało całe plemię. Obsługiwał je tylko jeden francuski ksiądz, który był już słaby, i którego aktywność ograniczała się do wyjazdów związanych z odprawianiem pogrzebów. Coraz mniej miejscowości miało na stałe swojego księdza. Religię prowadzili tam ludzie świeccy, a wiarę Indianie praktykowali poprzez zbieranie się na niedzielne modlitwy ( Najświętszy Sakrament przyjmowali, jeśli był w kościele, jeśli nie – rozchodzili się po wspólnych modlitwach).

– Dojechaliśmy do Jeziora Niewolników, nie okrążając go, bo byłoby to dodatkowe 600 km i wsiedliśmy w samolot, który z jednego brzegu na drugi, do Yellowknife leci 35 minut. Na niedzielną Mszę św. przybyło dużo Indian, którzy wiedzieli, że przyjedzie do nich prowincjał. Ucieszyli się, że jestem Polakiem z kraju Papieża. Bł. Jan Paweł II kilka lat wcześniej był u nich i zdobył ich serca, Indianie darzyli Papieża wielkim szacunkiem i czcią.

Po Mszy św. nastąpiło pożegnanie, Indianie ustawili się w szpalerze i byli już zupełnie inni, bardzo serdeczni – podczas przekazywania Znaku Pokoju podawali mi rękę dość chłodno, badając zgodnie ze swoim zwyczajem, jakim jestem człowiekiem. Idziemy więc i żegnamy się. Na samym końcu stoi Indianka – pochylona staruszka o kulach. Łapie mnie za rękę, całuje i trzyma. Oblat tłumaczy. Staruszka prosi: ojcze nie odjeżdżaj. Odpowiadam, że wrócę, ale teraz muszę jechać do Edmonton nauczyć się języka angielskiego. Staruszka na to: nie wrócisz, zostaniesz z bogatymi, którzy mają pieniądze. Zobaczyłeś, jacy jesteśmy biedni i już do nas nie przyjedziesz. My twojego angielskiego nie potrzebujemy, mamy swój język. Zostań, zobaczysz, jaki jest piękny. I my mądrości od ciebie nie oczekujemy, bo mamy swoją mądrość daną nam przez Boga, zobaczysz, jaka to mądrość. Chcemy tylko, żebyś tu został i nas pokochał. Żebyśmy wiedzieli, że Bóg nas kocha i jest wśród nas, bo jak ksiądz jest z nami, dobrze się dzieje. Kiedy nas spowiada, grzechy przebacza, podaje Ciało Chrystusa. Ale jak księdza nie ma, zły duch przychodzi do serc, źle się dzieje w rodzinach i my wtedy zaczynamy żyć jak zwierzęta.

To były chyba najlepsze rekolekcje, jakie usłyszałem w życiu na temat kapłaństwa…

Ojciec Wiesław po kilku miesiącach wrócił do Psich Boków (Indianie plemienia Dogrib). Oczekiwali, że zostanie z nimi już na zawsze.

– Uczyłem się ich języka z najmłodszymi dziećmi, które były dla mnie wspaniałymi nauczycielami, nie śmiały się, nie dokuczały, kiedy próbowałem mówić. Siedziałem w szkole, w pierwszej klasie i zapisywałem sobie słówka w zeszycie. Poprosiłem ojca Francuza, żeby mi nagrał całą Mszę w języku indiańskim i nauczyłem się jej na pamięć. Indianie zaczęli chwalić mnie za postępy w nauce i nazywać naszym Yathi Tlicho (księdzem Psi-bokiem). Po dwóch miesiącach ojciec Francuz wyjechał, a ja postanowiłem odprawić Mszę św. w ich języku. Wszystko przebiega dobrze, dochodzę do słów: Pan z wami i z Duchem Twoim. W górę serca. I nagle spostrzegam, że Indianie śmieją się…

Po Mszy przyszli rozbawieni i przetłumaczyli moje słowa. Niewłaściwy akcent spowodował, że wyszło mi… w górę nogi.

Na dalekiej Północy u Psich Boków ojciec Wiesław spędził tylko dwa lata, podczas których zdobył serca Indian, miał też wspaniały wpływ na młodzież, co niestety nie spodobało się szamanom. Każde plemię indiańskie ma też swojego duchowego przywódcę. Jest on jak prorok czy kapłan w znaczeniu Starego Testamentu, wybrany przez Boga, łącznik między Nim a ludźmi, człowiek święty, który otrzymuje przywództwo od swojego poprzednika.

