Marta Mrowińska | piątek, 24 Sie, 2018 |

Tam góry wyglądają jak narysowane kredkami 🏔

Dwaj pasjonaci gór: Maciej Śliwiński (mieszkaniec gminy Mosina) i Mateusz Świt opowiadają o wyprawie na Kazbek, fascynacji górami, przygotowaniach, trudach wspinania i marzeniach. W ich opowieści jest coś więcej niż tylko relacja z wyprawy: to ogromna miłość do gór, pewność siebie, swych umiejętności, a jednocześnie wielka pokora wobec górskiej potęgi i żywiołu. I ogromna siła, jaka bije z ich słów, spojrzeń, postawy. Posłuchajcie opowieści niezwykłej…

Rodzi się pomysł

Mateusz: Pomysł wejścia na Kazbek był mój. Wcześniej z moim ówczesnym partnerem wspinaliśmy się w Tatrach, a dwa lala temu pojechaliśmy w góry wysokie, na Mont Blanc. Zdobyliśmy górę, wróciliśmy, a ja złapałem bakcyla. Po dwóch latach pomyślałem, że czas wrócić w góry wyższe.

Maciej: Skoro mowa o Tatrach to pamiętajmy, że są one naprawdę technicznie trudnymi górami i kształcą na tyle mocno, że jeżeli ktoś wspina się zimą w Tatrach to potem niewiele go już w górach wysokich zaskoczy (chyba, że mówimy na przykład o zachodniej ścianie Gasherbruma II ;)). Po Tatrach chodziliśmy wspólnie z Mateuszem, zrobiliśmy zachodnią ścianę Mnicha, ja robię zimową koronę Tatr (w tej chwili mam za sobą dwa z czternastu najwyższych szczytów Tatr). To jest 90 procent szczytów, które są poza szlakami i stanowi naprawdę dobre przygotowanie do wyjścia w góry wyższe. Jeśli zrobimy wszystko, by jak najlepiej przygotować się do wyprawy tu, na nizinach, wówczas poza walką z pogodą i własnym organizmem technicznie niewiele jest w stanie nas zaskoczyć.

Mateusz: Wracając do naszej wyprawy: minęły dwa lata, czas było wracać w góry. Z ówczesnym partnerem nasze drogi się rozeszły, nie wspinamy się już razem. Z Maciejem poznaliśmy się na siłowni i znaliśmy się już wcześniej (jak wspomniał) stąd zapytałem go, czy nie chciałby pojechać ze mną na wyprawę na Kazbek.

Maciej: We mnie już wtedy góry dojrzewały, nie była mi obca lina i wspinaczka. Wspólnie z Mateuszem zaczęliśmy od ścianki, gdzie dogrywaliśmy swoje umiejętności i mieliśmy czas na wzajemne “dotarcie się”. Dla mnie dobre było tez to, że Mateusz miał już doświadczenie – takie wyprawy z aklimatyzacją, w trudnych warunkach, warto robić z kimś doświadczonym.

w drodze na Kazbek – tutaj jeszcze zielone przestrzenie

Przygotowania do wyprawy

Maciej: Decyzja zapadła, zaczęliśmy przygotowania. Sportowo jesteśmy czynni cały czas (ja swoją przygodę ze sportem zacząłem już w szkole podstawowej, byłem w klasie sportowej, grałem w piłkę ręczną, sport przewijał się przez całe moje życie), natomiast przygotowania typowo pod wyprawę na górę zaczęły się już rok wcześniej. Pracowałem nad wydolnością, kondycją, zrzuciłem sporo wagi. Jeżeli człowiek zna swój organizm i trenuje cały czas to nie jest problemem zasięgnąć wiedzy pod katem treningu do wypraw wysokogórskich. Siła charakteru zostaje i to potem sporo ułatwia. Chyba z respektu przed tą górą zrobiliśmy naprawdę dobrą formę :)

Mateusz: Zaczęliśmy jak zawsze od prześledzenia dobrego opisu w internecie, porównania kilku opisów, zebrania informacji. Później nadszedł czas na formalności – my mieliśmy na przygotowania cały rok, zatem mogliśmy to zrobić ze spokojem.

