Elżbieta Bylczyńska | wtorek, 26 Cze, 2012 |

Poznański Czerwiec

Strzał na rogu Kochanowskiego i Dąbrowskiego“. Reportaż opublikowany na łamach naszej gazety. Jego bohater – Stanisław Gust z Mosiny został ciężko ranny 28 czerwca 1956 roku.

Poznański Czerwiec w Mosinie

W rocznicę tragicznych wydarzeń dużo się o nich mówi. Nie zawsze tak było i nie wszyscy mogli o tamtych wydarzeniach swobodnie się wypowiadać. Ówczesnej władzy zależało na tym, żeby zatrzeć każdy ślad świadczący o wygranym wielkopolskim powstaniu. W Mosinie jest ktoś, kto nosi do dzisiaj „pamiątkę” po kuli, która przeszła dwa centymetry od serca.

Stanisław Gust, ranny 28 czerwca 1956 roku zgodził się wrócić pamięcią do tamtych czasów i opowiedzieć o tym, co przeżył.

– Jeszcze niedawno żyliśmy w czasach, kiedy mało się o tym mówiło, a najnowsza historia wtedy właśnie się zaczęła, opowiada Stanisław Gust.

– Jestem pełen uznania dla powstańców warszawskich, w czasach PRL – u, pomimo prób deprecjonowania działań AK mówiono o nich, wspominano ten bohaterski zryw. Natomiast bardzo unikano historii jedynego zwycięskiego powstania wielkopolskiego. Na szczęście dzisiaj trochę się to zmienia. Dowodem choćby film o najdłuższej wojnie w nowoczesnej Europie, kiedy to na terenie Wielkopolski, pod zaborami zaczęła się praca organiczna.

Tamte wydarzenia mają związek z pracą Stanisława Gusta w Gospodarczym Banku Spółdzielczym, który powstał 100 lat temu dzięki ks. Piotrowi Wawrzyniakowi, i w którym od 41 lat pełni funkcję przewodniczącego rady nadzorczej.

– Kształtowanie świadomości narodowej Polaków wtedy miało swój początek i dało zaczyn do tego, żeby po tylu latach zaboru Polska odzyskała niepodległość. Trwała ona krótko, ale myślę, że ten duch wpłynął pośrednio na nas.

W 1955 roku Stanisław Gust wyszedł z wojska i pamięta dobrze atmosferę, jaka wówczas panowała.

– To nie było tak, jak dzisiaj niektórzy uważają, że w czasach PRL w wojsku wszyscy byli komunistami. Kiedy szedłem do służby wojskowej miałem ukończonych 9 klas, wśród poborowych uchodziłem za bardziej wykształconego. Nie było tajemnicą, że mam dwóch braci, którzy walczyli w armii Andersa, a po wojnie nie wrócili do kraju, osiedlając się w Anglii.

W czasie rozmowy, nazwijmy to kwalifikacyjnej, padły różne pytania, np. – Czy byliście za granicą? – Nie – odpowiedziałem, zdawałem też sobie sprawę z tego, że nie mogę zataić faktu stałego pobytu moich braci na Zachodzie. W karcie napisano mi 12 pp, nie wiedziałem, co to znaczy, a był to, jak się później okazało, karny pułk piechoty.

Stanisława Gusta skierowano do szkoły podoficerskiej, mimo, że służby polityczne działały i bez przerwy rozpytywały o przeszłość.

– Potem to nie miało już takiego znaczenia, oficer, który decydował o przyszłości młodego rekruta na ogół pytał o zawód i w zależności od poziomu wykształcenia kierował do szkoły podoficerskiej. Nie mieliśmy nic do powiedzenia, trzeba było się podporządkować. Wśród oficerów jednak większość to byli patrioci, którzy ostrzegali nas przed tymi, którzy byli „inni”. A wśród innych mieliśmy także oficerów radzieckich… W czasie dwuletniej służby wielokrotnie byliśmy zapraszani na chrzciny i inne uroczystości kościelne przez oficerów, co było dowodem zaufania i świadectwem stosunków w wojsku panujących oraz tego, że ci rzekomi komunistyczni przełożeni byli katolikami. To oni właśnie uczyli nas młodych patriotyzmu. Rok 1956 był w dużym stopniu tego potwierdzeniem i dał początek nowym czasom. Nigdy nie myślałem, że dożyję momentu, kiedy Polska będzie wolna. Przykro mi tylko, że tak mało mówi się o pozytywnych stronach tego procesu i pomija pewne sprawy. Trochę jest to wina mediów.

 

Właśnie dlatego chciałabym opisać Pana historię. Tego, co Pan przeżył młody czytelnik nie zobaczy w telewizji i nie wyczyta w internecie.

– Cieszę się, że mogę to podkreślić, dlatego zgodziłem się opowiedzieć o tych czasach. Mógłbym powiedzieć, że to są właściwie stare sprawy… Ale uważam, że dzisiejsze młode pokolenie nie miało „zaszczytu” żyć wówczas i przykro mi, że najnowsza historia jest tak zagmatwana. Trochę tej prawdy uciekło, mówimy o rocznicy Poznańskiego Czerwca, czyli starych sprawach, a ja pragnę powiązać tamte wydarzenia z obecnym okresem.

