Strona główna / Aktualności / Człowiek orkiestra – muzyk, logistyk, dziadek na pełen etat – wywiad z pułkownikiem Romanem Karpińskim

Człowiek orkiestra – muzyk, logistyk, dziadek na pełen etat – wywiad z pułkownikiem Romanem Karpińskim

Los tak widocznie chciał, żeby to spotkanie nie było przypadkowe. Po raz pierwszy pana pułkownika Karpińskiego spotkałem na Pierwszym Peceńskim Dniu pasjonata, w 2024 roku. Porozmawialiśmy sobie trochę o przeżytych przez niego historiach i o obecnej sytuacji na świecie. W tym roku spotkaliśmy się ponownie, a nasza rozmowa się nie różniła od poprzedniej. Ale to wtedy narodził się pomysł na wywiad, którego pan pułkownik udzielił mi w swoje urodziny. Nie zabrakło więc refleksji nad poprzednimi latami, oraz paru żartów.

Na początek muszę Panu przyznać, że jest Pan trochę nieuchwytny – przez ostatni tydzień przeszukałem wszystkie możliwe media i źródła otwarte, a znalazłem tylko jedno wspomnienie o Panu w „Tygodniku Powszechnym”.

Pułkownik Karpiński:
Tak?

Tak. Jest Pan wspomniany z czasów misji w Afganistanie, gdzie zacytowano, że zebrał Pan żołnierzy na zbiórkę. To jedyne wspomnienie w internecie o Panu, jakie udało mi się znaleźć.

Pułkownik Karpiński:
No to muszę Pana zaskoczyć – jest jeszcze taka pozycja książkowa, co też mnie zaskoczyło: „Trzy lata w Azji” autorstwa Pana Mellera. Podróżował po Azji i między innymi trafił do Afganistanu, do bazy, w której miałem przyjemność być komendantem. Porozmawialiśmy sobie, jak to na misji z rodakiem. Po kilku miesiącach od powrotu do kraju ktoś mówi:
„Ty, słuchaj, jesteś w książce.” No i rzeczywiście. Ale żołnierz zawodowy raczej nie pcha się na pierwsze strony gazet, zresztą nawet nie jest to dobrze widziane. Ale tam pojawił się taki epizod, w którym mnie opisuje i wspomina.

W sumie opowiada Pan o momencie, w którym już służył Pan parę lat.

Pułkownik:
Tak, już byłem bardzo doświadczonym oficerem w sztabie Inspektoratu Wsparcia Sił Zbrojnych, właściwie w logistyce Inspektoratu. Pracowałem w szefostwie planowania logistycznego – byłem odpowiedzialny za planowanie logistyczne.

A cofając się do początków – co Pana skłoniło do wstąpienia do wojska? To była jakaś inspiracja? Przełomowy moment?

Pułkownik:
Kiedyś na spotkaniu z dziećmi w szkole to było pierwsze pytanie, które mi zadały. I muszę powiedzieć, że byłem bardzo zaskoczony. Wtedy pierwszy raz w życiu się zastanowiłem:
co mnie do tego skłoniło? Okazuje się, że ogromny wpływ miała rodzina – szczególnie dziadek ze strony mamy. Pamiętam, jak siadałem mu na kolanach i słuchałem jego wojennych opowieści – był na trzech wojnach. Może już wtedy kiełkowała we mnie myśl, że też chcę być obrońcą ojczyzny. Drugi dziadek był saperem w wojnie obronnej w ‘39 roku. Nigdy o tym nie mówił, ale kilka lat przed śmiercią się otworzył i opowiedział kilka historii. To mnie tylko utwierdziło.

Czyli tradycje patriotyczne?

Pułkownik:
Zdecydowanie. U nas w domu przekazywało się wiedzę o historii rodziny i państwa. Rodzina była tą podstawową komórką edukacyjną. Zresztą z opowieści wiem, że po Powstaniu Styczniowym nasza rodzina musiała uciekać przed carem i osiedliła się w Wielkopolsce. To wszystko razem wpłynęło na mój wybór drogi życiowej. Ale w liceum miałem wątpliwości – wiadomo, wielu chętnych, trudne egzaminy – to naturalne. Ale koniec końców przyjęli mnie bez egzaminów, dzięki wysokiej średniej z matury. Wystarczyło zaliczyć WF i rozmowę kwalifikacyjną.