Maciej: Niespodzianki zaczęły się już od wyboru linii lotniczych – okazało się bowiem, że nie są one aż takie tanie, jak się wydawało (spodziewaliśmy się niższych cen). Kolejnym ograniczeniem była waga bagażu – zmieszczenie sprzętu, odzieży, jedzenia i wielu potrzebnych rzeczy w wymaganych 23 kilogramach nie jest wcale łatwe. Zatem – bagaż, ubezpieczenia, wybór linii lotniczych, załatwienie stancji na miejscu… Problem był także z dostaniem się już z Tbilisi do Kazbegi – tam komunikacja miejska nie istnieje, nie ma drogowskazów, kierunku, w którym należy się udać itp. Kiedy przyjechaliśmy na miejsce, nie kursowały już miejscowe busiki – mieliśmy do wyboru nocowanie w hotelu lub taksówkę. Wybraliśmy to drugie, dzięki czemu zaoszczędziliśmy jeden dzień drogi. Również gościnność gruzińska jest już chyba przeżytkiem, my odnieśliśmy wrażenie, że dla większości tamtejszej ludności liczy się zarabianie pieniędzy. Niemniej jednak, ludzie, u których mieszkaliśmy na kwaterze, byli bardzo gościnni.

na stancji – z gospodarzami

Kolejna rzecz, która nas zaskoczyła to skrajności, na przykład w jednym miejscu jak odrapane kamienice i nowoczesne bankomaty. W metrze natomiast nie mogliśmy kupić jednorazowego biletu, trzeba było wyrabiać kartę… Ratowało nas to, że Mateusz, jako nauczyciel angielskiego, świetnie włada tym językiem, w związku z tym mogliśmy się bez problemu porozumieć w najbardziej skomplikowanych sytuacjach.

Droga na szczyt

Maciej: Następnego dnia rano wyruszyliśmy w trasę, z plecakami i świadomością, że idziemy na 3000 m n.p.m. Na miejscu jeszcze załatwialiśmy gaz i wypożyczaliśmy namiot (który zresztą trzeba było rezerwować rok wcześniej) – na szczęście jest tam biuro turystyczne prowadzone przez Polkę, więc mieliśmy nieco łatwiej. Taksówką podjechaliśmy pod kościółek, gdzie zaczyna się trasa na Kazbek. Tam można wynająć sobie konia, skorzystać z pomocy ludzi, którzy wniosą bagaż i pomogą w wyprawie – my nie korzystaliśmy jednak z tych udogodnień.

Można powiedzieć, że do wysokości 3 tysięcy metrów jest pięknie – malowniczy krajobraz, ptaki, zieleń… Zachwyciły mnie góry, które na niższych partiach wyglądają, jakby dziecko narysowało je kredką – są gładkie, zielone, wyglądają cudownie. Strumyki polodowcowe, woda, zieleń, zapach – wszystko robi ogromne wrażenie.

w trasie

Mateusz: Inaczej niż w Tatrach, gdzie wszystko porośnięte jest kosodrzewiną. Tam jest po prostu zielono.

Maciej: Kiedy rozbiliśmy obóz na tych trzech tysiącach, było cudownie, byliśmy jeszcze wypoczęci, pełni energii, nie zmęczeni drogą. Mieliśmy piękną pogodę, świeciło słońce, było przyjemnie. Kolejny etap odbywał się już w ciężkim terenie górskim – mieliśmy plan iść za stację meteo – miejsce, gdzie nocowała większość wspinaczy. W górach niespecjalnie szukamy towarzystwa, zatem minęliśmy miasteczko wspinaczy i postanowiliśmy dojść do tzw. białego krzyża, gdzie rozbiliśmy drugi obóz na wysokości 3 800 m.n.p.m. – jedyne, czego się baliśmy to choroby wysokościowej, bo 800 m przewyższenia to bardzo dużo, ale szczęśliwie czuliśmy się dobrze.

W międzyczasie musieliśmy się zameldować u pogranicznika rosyjskiego, ponieważ wspinając się na Kazbek kilkakrotnie przekraczamy granicę z Rosją. Nie są wymagane wizy, jednak odbywa się kontrola paszportów. Nie była to dla nas dobra sytuacja, kontrola trwała jakiś czas, a przerwanie trekingu po sześciu godzinach, gdzie jeszcze jakieś trzy godziny marszu przed nami, jest bardzo trudne.

Dotarliśmy do obozu drugiego i zostaliśmy tam dwie doby. Po dobie spędzonej na 3800 m wyszliśmy na niecałe 4200 m w celu aklimatyzacji, no i zaczęła psuć się pogoda. Tamta noc kojarzy mi się tylko z wiatrem, śniegiem, gradem, sen jest przerywany itp.

Mateusz: Warunki mieliśmy naprawdę trudne: była mgła, mróz, śnieg, wiatr, ekipy się cofały. Oceniliśmy swoją sytuację i stwierdziliśmy, że jest nam ciepło, nie jesteśmy zmęczeni, sprzęt nie zawodzi, zatem – idziemy. W końcu dotarliśmy do miejsca, gdzie już mogliśmy związać się liną i w nocy wyszliśmy na atak szczytowy. Oczywiście, mieliśmy gps z zaznaczonymi punktami, mimo wszystko jednak zboczyliśmy z trasy i wylądowaliśmy pod ścianą – za nami szła jednak ekipa, której wcześniej wytyczaliśmy drogę, potem oni prowadzili nas. Co prawda zawrócili i nie weszli na szczyt, ale jakiś czas wzajemnie sobie w pewien sposób pomagaliśmy.

Maciej: Weszliśmy na lodowiec, na 4500 m.n.p.m. Tam już był lód, mgła, zero widoczności – idzie się jakby w miejscu, coraz bardziej stromą ścianą, do tego niekończący się wiatr… Ekipa, która nas wyprzedziła nad ranem, zawróciła, zresztą wiele innych grup także. My też mieliśmy moment zawahania, kryzysy, ale wiedzieliśmy, że idziemy dalej.

przy lodowcu

Mateusz: Przy końcówce miałem chwile słabości, ale udało się je pokonać.

Maciej: Najlepszy moment był wtedy, kiedy dotarliśmy do pionowej ściany – wiedzieliśmy, że to już ostatni etap wspinaczki i za chwilę będziemy na szczycie. Wcześniej już myśleliśmy, że jesteśmy na szczycie, a okazało się, że brakuje nam jeszcze 100 metrów – ten odcinek zajął nam jakieś 40 minut i był bardzo trudny technicznie. To są takie momenty, kiedy ma się świadomość, że nie można się pomylić.

Patrząc z perspektywy myślę, że jest to góra trudna technicznie pod względem orientacji, nie ma tam – wiadomo – wyznaczonych szlaków, w dodatku była mgła… Baliśmy się, żeby w tej mgle nie wejść w takie miejsce, które będzie na tyle trudne, że nie pozwoli nam iść dalej, a nawet będzie trudno się z niego wycofać. Ale szczęśliwie parliśmy do przodu, bardzo pomogło tutaj doświadczenie Mateusza. Byliśmy poza tym dobrze przygotowani nie tylko sprzętowo, ale kondycyjnie i technicznie. Mogliśmy się zatem skupić na wspinaniu. Zdrowie, siła fizyczna, oswojenie psychiczne musi być dopięte na ostatni guzik. To są elementy, które można wypracować na nizinach i zależą od nas. Wiadomo, że można nie wejść na górę z różnych powodów, niezależnych od nas: pogody, choroby wysokościowej, ale trzeba się przygotować najlepiej, jak można, by jak najbardziej wyeliminować te czynniki zaskoczenia.

Na szczycie – i co dalej?

Maciej: Jakie wrażenie na szczycie? Mnóstwo emocji, radość, ale jednocześnie świadomość, że cała zabawa dopiero się zaczyna, bo jeszcze musimy przecież zejść. Wejście na górę – przynajmniej dla mnie – zawsze odbywa się lepiej, z większą energią, jakoś łatwiej. Zejście jest trudne, czasem nudne, człowiek jest już zmęczony, wychodzi wówczas temperament, pojawiają się nerwy, wszystko po kolei zaczyna przeszkadzać.