– Taki przywódca od zawsze kierował Indianami w kontaktach z Bogiem, uczył ich modlitw i Bożych praw, które pokrywają się z naszym Dekalogiem, wyjaśnia o. Wiesław. – Ale w każdym plemieniu – do dzisiaj – są czarownicy, szamani, posiadający też moc uzdrawiania. Jest więc święty człowiek – prorok, czyli sługa dobrego ducha i szaman, sługa złego ducha. Szamani wiedzą, komu służą, niektórzy byli kiedyś nawet katolikami. Szatan daje im moc uzdrawiania, poznawania przyszłości, prorokowania. Można to porównać do naszej białej i czarnej magii. Szamani leczą, ale i szkodzą w różny sposób, uzależniają ludzi od siebie. A Indianie boją się złego ducha i szamanów, którzy posiadają dużą władzę, i którzy potrafią zabić, przemieszczać się w niewytłumaczalny sposób. I mają pełną świadomość tego, co robią, z premedytacją przechodzą na stronę złego. Wierzą, że po śmierci szatan ich wynagrodzi za tą służbę. Nie boją się piekła. Widziałem rzeczy nieprawdopodobne.

W swoich sprawach Indianie zwracają się i do proroka, i do szamana. Do szamana przychodzą, kiedy np. pokłócą się z kimś (są z natury dobrzy i nie chcą czynić zła). I szaman służy do tego, żeby to zło czynić w ich imieniu. Dają mu jakiś dar, nie ubliżają nikomu, a co zrobi szaman to już jego sprawa. Uważają, że są w porządku wobec Boga.

Dzisiaj szamanów jest już mniej, ale nadal kultywują oni stare tradycje. Mnie, białemu człowiekowi Indianie nigdy nie powiedzieli, kto był szamanem, za bardzo bali się jego zemsty. Kiedy ich o to pytałem, odpowiadali: patrz na ludzi, pobędziesz dłużej to się dowiesz. Starsi misjonarze wiedzieli, kto w danym plemieniu jest szamanem, młodsi musieli być na tyle inteligentni, żeby się domyślić. Szaman nigdy nie zaatakuje kapłana bezpośrednio, bo wie, kto za nim stoi, że ksiądz jest wysłannikiem wielkiego Ducha i nie można z nim walczyć. Ale jeśli kapłan za bardzo mu zagraża, albo go bezpośrednio zaatakuje – szaman może go usunąć poprzez rzucenie klątwy czy choroby i tak się dzieje.

Wypadek samochodowy, uszkodzony kręgosłup, szpital.

Praca o. Wiesława wniosła wiele pozytywnych zmian w społeczności Indian. Nie podobało się to szamanom. Indianie wiedzieli, że coś knują, ale bali się o tym mówić. Nastąpiły wydarzenia, które doprowadziły do rozstania.

– Musiałem wyjechać do ambasady kanadyjskiej w Edmonton, opowiada misjonarz. – Wyjeżdżam na noc, wszystko porządkuję, biurko jest absolutnie puste, patrzę na nie przed wyjściem. Paszport mam w torbie. Wsiadam do samochodu i ruszam. Zaczynam jak zawsze modlitwą, mam 15 km do głównej drogi, kończę się modlić i nagle pojawia się w głowie pytanie: gdzie jest twój paszport? Jestem zdziwiony skąd ta myśl, bo wiem, gdzie jest. Ale zatrzymuję się, sprawdzam, jest wszystko oprócz… paszportu. Wracam. Wchodzę do domu, na biurku leży mój paszport. Zastanawiam się, kto go wyjął i tutaj położył?

W drodze powrotnej z ambasady o. Wiesław zasłabł za kierownicą, w wypadku uszkodził kręgosłup. Lekarze zapowiadali pół roku leżenia.

– A ja po dwóch miesiącach już chodziłem. Po tygodniu wylazłem z łóżka z połamanym kręgosłupem, jakaś siła wypędziła mnie i kazała mi chodzić. Podczas prześwietlenia mój lekarz powiedział: to nie ja ci pomagam, ty masz innego Lekarza, który cię leczy…

Po wyzdrowieniu przełożeni o. Wiesława postanowili, że nie wróci już do Psich Boków.