Jak wyglądały Pana początki w wojsku i w szkole oficerskiej?

Pułkownik:
Szczerze? Ciężko. W domu za młodu zajmowałem się tylko nauką – chodziłem też do szkoły muzycznej. Więc z jednej szkoły jechałem od razu do drugiej, nie zajmowałem się niczym w domu. Nagle trzeba było prać, prasować, wstawać o 6 rano i biegać 3 kilometry codziennie, niezależnie od pogody. Na początku to był szok, ale z perspektywy czasu oceniam ten okres jako bardzo wartościowy. Pamiętam jak dostałem przepustkę na cztery lata – spojrzałem na datę i pomyślałem: „Jezu, jak ja tu wytrzymam?”. Ale to był dobry czas. Poznałem mnóstwo kolegów, z którymi do dziś mam kontakt.
Z nauką nie miałem problemów, choć denerwowały mnie przedmioty ideologiczne: naukowy komunizm, ekonomia socjalizmu i tym podobne. Tego było więcej niż fachowych przedmiotów.

Czy te ideologiczne przedmioty do czegoś się przydały?

Pułkownik:
Może trochę. Pomogły zrozumieć funkcjonowanie społeczeństw z innej perspektywy, poszerzyły horyzonty. Choć zawsze byłem bliżej Kościoła – dziś jestem opiekunem ministrantów i członkiem rady parafialnej. Ale warto znać inne spojrzenia – nawet księża w seminariach uczą się różnych ideologii i filozofii.

A jak wyglądały początki w samym wojsku po szkole?

Pułkownik:
W trakcie studiów poznałem dziewczynę nad morzem – późniejszą żonę. Mieszkała w Poznaniu, gdzie studiowałem, więc to ułatwiło naszą relację. Żołnierz jednak nigdy nie jest panem swojego czasu, a w stanie wojennym tym bardziej. Ona od początku wiedziała, że musi dzielić się mną z wojskiem. To bardzo pomogło w naszym małżeństwie – służba wojskowa wymaga poświęceń. Pierwszy przydział dostałem do jednostki we Władysławowie. Latem miejscowość piękna, poza sezonem już mniej. Pracowałem od rana do wieczora, więc nie było czasu się nudzić. Tyle dobrego że miałem chociaż widok na morze z mojego biura.
Po Władysławowie był Słupsk, parę mniejszych baz, Malbork, a następnie przeszedłem do Inspektoratu Wsparcia Sił Zbrojnych, gdzie spędziłem ostatnie 13 lat służby. W międzyczasie odbyłem mnóstwo szkoleń, kursów, studiów – każda promocja w wojsku musi być poparta dodatkowymi kwalifikacjami. Niezbędna jest także znajomość języka obcego na odpowiednim poziomie. Żołnierz nieustannie musi się rozwijać.

Dlatego wcześniej wspomniał Pan o żonie i rodzinie?

Pułkownik:
Tak. Gdyby nie odpowiednie relacje w domu, nie byłbym w stanie poświęcić się wojsku. Przez całe życie obowiązki domowe spoczywały na żonie. Często nawet nie wiedziałem, co dzieje się z dziećmi – byłem ciągle poza domem. Wielu żołnierzy doświadczało tego samego. A jak Wojsko Polskie zaczęło wyjeżdżać na misje, to tam, gdzie relacje rodzinne nie były odpowiednio zbudowane, kończyło się to rozwodami. Wyjazd na misję nigdy nie poprawia relacji – raczej je pogarsza. Dlatego pierwszym warunkiem wyjazdu powinny być dobre relacje rodzinne.

Cieszę się, że Pan wspomniał o misji w Afganistanie. Jak doszło do tego wyjazdu?

Pułkownik:
Zacznijmy od tego że to nie był „przydział z urzędu”. Żołnierz dostawał dużą zachętę finansową za zgłoszenie się na ochotnika, bo tylko ochotnicy jeździli. Ale trzeba pamiętać że misje wojskowe w tamtym czasie dopiero raczkowały. Wojsko było mocno zgarnizonowane, a przepisy nieprzystosowane do działań poza granicami kraju. Dostałem zadanie uporządkowania przepisów dotyczących logistyki misji. Początkowo nie wiedziałem, jak się za to zabrać, ale miałem świetny zespół. Krok po kroku tworzyliśmy regulacje, które odpowiadały realnym potrzebom żołnierzy.
W końcu mój przełożony powiedział:
„Słuchaj, jako jedyny w naszej komórce nie byłeś na misji, a tworzysz przepisy o misjach. Musisz tam pojechać, żeby wiedzieć, co działa, a co trzeba poprawić”. To była główna motywacja. Oczywiście, nie da się ukryć, że zachęta finansowa też odegrała rolę. Po powrocie bez kredytu mogłem kupić sobie samochód – to było wtedy nie do pomyślenia dla zwykłego żołnierza. Instrukcja, którą opracowałem, została oficjalnie wydana i bardzo ułatwiła życie żołnierzom na misjach.