Stanisław Gust nie przypisuje sobie żadnych zasług, przyszło mu po prostu wówczas żyć. W roku 1956 pracował w Luboniu w fabryce fosforu. Tam 28 czerwca dowiedział się, że w Poznaniu coś się dzieje.

– Wszyscy mówili o tym po cichu, panowała atmosfera strachu. Poszedłem pieszo do Poznania, pociągi już nie kursowały. Uważałem, że jeżeli poznaniacy chwycili za broń i walczą o niepodległość – mnie tam nie powinno zabraknąć. Jako człowieka przygotowanego, po szkole podoficerskiej. Zawsze mi te sprawy na sercu leżały. W Poznaniu pracowała moja narzeczona, później żona oraz siostra. Przyszedłem po południu, kiedy manifestacje już się skończyły. Los dopadł mnie na rogu Kochanowskiego i Dąbrowskiego. Na ulicy leżał przewrócony tramwaj, nieopodal stał młody chłopak z karabinem, palił papierosa. Trochę dalej zobaczyłem drugiego, starszego, też uzbrojonego. Nie widziałem możliwości zaangażowania się w walkę, bo jej już nie było. Największe manifestacje rozpoczęły się od Cegielskiego dużo wcześniej. Starć zbrojnych także nie zobaczyłem. Patrząc z perspektywy było to wielkie wystąpienie, wielka odwaga ludzka.

Dostałem kulę w momencie, kiedy wyszedłem zza drzewa

– Poszedłem wcześniej Półwiejską, gdzie moja siostra prowadziła kwiaciarnię, była zamknięta. Narzeczona pracowała w Okrąglaku, tam także zastałem zamknięte drzwi, wokół gromadzili się ludzie. Opowiedzieli mi o przykrej scenie. Na wystawie Domu Towarowego, wśród innych przedmiotów przeznaczonych na nagrody – odbywał się jakiś konkurs – leżały zegarki. Któryś z więźniów oswobodzonych przez manifestantów z więzienia na Młyńskiej rozbił szybę i korzystając z zamieszania ukradł zegarki. Ale z tłumu padły bardzo głośne protesty: jak cię uwolnili, to uciekaj do domu i nie kradnij! Media przekazywały potem, że byli to chuligani – manifestanci, a to już było kłamstwem i propagandą. Nie brałem więc udziału w manifestacji, przyszedłem z Lubonia zbyt późno, moja narzeczona poszła wcześniej z manifestantami na Plac Mickiewicza. Nie spotkaliśmy się.

Kiedy później znalazłem się na rogu Kochanowskiego i Dąbrowskiego, stanąłem za drzewem, obserwowałem budynek Urzędu Bezpieczeństwa i chłopaka z karabinem. W pewnym momencie chłopak nieśpiesznie zaciągnął się papierosem i oddał strzał. Z UB wybiegło czterech żołnierzy i przebiegło ulicę. Strzałów już nie usłyszałem, obok mnie stał jakiś człowiek i wykrzyknął: pan jest ranny. Czułem, że mi się ciepło zrobiło w okolicy serca, obok zobaczyłem trzech leżących, nie wiem, czy zabitych czy rannych ludzi.

Pomyślałem, że ci żołnierze celowali do tego chłopaka z karabinem, a ja znalazłem się na linii strzału. Dostałem w momencie jak wyszedłem zza drzewa. Wiedziałem już, że nie będę uczestniczył w walce, po drodze na Dąbrowskiego widziałem kolumny wojska z artylerią, doszedłem do wniosku, że jeśli to wszystko ściągną tutaj, nie mamy żadnych szans, żeby coś zrobić. Że może się krew polać. Chciałem się wycofać i kiedy wyszedłem zza drzewa dostałem kulę. Zawsze to powtarzam (uśmiech), że jeśli miałbym umierać to tylko od kuli. Nic się nie wie, mnie się tak dziwnie ciepło zrobiło, nic mnie nie zabolało.

Kula przeszła dwa centymetry poniżej serca. Mężczyzna stojący obok powiedział: pan strasznie krwawi.

Stanisław Gust dopiero wtedy spojrzał – z rękawa obficie płynęła krew. W pobliskim budynku mieściła się przychodnia, okna w niej były powybijane, ktoś krzyczał i wzywał pomocy. Przybiegli lekarze i sanitariusze z noszami, ranny był zdziwiony, chciał sam iść, uważał, że kula go tylko drasnęła. Położono go na nosze.

– Lekarze dopytywali, czy mnie boli, a ja nic nie czułem. Powiedzieli, że jak zacznie boleć, mam natychmiast dać znać. Dostałem zastrzyk z morfiny, po chwili poczułem bolesne pulsowanie. Lekarze zadecydowali, że zawiozą mnie do szpitala przy Placu Bernardyńskim.

