Niebezpieczne odpady składowane w magazynach w Wielkiej Wsi (gmina Stęszew) zostały usunięte. Informację o zakończeniu wywozu substancji, które stanowiły zagrożenie dla środowiska i okolicznych mieszkańców, przekazał Wielkopolski Park Narodowy.
Koniec wieloletniego zagrożenia w Wielkiej Wsi
Wielkopolski Park Narodowy poinformował 16 grudnia, że zakończono wywóz ostatnich beczek z niebezpiecznymi substancjami zalegającymi w magazynach w Wielkiej Wsi w gminie Stęszew. Jak przekazano, gmina otrzymała dofinansowanie na usunięcie odpadów, które od lat stanowiły zagrożenie dla ludzi, wód i przyrody, w tym dla położonego w pobliżu Jeziora Wielkowiejskiego. To finał sprawy, o której informowaliśmy już w artykule: Niebezpieczne odpady na terenie otuliny WPN
Park wskazuje, że problem został poruszony 15 maja 2025 roku podczas spotkania dyrekcji WPN z minister klimatu i środowiska Pauliną Hennig-Kloską oraz szefem jej gabinetu politycznego. Choć magazyny znajdowały się poza granicami Parku, w jego otulinie, obecność niebezpiecznych substancji była zagrożeniem dla chronionych ekosystemów. „Dzięki dużemu zaangażowaniu Pani Minister udało się uzyskać środki finansowe z budżetu dotacji celowej na usunięcie odpadów” – poinformował WPN, dodając, że „ostatnia beczka została już wywieziona”.
Od „tykającej bomby” do działania
Skala zagrożenia była znana od lat. Jak informowaliśmy wcześniej, odpady niebezpieczne w Wielkiej Wsi ujawniono już w 2018 roku. Nieznana spółka, która składowała chemikalia w halach magazynowych, przestała istnieć, a jej właściciel został aresztowany. Problem jednak pozostał, przerzucony na samorząd gminy Stęszew.
Senator Jadwiga Rotnicka zwracała uwagę, że „odpady te trafiły do gminy Stęszew bez żadnej decyzji czy zgody”, a w obecnej sytuacji „osoby, które z tego procederu uczyniły źródło dochodu, pozostają bezkarne, a koszt usunięcia odpadów ma ponieść gmina Stęszew”. Podkreślała też, że samorząd nie jest w stanie samodzielnie udźwignąć kosztów utylizacji.
Według ustaleń prokuratury istniało wysokie ryzyko eksplozji i rozprzestrzenienia się substancji trujących. Jak mówiła senator, „sprawa jest pilna”, bo magazyny znajdowały się około 300 metrów od Jeziora Wielkowiejskiego, przez które przepływa Samica niosąca wody dalej do Kanału Mosińskiego i Warty. To bezpośrednio łączyło zagrożenie z obszarem Puszczykowa, Mosiny i innych gmin położonych w dolinie rzek.
Co dokładnie leżało w magazynach
Stan magazynów potwierdzały kontrole Wojewódzkiego Inspektoratu Ochrony Środowiska. Małgorzata Koziarska, zastępca Wielkopolskiego Wojewódzkiego Inspektora Ochrony Środowiska, mówiła, że „beczki 200-litrowe, opakowania typu mauser, pojemniki z tworzyw sztucznych oraz innych znajdowały się na paletach na betonowej posadzce”, a część z nich była ustawiona „na 2–3 warstwach”. Zwracała uwagę, że z pojemników usunięto napisy identyfikujące, w halach unosił się zapach chemikaliów, a w dwóch miejscach stwierdzono wycieki substancji.
Zarzuty przedstawiono trzem osobom, dotyczyły one sprowadzenia bezpośredniego niebezpieczeństwa eksplozji materiałów wybuchowych i rozprzestrzenienia się substancji trujących. Mimo to przez kolejne lata odpady pozostawały na miejscu.
Samorząd bez narzędzi, państwo bez decyzji
W 2019 roku burmistrz Stęszewa Włodzimierz Pinczak nie krył skali problemu. „Żyjemy na tykającej bombie, niebezpiecznej dla mieszkańców i środowiska” – mówił. Jednocześnie brakowało systemowych rozwiązań, które pozwoliłyby szybko i skutecznie reagować w takich sytuacjach.
Do sprawy odnosił się także Wolontariat WPN, wskazując, że „koszt utylizacji jest duży, samorząd Gmina Stęszew tego raczej sam nie udźwignie”, a „lata mijają, beczki rdzewieją”. Wolontariusze pytali wprost, „czy potrzeba kolejnej tragedii, jaką wydarzyła się w związku z zatruciem ekosystemu Odry”.
Ulga, ale i pytania
Zakończenie wywozu odpadów to bez wątpienia dobra wiadomość dla mieszkańców gminy Stęszew oraz sąsiednich gmin, w tym Puszczykowa i Mosiny. Jednocześnie sprawa Wielkiej Wsi pokazuje słabość systemu reagowania na nielegalne składowiska odpadów niebezpiecznych. Odpowiedzialność spada na samorządy, które nie mają ani środków, ani narzędzi prawnych, by szybko rozwiązać problem. Państwowa pomoc pojawia się dopiero po latach. Bez zmian systemowych podobne „tykające bomby” mogą wciąż zbyt długo czekać na reakcję organów.




Gazeta Mosińsko-Puszczykowska


TPN25
A dlaczego WPN nie interesuje się dziką zabudową przy jeziorze Dymaczewskim? To też zagrożenie.