Jak długo trwała Pana misja?

Pułkownik:
Standardowo misja trwała 6 miesięcy. W tym czasie odpowiadałem za narodowe wsparcie logistyczne i współpracę ze służbami sojuszniczymi.
Na początku nikt z nas nie był przygotowany do jeżdżenia w konwojach. Dopiero współpraca z Biurem Ochrony Rządu i Wywiadem Wojskowym dała nam praktyczne umiejętności. Byłem odpowiedzialny za bezpieczeństwo konwojów przejeżdżających przez Kabul. Żartowałem po misji, że znam Kabul lepiej niż Warszawę. Nauczyliśmy się wszystkiego w praktyce. Sam brałem udział w konwojach, mimo że mogłem tylko wydawać rozkazy. Dla mnie to było naturalne – oficer powinien dawać przykład, być z żołnierzami. To buduje zaufanie. Młodzi chłopcy muszą mieć odniesienie i wsparcie. Nie można ich wysyłać samych, chowając się za biurkiem. Byłem też odpowiedzialny za przygotowanie ewakuacji ambasady. Organizowałem przetarg na zakup pojazdów pancernych – ostatecznie kupiliśmy je w Zjednoczonych Emiratach. Te pojazdy służyły aż do końca naszej obecności w Afganistanie. Niektórzy żołnierze bali się jeździć – i to było w porządku. Pracowali wtedy na lotnisku, przy rozładunkach. Nie chcieli wyjeżdżać poza bazę i to było akceptowalne.
Największy problem był z zabezpieczeniem medycznym. Miałem lekarza, który powiedział, że nie pojedzie w konwoju. Udało mi się go przekonać – po każdym konwoju robił sobie zdjęcia i mówił:
„Nikt mi nie uwierzy, że mnie Pan zmusił”. Prosiłem, żeby nie używał słowa „zmusił”, tylko że przekonałem.
Zdarzało się, że brałem w konwój ratownika, który już miał wracać do kraju. Moja żona była wtedy wściekła, to był nasz wspólny kolega. Żona przyjaźniła się z jego żoną, a miał wtedy małą córeczkę, stąd złość mojej żony. Powiedziała:
„Jak możesz zabierać chłopaka po misji?”. A ja odpowiadałem: „Jestem z nimi. Nie wysyłam – jadę razem”.

Czy Pana zdaniem misje wojskowe były potrzebne?

Pułkownik:
To są decyzje polityczne – nie żołnierzowi je oceniać. Ale wiem jedno:
misje spowodowały ogromny skok jakościowy w Wojsku Polskim. Zwiększył się poziom taktyczny, operacyjny, indywidualne wyszkolenie żołnierzy. Pojawił się nowoczesny sprzęt. Wyposażenie indywidualne żołnierza przeskoczyło z poziomu bardzo słabego do jednego z najlepszych na świecie. Nawet mundury zaczęto projektować na podstawie doświadczeń z misji. To wszystko nie stałoby się bez realnego działania w warunkach bojowych. Na poligonie żołnierz nigdy nie nauczy się tego, co na misji. Wiele narodów nam zazdrości – zarówno sprzętu, jak i umundurowania. Uzbrojenie to osobny temat – ogromny postęp. Dzięki misjom wzrosła ranga Wojska Polskiego.

Jakie wartości wyniósł Pan z wojska do życia prywatnego?

Pułkownik:
Szacunek do wyższych wartości – ojczyzna, naród, społeczeństwo. Może nie doceniamy ich na co dzień, ale w wojsku nabierają innego wymiaru. Do tego obowiązkowość, punktualność, prawdomówność, słowność, samodzielność, a nawet takie drobiazgi jak umiejętność przyszycia guzika. Tego często nie uczą nawet rodzice. Nauczyłem się też nie znosić spóźnień. Jeśli ktoś coś obieca, to traktuję to jako święte zobowiązanie. Może dlatego ksiądz proboszcz poprosił mnie, żebym zajął się ministrantami. To wymaga organizacji, cierpliwości i umiejętności rozmowy z młodymi ludźmi.