Jechałem na otwartej platformie ciężarówki, karetki nie było, w szpitalu dopiero przyszedł ból. Powiedziałbym tak, żeby nie opowiadać szczegółów: wszystko bym oddał w tamtej chwili za łyk wody. Pielęgniarka płakała ze mną, usprawiedliwiając się: nie mogę dać panu wody, bo za chwilę będzie operacja.

W szpitalu Stanisław Gust spędził cztery miesiące, przez pierwszy miesiąc odwiedzający pytali:

– Nic ci się nie stało?

– Kula przeszła między żebrami, nic nie uszkodziła, odpowiadał.

Leżał pod tlenem, nie mogąc samodzielnie oddychać.

– Któregoś dnia, po miesiącu do mojego łóżka podeszła siostra oddziałowa i powiedziała: – przyszedł dr Mączyński i pyta, czy pan żyje. Za chwilę wszedł lekarz, uśmiechnął się do mnie i powiedział: – Chciał pan umierać, a pan żyje. Okazało się, że dr Mączyński operował mnie, teraz polecił zrobić prześwietlenie klatki piersiowej i natychmiast zgłosić się do jego gabinetu. Jechałem na wózku i trzymałem to mokre zdjęcie, zobaczyłem, na ile mogłem się na tym poznać, że z jednej strony brakuje żeber. Powiedziałem do lekarza: Nie mam dwóch żeber. Dr Mączyński skrzywił się i odparł: – Musiałem je usunąć, bo były zmiażdżone. Bardzo dobrze go wspominam, to był wspaniały lekarz. Podobnie jak pracujący tam dr Kołodziej, powiedziałbym, że to wzory cnót lekarskich. Obaj już nie żyją.

W pierwszą niedzielę po 28 czerwca przyjechał Edward Gierek, który był w KC PZPR sekretarzem, z ekipą ubeków.

Przesłuchiwali wszystkich rannych.

– Kiedy dzisiaj zamknę oczy widzę go z tym charakterystycznym jeżykiem na głowie. Przy każdym rannym postawił ubowca do pilnowania i przesłuchania. Przy mnie stanął dr Kołodziej i powiedział: Nie zezwalam na przesłuchanie, to jest ciężko ranny. Gierek popatrzył na mnie przez chwilę i poszedł sobie.Bez słowa.

– Byłem przesłuchiwany w październiku, już po zmianach władzy. Porucznik kazał mi opowiedzieć o zajściu. Pamiętałem jeszcze sprzed wojska, kiedy z chłopakami założyłem organizację niepodległościową, jak wyglądają takie przesłuchania. Wpadliśmy wtedy. Trzy miesiące spędziłem w areszcie na Młyńskiej. Przesłuchiwali nas i w końcu zwolnili. Ale wiedziałem, jak odbywają się śledztwa. Powiedziałem porucznikowi, że jestem ciężko ranny i nie chciałbym dwa razy mówić. On się zdziwił i zapytał: – Dlaczego? Bo wiem, jakie wy macie metody, odpowiedziałem, – najpierw każecie wszystko od początku do końca opowiadać, a potem mówić jeszcze raz to samo i dopiero piszecie. Porucznik odrzekł: – Ja nie jestem z UB, jestem z prokuratury wojskowej, badamy jak do tego doszło. Padło pytanie, czy wiem, kto do mnie strzelał? Odpowiedziałem, że to głupie pytanie, ja nie miałem możliwości śledzić toru pocisku, mogę tylko kojarzyć, z której strony padły strzały. Nie mogę twierdzić, że strzelał ubowiec, z tamtej strony padły strzały…

Kiedy później brano mnie na ćwiczenia wojskowe, spotykałem się z przyjaznym stosunkiem do wszystkich, którzy ucierpieli.

Po wydarzeniach czerwcowych Stanisław Gust nie był w pełni zdolny do pracy, komisja lekarska po trzech miesiącach odebrała mu rentę (168 zł) i orzekła, że może pracować „na siedząco”. Takiej pracy nie znalazł. Postanowił więc podtrzymać rodzinną tradycję – ogrodnictwo. Zajmuje się nim do dzisiaj. Od 41 lat jest przewodniczącym rady nadzorczej w Gospodarczym Banku Spółdzielczym w Mosinie. Wyznaje dewizę, która przyświeca działalności Banku: „Dobra opinia u ludzi znaczy więcej niż pieniądze”. O tym, że tak właśnie można ocenić jego życie może zaświadczyć wielu mieszkańców Mosiny.

Elżbieta Bylczyńska

VN:F [1.9.22_1171]
Ocena artykułu: 6.4/10 (Głosujących: 23)
Poznański Czerwiec, 6.4 out of 10 based on 23 ratings
Napisano przez Elżbieta Bylczyńska Posted in Wywiad, reportaż

Elżbieta Bylczyńska

Redaktor naczelna Gazety Mosińsko-Puszczykowskiej (lata 2007-2016)

Skomentuj