Jacek Sobota | wtorek, 8 Kwi, 2014 | 1 Komentarz

Marzenia ministra o dwóch brygadach

Z uwagą obserwuję dyskusję w mediach na temat ewentualnego wprowadzenia na terytorium Polski wojsk NATO. Z pierwszych reakcji zachodnich polityków, na przykład ministra spraw zagranicznych Niemiec oraz rodzimych przywódców partyjnych, na przykład Jarosława Kaczyńskiego, na słowa ministra Sikorskiego, wnioskuję, że najbardziej prawdopodobne byłoby rozlokowanie w naszym kraju dwóch ciężkich brygad armii Stanów Zjednoczonych. Na podstawie tej hipotezy chciałbym podzielić się kilkoma refleksjami na ten temat.

Swego czasu miałem okazję zapoznać się z jednym z miejsc w Europie, w którym rozmieszczone były wojska amerykańskie. Była tam cała dzielnica zajęta przez sztaby i oddziały wojsk USA, bloki mieszkaniowe dla rodzin żołnierzy i cała pozostała infrastruktura. Robiło to imponujące wrażenie i gdy po raz pierwszy pojawiły się dywagacje na temat stacjonowania obcych (w tym wypadku amerykańskich) wojsk w naszym kraju, od razu oczami wyobraźni zobaczyłem owe bazy i kwartały mieszkalne przeznaczone dla sojuszników. Musimy zdawać sobie sprawę z tego, że takie bazy (koszary, garaże, składy, obiekty szkoleniowe) z całą przyległą infrastrukturą cywilną dla rodzin (mieszkania, szpitale, sklepy, szkoły, kluby, komunikacja itp.) trzeba by wybudować w Polsce od podstaw i to według standardów amerykańskich. Na pewno nie dało by się „adaptować” do tych celów jakiś starych, jeszcze przedwojennych, (bo powojennych nie ma) i to czasami jeszcze sprzed I Wojny Światowej, kompleksów koszarowych. W takich zdewastowanych i zużytych technicznie obiektach żaden amerykański sojusznik (nie mówiąc o jego rodzinie) nie dałby się zakwaterować. Powstaje oczywiste pytanie, kto za to powinien zapłacić? Myślę, że strona zapraszająca, a więc my, konkretnie – podatnicy. Kolejne pytanie: a ile to wszystko może kosztować? Dzisiaj trudno powiedzieć, ale na pewno dużo i raczej powinniśmy mówić nie o milionach, lecz o grubych miliardach złotych lub nawet dolarów. To byłyby tylko koszty przygotowania do dyslokacji wojsk, a do tego trzeba doliczyć następne koszty ich utrzymania w Polsce.