Mateusz: Wtedy nie jest trudno o sprzeczkę, niedomówienie, problem o przysłowiowego batonika.

Maciej: Zeszliśmy. Myślałem po prostu o tym, żeby wziąć prysznic. Po zejściu na dół z jakiejkolwiek góry zawsze przewartościowuję wszystko: pijąc kawę, jedząc pizzę czy robiąc inne rzeczy, które są zwyczajne, zaczyna się je dostrzegać, doceniać, wtedy stają się fajne. Wszystko, czego na co dzień nie doceniamy, staje się czymś wyjątkowym. Dla mnie góry jako sport to temat poboczny. Gdyby ktoś mnie zapytał, dlaczego to robię – to chyba właśnie dlatego, choć jednoznacznie też trudno odpowiedzieć.

Mateusz: Chce się wrócić do korzeni, zdobyć wodę, miejsce do spania, wykonuje się proste czynności – to jest fajne.

Maciej: Cała wyprawa trwała dziesięć dni, z tego sześć dni spędziliśmy w ścianie. Pewnie próbowalibyśmy to przeciągnąć, czekając na lepszą pogodę, ale ze stacji meteo wiedzieliśmy, że będzie coraz gorzej i nie możemy liczyć na poprawę warunków. Wyszło dobrze, bowiem każdy dzień powyżej 3800 m nie jest regeneracją i wpływa niekorzystnie nie tylko fizycznie, ale też na psychikę. I na to nie ma mocnych. Ludziom łatwo wypowiadać się z poziomu nizin, ale im wyżej, tym jest coraz trudniej.

Kazbek – na szczycie

Plany i marzenia

Maciej: Ja dalej będę realizował zimową koronę Tatr i to jest mój cel bez względu na to, czy będę się dalej wspinał wysokogórsko czy też nie. Jeszcze w sierpniu chcę zrobić kilka szczytów pozaszlakowych. Cały czas szukam partnera, żeby wejść na Żabiego Konia – potem chciałbym wejść na niego zimą, co graniczy niemal z cudem, bo musi się na to zgrać bardzo dużo czynników: odpowiednia pogoda, muszę zdążyć dojść do ściany (wcześniej trzeba wejść na Rysy i dopiero stamtąd idzie się dalej), przy czym ostatnia część, najbardziej niebezpieczna, jest na samym końcu – co jest naprawdę trudne, bo człowiek jest już wyczerpany całą drogą, a ta jest trudna technicznie. A potem trzeba jeszcze zjechać, a tu też nie można się pomylić. Marzy mi się też kolejny pięcio – sześciotysięcznik, ale zimą. Dla mnie w ogóle góry istnieją zimą, kiedy warunki są bardzo trudne i właściwie nie chce się tam być – ja właśnie wtedy odnajduję to, czego szukam w górach.

Mateusz: Ja chcę zrobić filar Świnicy zimą. W najbliższym czasie jadę w Tatry, zabieram dzieci, które jeszcze tam nie były, a chciałbym, żeby załapały tego górskiego bakcyla. Ja miałem 15 lat, kiedy zabrał mnie w góry nasz ówczesny ksiądz proboszcz i od tego czasu zawsze już tam jeździłem. Zimą pewnie spotkamy się z Maciejem na filarze Świnicy, a jeśli chodzi o plany wysokogórskie to mam już pewien pomysł, ale na razie nie będziemy zapeszać – powiem tylko, że myślimy o paśmie Pamir.

(zdjęcia pochodzą z archiwum Macieja i Mateusza)

VN:F [1.9.22_1171]
Ocena artykułu: 10.0/10 (Głosujących: 3)
Tam góry wyglądają jak narysowane kredkami 🏔, 10.0 out of 10 based on 3 ratings

Marta Mrowińska

redaktor naczelna Gazety Mosińsko-Puszczykowskiej

Skomentuj