– Zapadła decyzja, że jadę pożegnać się z Indianami. Przyjeżdżam i informuję ich o tym, a oni tak mi odpowiadają: Wiedzieliśmy już tego dnia, kiedy wyjeżdżałeś, że do nas nie wrócisz.

Na pytanie, skąd to wiedzieli, nie chcą odpowiedzieć. Mówią tylko: Kiedy wyjechałeś, zaraz wróciłeś. Zapomniałeś czegoś? Paszportu? I nie rozumiesz, jak to się stało? Nie musisz rozumieć. Już tu nigdy nie wrócisz, to sprawa szamanów i złego ducha. Nie wchodź w to, nie pytaj. Za bardzo byłeś lubiany, miałeś dobry wpływ na młodzież, stałeś się dla nich zagrożeniem.

W następnych latach o. Wiesław był proboszczem wśród Siouxów, w największym miejscu pielgrzymkowym Indian, nad Jeziorem Bożym – Św. Anny. Do Polski wrócił ze względu na stan zdrowia, mieszka w klasztorze Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej w Poznaniu.

Elżbieta Bylczyńska

—————————————————————————————————————–

Refleksje o. Wiesława

Indianie są bardzo wierzący, nigdy nie spotkałem Indianina, który by powiedział, że nie wierzy w Boga. Życie bez Niego nie ma sensu i lepiej byłoby je sobie odebrać… Uważają, że wyjątkowo głupi i ślepy jest człowiek, który nie wierzy i mówi, że Boga nie ma.

Wiele rzeczy straciliśmy z tego, co oni wciąż mają, żyjąc blisko natury, czując obecność Boga w sposób naturalny. To, co mnie uderzyło w pierwszej chwili, to przede wszystkim prawda tego zdania z początku Listu do Hebrajczyków: „Wielokrotnie i na różne sposoby Bóg przemawiał do ludzi, na końcu przemówił do Syna”. I Bóg przemawiał zawsze, nigdy ludzi nie opuścił, a przemawiał w taki sposób, aby mogli Go zrozumieć. Poznając bliżej wierzenia i kulturę Indian doświadczyłem dość szybko tego, że Bóg był z nimi zawsze. Zanim dotarło tu chrześcijaństwo Indianie byli rozwinięci duchowo na poziomie epoki Starego Testamentu i duchowo byli przygotowani na przyjście Mesjasza. Uznają, że Bóg jest wszędzie, daje życie, że całe stworzenie od Niego pochodzi. Bóg jest pełen miłości, miłosierdzia, opiekuje się nami, widzi, słyszy, bada nas, a my jesteśmy w Jego rękach. Wierzą, że życie tu się nie kończy, że jest pewną próbą na spotkanie z Bogiem, że istnieje cierpienie, Bóg to widzi, ale wszystko ma sens. Od Boga przychodzimy i do Boga wracamy. Bardzo mocno zakorzenione w ich kulturze jest to, co my nazywamy świętym obcowaniem. Zmarli są wśród nich, pomagają, ale nie w znaczeniu reinkarnacji, jak w Azji. Duchy zmarłych opiekują się dziećmi, które otacza się niemal kultem. Dzieci się nie wychowuje, nie karci, rosną niejako na wolności, bo każde dziecko ma swojego opiekuna – dziadka, pradziadka, tak jak my mamy swojego Anioła Stróża. I byłoby niegrzecznie zwracać dziecku uwagę wobec dziadka, który się nim opiekuje. Mają do dzieci wielką cierpliwość, dają im czas na to, żeby mogły same zacząć używać rozumu. Biały człowiek potrzebuje dużo słów, indiańskie dzieci uczą się przez obserwację, zwykle babka uczy wnuczkę, dziadek – wnuka. Pobierają naukę nie przez tłumaczenie, tylko przyglądanie się danej czynności.

Praktycznie nie ma aborcji. Jeżeli zbyt młoda dziewczyna urodzi dziecko, zabiera je sąsiad lub rodzina, w myśl zasady – wszystkie dzieci są nasze. Dzieci wiedzą, kim są ich rodzice, mieszkając u kogoś innego. Każda rodzina oprócz własnych wychowuje także dzieci adoptowane, wszystkie żyją na równych prawach. Akt adopcji państwowej jest tam najprostszy na świecie. Kiedy dziecko jest przynoszone do chrztu wypełnia się dwie rubryki, w jednej figurują rodzice, w drugiej rodzice chrzestni. Zwykle chrzestni są tymi, którzy dziecko adoptują. Jest to akt adopcji uznawany przez państwo. Nie ma żadnych służb państwowych, nikt Indian nie pyta, czy mają pieniądze na wychowanie, ponieważ oni nie oddadzą dziecka do nieodpowiedniej rodziny. I jeżeli ksiądz akt podpisze – jest to rzecz święta.

Oblaci i Indianie

Ewangelizację Indian rozpoczęli w XVII wieku franciszkanie i jezuici, ale próby te spełzły na niczym – misjonarze zostali wymordowani. Dopiero z oblatami zaczęła się wielka ewangelizacja i wielka historia naszego zgromadzenia. Mieliśmy kilku wspaniałych misjonarzy, którzy pochłaniali terytoria i idąc na północ jak błyskawica, w 1861 roku ogarnęli już potężne tereny. W pewnym momencie zabrakło nam jednak misjonarzy do ewangelizowania Eskimosów. Większość z nich to protestanci, gdyż królowa Anglii, widząc szybki rozwój katolicyzmu na północy Kanady posłała tam i finansowała swoich anglikańskich misjonarzy. Misjonarze ginęli z powodów klimatycznych, ale też i w wyniku „starań” czarowników plemiennych. Indianie, w większości plemion mieli jednak proroków, którzy przygotowali swoich ludzi na przyjście Ewangelii. Zapowiedzieli im przyjście białego człowieka, ludzi bożych w czarnych sukniach. Były proroctwa o krzyżach, o różańcach, o Piśmie Świętym i były proroctwa na temat rozpoznawania fałszywych „proroków”, wyglądających podobnie jak „czarne suknie”, czyli księża katoliccy. Ci fałszywi, będą mieli żony.

Biała epopeja, wielka epopeja

W naszym zgromadzeniu, w całej Europie po II Wojnie Światowej było tak dużo powołań, że nie było dla misjonarzy pracy. Na dalekiej Północy jeszcze 50 lat temu pracowało ok. 150 oblatów i 200 sióstr zakonnych w ponad 30 miejscowościach. Wprowadzali oni nie tylko Ewangelię, ale także cywilizację, budowali kościoły, szkoły, szpitale. Rząd kanadyjski nie potrafił poradzić z tym sobie, więc opłacał Kościół i księży. Były to grosze, ale misjonarze potrafili się z tego utrzymać. To oni osiedlali w wioskach Indian, którzy dotąd żyli w namiotach, uczyli ich budować domy. Plemiona Indian północnej Kanady dzieli się na klany – rodziny. Każdy klan żyje w oddzielnej miejscowości. Plemię jest rozrzucone na wielkim terenie. Każdy klan ma swojego przywódcę. Raz w roku Indianie zbierają się i poszczególni wodzowie wybierają jednego głównego wodza nad całym plemieniem, który czuwa nad zatrzymywaniem kultury, tego wszystkiego, co było dobre w ich przeszłości. 50 lat temu dzięki naszym misjonarzom i siostrom Kościół pięknie się rozwinął i rozwinęła się cywilizacja. Indianie przestali być nomadami, osiedlili się na stałe, w pobliżu terenów łowieckich, nad rzekami i jeziorami (Niedźwiedzim i Niewolników). Jest tam wiele bogactw naturalnych – ropa, diamenty złoto, ale Indianie niechętnie w kopalniach pracują. Nie potrafią przestawić się na styl życia białego człowieka i pracować codziennie po 8 godzin. Są pracowici, ale nie znoszą jednostajności, po tygodniu, dwóch pracę porzucają. A jak nadchodzi sezon łowiecki, żadna siła ich w domu nie zatrzyma. Zabijają tylko tyle zwierząt, ile potrzebują, obliczają to na podstawie liczby osób zamieszkujących daną wioskę i sprawiedliwie dzielą się mięsem. Suszone mięso z karibu jest niepowtarzalne w smaku, nie jadłem lepszego.

VN:F [1.9.22_1171]
Ocena artykułu: 8.6/10 (Głosujących: 42)
Chcemy tylko, żebyś tu został i nas pokochał, 8.6 out of 10 based on 42 ratings
Napisano przez Elżbieta Bylczyńska Posted in Wywiad, reportaż

Elżbieta Bylczyńska

Redaktor naczelna Gazety Mosińsko-Puszczykowskiej (lata 2007-2016)

Skomentuj