Czy będzie Pan traktował ministrantów jak żołnierzy?

Pułkownik:
Nie! Żołnierz to człowiek, któremu należy się szacunek – nie rozkazami się wszystko załatwia. W wojsku dziś mówi się do żołnierza „pan”, niezależnie od stopnia. Ja zawsze starałem się unikać zwracania się na „ty”. Jeśli już, to tylko wtedy, gdy relacja była wzajemna. Chodzi o godność i szacunek – to podstawa służby. Z ministrantami rozmawia się inaczej, ale też z szacunkiem – wszystko opiera się na perswazji i przekonywaniu.

A jak Pan ocenia stosunek społeczeństwa do wojska?

Pułkownik:
W latach 80. w mundurze w Poznaniu nie czułem się dobrze – było dużo niechęci. Ale później, jako zawodowy żołnierz, nigdy nie spotkałem się z brakiem szacunku. Wręcz przeciwnie – w mundurze człowiek budził zaufanie, zawsze znalazł się ktoś, kto chciał porozmawiać, podziękować. Na Śląsku, skąd pochodzę, w barze nawet nie trzeba było mieć pieniędzy – zawsze ktoś się przysiadł. To bardzo miłe uczucie.

A co z sytuacją na granicy z Białorusią? Przecież przez pewien czas służby mundurowe były atakowane.

Pułkownik:
To nie społeczeństwo zmieniło zdanie, tylko politycy wykreowali taki, a nie inny obraz. Wojsko i służby zawsze cieszyły się szacunkiem. Obecnie znowu podporządkowano wszystko idei obrony ojczyzny. Ale zostawmy już politykę.

Czy widzi Pan przestrzeń do umacniania edukacji wojskowej w gminie?

Pułkownik:
Dlatego właśnie spotkaliśmy się na Dniu Pasjonata. To była świetna inicjatywa – mogłem pokazać plecak ewakuacyjny, sygnały alarmowe i inne podstawy bezpieczeństwa. Młodzi byli zainteresowani. Starsi – mniej. Myślą, że wojna ich nie dotyczy. Ale trzeba do ludzi docierać – systematycznie i cierpliwie. W razie zagrożenia straż pożarna nie będzie wszędzie. Ludzie muszą mieć zapasy i sprzęt. Muszą wiedzieć, co zrobić, gdy zabraknie prądu – a to jest bardzo prawdopodobne w najgorszej sytuacji.

Czy chciałby Pan coś jeszcze dodać na koniec?

Pułkownik:
Coś dodać na koniec…
Za bardzo i za łatwo dajemy się manipulować jako społeczeństwo. Nie wiem czy będzie chciał Pan tego użyć czy nie, ale takie jest moje zdanie.

Skoro to wszystko to bardzo dziękuję Panu za rozmowę. Miejmy nadzieję że do zobaczenia na następnym Peceńskim Dniu Pasjonata.

Pułkownik:
Ja również bardzo dziękuję i do zobaczenia

Pułkownik Karpiński na misji w Afganistanie źródło: archiwum prywatne płk. Romana Karpińskiego
Pułkownik Karpiński na misji w Afganistanie
źródło: archiwum prywatne płk. Romana Karpińskiego
Pułkownik Karpiński na amerykańskim pojeździe opancerzonym źródło: archiwum prywatne płk. Romana Karpińskiego
Pułkownik Karpiński na amerykańskim pojeździe opancerzonym
źródło: archiwum prywatne płk. Romana Karpińskiego
Pułkownik Karpiński z pamiątkowym pistoletem źródło: archiwum prywatne płk. Karpińskiego
Pułkownik Karpiński z pamiątkowym pistoletem
źródło: archiwum prywatne płk. Karpińskiego

Autor Jan Kaczmarek

Sprawdź również

Zbiornik retencyjny w Pecnej - stan obecny

Rusza modernizacja zbiornika retencyjnego w Pecnej

Podpisano umowę na modernizację zbiornika retencyjnego kanalizacji deszczowej w Pecnej przy ul. Różanej. Decyzję o …

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *