Redakcja GMP | sobota, 2 Wrz, 2017 |

„Moja droga do Rzeźnika”, czyli o sportowych marzeniach, uporze i walce…

Wakacje za nami, czas przygód i nowych wyzwań trwa jednak nieprzerwanie. Wracamy do Kącika Amatorskich Kronik Sportowych i tym razem przedstawiamy relację Przemka (jednego z mieszkańców naszej okolicy) z „Rzeźnika”, znanego chyba wszystkim biegaczom.

Przemo przedstawia nie tyle fakty, co emocje towarzyszące zarówno przygotowaniom jak i samym zawodom. Niezwykle poruszająca opowieść pełna radości, nadziei, pokory, rozczarowań i – wielkiej siły, nie tylko biegowej:

Jest 20 listopad 2016 r., kiedy ze strony Marka pada z pozoru oderwana od rzeczywistości propozycja: „co powiesz na start w Biegu Rzeźnika?”… W pierwszym momencie pomyślałem: żart/numer/wygłup, ale znając Marka uświadomiłem sobie, że jest to człowiek niezwykle konkretny, a jeśli chodzi o wyzwania sportowe wręcz bardzo precyzyjny i ukierunkowany.

„Przełknięcie” tematu zajęło mi tydzień, po czym zapadła decyzja, która zmieniła moje życie biegowe na kolejne miesiące – a konkretnie na długich 6 miesięcy… TAK – chcę „zrobić” Rzeźnika i uporać się z górami, kilometrami, zmęczeniem, bólem i jeszcze nie wiem czym – bo skąd mam wiedzieć. Otworzył się zupełnie nowy rozdział w moim biegowo-amatorskim życiu, rozdział, który miał mnie nauczyć zupełnie innego biegania, taktyki, patrzenia w dal zamiast tu i teraz. Potrzebowałem troszkę czasu, żeby ochłonąć i zrozumieć powagę podjętej decyzji. Długo uważałem ją za wariacką, ale jednym z moich mott jest „tylko wariaci są coś warci”, idealnie wpisujące się w moją filozofię życia, w którym jest miejsce zarówno na bycie poukładanym jak i totalnym wariatem. Dzięki temu zawsze jest ciekawie, kolorowo, bez nudy.

Czym jest Bieg Rzeźnika? Otóż bieg jest poprowadzony przez piękne Bieszczady, „jedyne” ok. 81 km z sumą przewyższeń 5000 m. Uczestnicy biegną w parach, które muszą się razem meldować na punktach kontrolnych. Jest to ułatwienie i potężne utrudnienie zarazem – niedyspozycja jednego z partnerów może „położyć” cały bieg, wcześniejsze przygotowania, wylany pot. Bieg ten potrafi też weryfikować wiele znajomości/przyjaźni… weryfikować w sytuacjach ekstremalnych, ale też bieganie w parach przy umiejętnym prowadzeniu i mądrości biegaczy jest niesamowicie mobilizujące i dające emocjonalnego „kopa”.

trasa “Rzeźnika”

Przygotowania zacząłem spokojnie, rozpytałem, na co się porwałem, sprawdziłem, jakiego sprzętu potrzebuję, wprowadziłem założenia treningowe, w tym zwiększenie przebieganych miesięcznie kilometrów wraz ze zmianą nudnego asfaltu na rzecz pięknych, leśnych duktów. Zmiana okoliczności przyrody okazała się jedną z lepszych decyzji w moim krótkim życiu biegacza. Dzięki niej zacząłem odkrywać piękno przyrody, odnajdywać spokój i czerpać prawdziwą radość z biegania. Po wejściu do lasu, człowiek uświadamia sobie jak trudno i o ile inaczej biega się w terenie, ile więcej pracy należy wykonać żeby utrzymać to, co na asfalcie przychodzi z pozoru łatwo. Wtedy jeszcze nie zdawałem sobie sprawy z tego, ile więcej pracy należy wykonać aby podołać górskim wyzwaniom.

Zima upłynęła pod znakiem treningów biegowych wszelkiej maści, morsowaniu, saunowaniu, masażach i co najważniejsze – bez kontuzji. Niestety, jak to w życiu biegacza – amatora bywa nie samym treningiem człowiek żyje, jest też praca, wyjazdy… cały sekret udanych przygotowań polega na umiejętnym łączeniu czasu pracy z czasem treningu i czasem rodzinnym. Nie jest to kwestia łatwa do poukładania, jak też nie jest łatwym przekonanie do swoich racji bliskich, co w perspektywie kilku-miesięcznych przygotowań ma ogromne znaczenie. Te miesiące minęły błyskawicznie jak kilometry przybywające na liczniku. Zupełnie niepostrzeżenie tygodniowe dystanse i czas poświęcony na treningi zwiększyły się znacząco. Ale cel był bardzo konkretny, a z tyłu głowy pojawiły się już myśli o odpowiedzialności i świadomość, że nie mogę zawieźć Partnera. Wiedziałem, że trzeba być maksymalnie dobrze przygotowanym – na tyle na ile mogę czy też potrafię.

Aby sprawdzić czym jest bieganie po górach, wystartowałem w biegu na 15 km „Wilcze Gronie”. Zawody odbywały się w pięknej, zimowej, śnieżnej scenerii i utwierdziły mnie w tym, co chcę robić (czytaj: biegać po górach) oraz dały pogląd, jak wygląda logika działania – kilka razy postanowiłem wyrwać do przodu (jak to czyniłem na asfalcie) za co zostałem szybko ustawiony w szeregu karnie drepczących biegaczy. Jak idą wszyscy – to idą wszyscy ;) A tak na poważnie – nie ma tutaj walki o sec/km, jest za to umiejętne rozłożenie sił, odpoczywania tam gdzie można i oddawanie zaoszczędzonej mocy tak gdzie należy. Tak, tak – w górach trzeba bardzo dobrze zarządzać energią, inaczej kończy się zabawę bardzo szybko.

Przemo i Marek na trasie (fot. Andrzej Szczepocki, dare2bpolska)

Miesiące mijały, ilość treningów rosła, w międzyczasie odbywały się ustalenia i narady organizacyjne. Nadszedł dzień wyjazdu. Zbiórka całej ekipy: Julia Zaręba, Marek Spychała, Tomasz Szał, pyszna kolacja (rewelacyjny makaron przygotowany przez Marka) i pełne emocji rozmowy o tym, co nas czeka. Piątek rano start ku chwale (wszyscy wierzyliśmy, że tak będzie), sprawny dojazd na miejsce i kwaterunek w Połoniny Hotel. Tutaj prawdziwy szok – cudowna obsługa, czytająca w naszych myślach i realizująca z wyprzedzeniem nasze prośby… wielkie podziękowania dla nich, takiego oddania często się nie spotyka i to zasługuje na uznanie. Było wszystko, co przyszłym Rzeźnikom jest potrzebne.

Spokojnie przespana noc, równie spokojny spacer, następnie pyszne jedzenie i wizyta na tamie nad Soliną, odbiór pakietów… Pogoda cudowna, choć troszkę ciężkie powietrze i prognozy zwiastowały opady i burze. Niestety, nie myliły się – dojazd na wieczorną odprawę odbył się w ulewie z solidną burzą. Oznaczało to jedno – stopień trudności i tak już trudnych zawodów znacznie poszybował w górę. Dla mnie, debiutanta było to spotkanie z prawdziwym obliczem biegania po górach – czyli obliczem nieprzewidywalnym i baaaardzo trudnym. Atmosfera mimo deszczu była super – czuło się unoszące w powietrzu emocje, ludzie niby na luzie, ale już skupieni na tym co ich czeka. Gdzieś głęboko pojawił się we mnie strach i pytanie, co ja tutaj robię… ale szybko odpowiedziałem sobie w duchu, że robię swoje :) Tym razem noc nie była przespana: późno skończone przygotowania sprzętu i konieczność wstania już o pierwszej w nocy dały jedynie namiastkę snu/drzemki i nocny start na pełnym niewyspaniu.

Start z padającym deszczem w tle. Co za emocje! Bębny, setki świecących czołówek… Ruszyliśmy spokojnie; próbowałem przyspieszać, ale Marek umiejętnie korygował i kontrolował nasze tempo. Początek zaliczyłem na pełnym odlocie – czułem się wspaniale, szło świetnie, bez kłopotów. Jak tylko zboczyliśmy z twardej drogi przywitała nas ciemność, deszcz i błoto. Warunki były ciężkie, ale jeszcze znośne, jednak im dalej biegliśmy tym odcinki robiły się coraz bardziej wymagające, zarówno w kwestii podejść jak i zbiegów. Na tym etapie miałem założenie, żeby nie „złapać gleby” ani tym bardziej jakiejś kontuzji. Udało się – pierwsze odcinki kontrolne i przepak zaliczone w dobrym stylu z relatywnie dużym zapasem czasowym. Jednak po wyjściu z przepaku okazało się, że na Rzeźniku też mogą występować korki… z biegaczy :) Pojawił się bardzo trudny odcinek, który był jedynie przedsmakiem tego co Nas miało czekać później. Zbiegi w aurze, jaką zafundowały nam Bieszczady nie należały do najłatwiejszych, szczególnie dla kogoś, kto tych zbiegów nie umie robić… Moje nogi dostawały w kość niemiłosiernie, momentami aż paliły, ale kondycyjnie było wciąż przyzwoicie. Jakimś cudem ani razu nie zaliczyłem niekontrolowanego kontaktu z podłożem, na który nie miałem ochoty, patrząc co było pod nogami (błoto, korzenie, kamienie).

kolejny odcinek trasy (fot. Andrzej Szczepocki, dare2bpolska)

Taktycznie słuchałem Marka i to dawało mi poczucie możliwości zrealizowania biegu od startu do mety – czyli całego Rzeźnika. Kolejny przepak, ryż z jabłkiem, który wydawał się w tej chwili daniem z pięciogwiazdkowej knajpy i w drogę. Wredne podejście, które jak się później okazało, było początkiem mojego końca. Po wtarmoszeniu się na samą górę nogi miały dosyć, ale głowa mówiła “dasz radę, już coraz bliżej”. Pojęcie bliskości, gdy do tej pory człowiek biegał w większości po płaskim, jest w górach złudne – o tym miałem przekonać się już niebawem. Czułem, jak z każdym kilometrem siły odchodzą, już nie pojawiał się uśmiech na twarzy, a coraz częściej wyraz ogromnego zmęczenia. W okolicach 65-66km padło pytanie “czy poddaję się, czy walczymy?”. Odpowiedź mogła być jedna – walczymy, próbujemy się załapać na limit czasowy na 70 km. Niestety, to, że głowa chciała nie oznaczało, że ciało też będzie chciało tego samego. Ono nawet chciało, ale już nie miało z czego przyspieszyć/dać z siebie tyle, żeby dostać się w odpowiednim czasie na punkt pomiaru… I tak, po zaliczeniu jeszcze jednego podejścia, ruszyliśmy w dół. Nogi już były totalnie sztywne, a my w sumie byliśmy bardzo blisko osiągnięcia celu etapowego… Jednak moja przygoda z trasą Rzeźnika 2017 zakończyła się na 68 km.

Uczciwie muszę przyznać, że nawet, gdyby udało nam się załapać na punkt kontrolny, to mam niemal pewność, że nie dałbym rady fizycznie (a tym samym bezpiecznie) pokonać ostatnich bardzo ciężkich 13 km. Co czułem podczas schodzenia z trasy i pakowania się do busa? Sportową nie tyle złość co smutek, że nie dałem rady, że zawiodłem (choć Marek ani razu nie dał mi tego do zrozumienia), że byłem jednak zbyt słaby… jednocześnie ta złość szła w parze z poczuciem, że dałem z siebie tyle ile umiałem na chwilę obecną. Cóż, zapłaciłem „frycowe” (szkoda tylko, że kosztem ciężkiej pracy Marka), nauczyłem się bardzo wiele, zobaczyłem czym jest bieganie ultra górskich, wiem że mi się to podoba i chcę próbować dalej. Żaden „asfalt” nie ma takiej atmosfery!

Po podwózce do Cisnej rozłożyliśmy się przy mecie. Tomek już był po Intro (7 miejsce w open!!!), czekaliśmy na Julkę. Ta to wykręciła numer! Machnęła Intro nie robiąc dotychczas nawet półmaratonu po płaskim! Przyznaję, że z ogromnym smutkiem patrzyłem, jak wbiegają na metę kolejne pary, w tym te, z którymi “rywalizowaliśmy” na trasie. Chwila relaksu po biegu, dojazd do hotelu – tam nasza czwórka wysypała się z auta i poczłapała do pokoi. Kolacja, piwo i – łóżko!!! Najlepszy numer – a właściwie pokaz (po raz kolejny) jak podchodzi się do klienta… kuchnia zamknięta, czynny tylko bar, a uprzejmy i zaradny Pan z obsługi wyczarował dla nas zupę pomidorową (jak ona smakowała!) zgodnie z naszym (Julki) życzeniem nawet z makaronem. Czapki z głów!

odpoczynek :) (fot. archiwum Autora)

Poranek o dziwo prawie bezbolesny, bez szkód na ciele, tylko obolałe mięśnie i ścięgna (ale w znośnych normach, albo nawet lepiej niż znośnych) Potężne śniadanie (gdzie ja to zmieściłem?), pakowanko i w drogę do Pyrlandii.

A teraz przychodzi czas na analizę zawodów, przygotowań…ta pewnie będzie jeszcze troszkę trwała, podobnie jak odpoczynek, ale już wiem że: utlra górskie to jest to co lubię, wiem że muszę wprowadzić dużo bardziej urozmaicone treningi, dużoooooo ciężej pracować, nauczyć się regeneracji i odżywiania… Wiem, ze Rzeźnik jest w moim zasięgu i te cholerne brakujące 13 km nie będzie dla mnie przeszkodą!!! Bardzo dziękuję Julce i Tomkowi za super wyjazd, jednocześnie gratuluję Im wspaniałego wyniku. Bardzo dziękuję Markowi za ogrom rad, podjęcie ryzyka biegu z żółtodziobem, za wspaniałe prowadzenie mnie na trasie – to dzięki Niemu zrobiłem to co zrobiłem. jednocześnie bardzo przepraszam, że nie byłem w stanie dać z siebie jeszcze więcej niż dałem. Ogromne dziękuję dla wszystkich, którzy śledzili mój blog i dopingowali mnie, za gratulacje mimo nieukończonego biegu … to też działa dodatkowo mobilizująco.

Zmieniłem podejście do biegania – już się nie wnerwiam na cały świat, staram się podchodzić na spokojnie do tego co się wydarzyło i wyciągać wnioski, pamiętając jednocześnie, że robię to dla przyjemności i właśnie to jest super!!! Dodam, że cała przygoda wisiała na włosku do ostatniej chwili – jeśli chodzi o moją osobę, strasznie dużo nerwów, bardzo smutne wydarzenia osobiste – bieg dedykowałem mojej Mamie, która odeszła dosłownie na ostatniej prostej do Rzeźnika, decyzja o podjęciu wyzwania mimo ogromnego żalu/bólu/tęsknoty… Celu nie udało się zrealizować w 100%, ale myślę, że Mama była cały czas ze mną i była największym kibicem ze wszystkich – myślę, że gdybym mógł zadzwonić do Niej po biegu – jak miałem to w zwyczaju po zawodach – byłaby ze mnie dumna, tak samo z moich Partnerów. Wszyscy pokazaliśmy wielkie serducho do walki. To pozwala postawić tezę, że następne podejście do Rzeźnika z takim Zespołem zakończy się sukcesem i ja w to wierzę! A emocje? Mimo upływu wielu tygodni są dalej ogromne i wciąż bardzo żywe.

relaks :) (fot. archiwum Autora)

(Gdyby Kózka nie skakał-a – biegacz – amator)

VN:F [1.9.22_1171]
Ocena artykułu: 9.3/10 (Głosujących: 12)
„Moja droga do Rzeźnika”, czyli o sportowych marzeniach, uporze i walce..., 9.3 out of 10 based on 12 ratings

Redakcja GMP

Autor: Redakcja Gazety Mosińsko-Puszczykowskiej.

Skomentuj