Popuśćmy wodze fantazji i wyobraźmy sobie, że zrezygnowaliśmy z jakiś dróg i autostrad, ostatecznie z organizacji olimpiady w Krakowie oraz innych ważnych inwestycji, a za te pieniądze wybudowaliśmy bazy dla owych dwóch ciężkich brygad i amerykańskie wojska zostały rozmieszczone na terenie naszego kraju. Niewątpliwie, mielibyśmy do czynienia z wieloma problemami związanymi z koegzystencją miejscowej ludności z przybyszami zza oceanu. Takie problemy występowały szczególnie w Niemczech i w Japonii, a więc tam gdzie wojska amerykańskie znalazły się po II Wojnie Światowej początkowo, jako wojska okupacyjne. Można by mieć tylko nadzieję, że ewentualna „wizyta” sojuszników w naszym kraju byłaby traktowana przez nich jako pomoc, a nie jako „okupacja”. Konfliktów nie dałoby się uniknąć, o czym świadczy choćby ostatni incydent między żołnierzami amerykańskimi stacjonującymi w Łasku, a grupą Polaków na ulicy Piotrkowskiej w Łodzi, gdzie doszło do „przepychanek i utarczek słownych”. Przy tej okazji należałoby przypomnieć, że amerykański personel wojskowy, gdziekolwiek stacjonuje, podlega wyłącznie jurysdykcji Stanów Zjednoczonych, a nie kraju stacjonowania. W czasie pokoju takie wojska funkcjonowałyby i szkoliłyby się zapewne według własnych standardów. Dowodzone byłyby również zza oceanu. Pytanie, komu by podlegały w czasie narastania kryzysu, nie mówiąc już o wojnie? Jeszcze jedno ważne pytanie: kto podejmowałby decyzję o ewentualnym zaangażowaniu i użyciu tych dwóch brygad w działaniach bojowych? Problem polega na tym, że gdy mówimy o zagrożeniu ze strony Rosji, to jest jasnym, że jakiekolwiek wojska sojusznicze, stacjonujące na terenie Polski, musiałyby bezpośrednio skonfrontować się z potencjalnym agresorem. Gdyby to były, dajmy na to, wojska niemieckie, belgijskie czy nawet brytyjskie, to bezpośrednie zwarcie ich z Rosjanami nie musiałoby oznaczać automatycznie wybuchu trzeciej wojny światowej, natomiast bezpośredni kontakt bojowy wojsk amerykańskich i rosyjskich taką wojnę o nieograniczonej skali niewątpliwie by wywołał. Dlatego uważam, że gdyby nawet takie dwie amerykańskie brygady rozlokować na terenie naszego kraju, to spełniałyby one raczej rolą odstraszającą niż rozstrzygającą. Po pierwsze, dwie brygady, nawet ciężkie, pancerne, nie zmieniłyby istotnie stosunku sił w tym teatrze działań. Po drugie, uważam, że w obliczu groźby zbrojnego zaangażowania tych niewielkich przecież w stosunku do całości armii USA sił w konflikt, którego konsekwencją mogłaby być wojna globalna obejmująca również terytorium USA, decydenci z Waszyngtonu mogliby podjąć decyzję o nieangażowaniu swoich wojsk w Polsce w konflikt i ewakuację ich z naszego kraju jeszcze w fazie narastania zagrożenia wojennego. Być może wykazuję tutaj małą wiarę w nasze sojusze i sojuszników, ale zawsze wolałem analizować najgorsze scenariusze, a zaskakiwanym być tymi lepszymi, niż odwrotnie. Niestety, w naszej historii mamy przykłady jak „pomagały” nam państwa, z którymi mieliśmy podpisane pakty i układy.  Zatem w naszym hipotetycznym wariancie mogłoby dojść do sytuacji, w której sojusznicy wcześniej by się ewakuowali z Polski, nim pierwsze wraże czołgi przekroczyłyby nasze granice. Można by sobie wtedy zadawać pytania o koszt pobytu tych wojsk sojuszniczych w stosunku do końcowego efektu.

Widzę jeszcze jedno „niebezpieczeństwo” wynikające z pobytu wojsk sojuszniczych na terenie naszego kraju. Dotyczy ono tym razem naszych decydentów. Obecność owych „dwóch ciężkich brygad” mogłaby paradoksalnie spowolnić tempo modernizacji naszych sił zbrojnych. Mógłby się pojawić taki oto tok myślenia: skoro mamy tarczę przeciwrakietową na naszym terenie, skoro mamy dwie ciężkie brygady, to któż się ośmieli nas teraz zaatakować, a więc może by środki przeznaczone na modernizację armii przeznaczyć na inne cele? Może się mylę, ale widząc wokół siebie tyle potrzeb społecznych i gospodarczych wymagających olbrzymich pieniędzy, trudno nie mieć i takich wątpliwości.

Jednym słowem, dobrze mieć marzenia, takie jak minister Sikorski, ale w zderzeniu z realiami mogą się one okazać bardzo kosztowne, trudne do spełnienia i o niemożliwych do przewidzenia konsekwencjach. Myślę, że rolą ministra spraw zagranicznych jest raczej budowanie bezpiecznego otoczenia Polski, a nie publiczne obnażanie na zewnątrz jej słabości, (żeby nie powiedzieć: zawoalowane skomlenie o pomoc sojuszników), bo tak oceniam owe marzenia ministra o dwóch brygadach.

Jacek Sobota

VN:F [1.9.22_1171]
Ocena artykułu: 6.8/10 (Głosujących: 17)
Marzenia ministra o dwóch brygadach, 6.8 out of 10 based on 17 ratings
Autor: Jacek Sobota Kategoria: Aktualności

Jacek Sobota

Kapitan żeglugi wielkiej zawsze "pochłonięty" morzem i wszystkim co z tym związane. Autor wielu publikacji związanych z polską żeglugą morską oraz ekspert w dziedzinie prognozowania pogody.

Komentarze (1)

  • takitam
    środa, 9 Kwi, 2014, 21:31:56 |

    A ja na to: jeśli nie NATO to co ?
    I jeszcze pytanko – czy dla ew. intruza jest jakaś różnica, PIES NA POSESJI lub tylko gęsi ?
    Poza meritum: zdecydowanie NIE jestem adherentem wymienionego ministra S.Z.

    VA:F [1.9.22_1171]
    Popularność: +2 (Głosujących: 2)

Skomentuj