W poprzednim odcinku „Wieści prasowych…” wspomnieliśmy między innymi o coraz dotkliwszych szerzeniu się niemczyzny, z którą stykali się polscy turyści udający się w okolice Mosiny. W tym odcinku zajmiemy się między innymi zjawiskiem, które na łamach ówczesnej polskiej prasy określano mianem „hakatyzmu”. Pojęcie to wywodzi się z powołanej do życia niemieckiej organizacji – Związku Popierania Niemczyzny na Kresach Wschodnich. Powstała 3 listopada 1894 roku w Poznaniu, a w potocznym obiegu określana była mianem „Hakaty”. Było to nawiązanie do pierwszych liter nazwisk trzech głównych założycieli stowarzyszenia: Hansemanna, Kennemanna i Tiedemanna.
Jak zauważył Andrzej Chwalba, Hakata „żyła antypolską fobią, karmiła tym innych, próbowała inspirować władze niemieckie, rząd, samorządy do jeszcze bardziej zdecydowanych kroków skierowanych przeciwko polskiej wspólnocie”1. Do 1914 roku zrzeszała prawie 55 tysięcy członków, głównie urzędników i mieszczan.
Nie będziemy powtarzać opowieści o „hakatyzmie w sanatorium” w Ludwikowie, którą przytoczyliśmy przy okazji omawiania ruchu turystyczno-rozrywkowego w Mosinie i okolicach. Na łamach ówczesnej prasy często pisano o antypolskich działaniach członków Związku wymierzonych w ludność Wielkopolski. W relacji z sierpnia 1899 roku, zatytułowanej „podła taktyka hakatystów”, autor omówił zamieszczoną na łamach „Posener Tabeblatt” korespondencję o „cofaniu się niemczyzny w powiecie śremskim”. Korespondent spod Mosiny relacjonował, iż „w ostatnim czasie wiele gospodarstw przeszło z rąk niemieckich w polskie i to gospodarstwa złożone z niemieckich kolonistów z Badenii, Wirtembergii, Saksonii; nawet od pra-pra-starej (…) niemieckiej osady Krosna wciskają się Polacy i płacą wysokie ceny za ziemię, byle Niemców z niej wysadzić”2. Hakatyści apelowali, by niemiecka Komisja Kolonizacyjna podjęła bardziej stanowcze działania, by nie dopuścić do wykupywania niemieckiej ziemi przez Polaków. Notatka kończy się dosadnym komentarzem, podsumowującym taktykę zamieszkujących okolice Mosiny Niemców: „sami sobie w biedzie rady dać nie mogą i oglądają się na kasy rządowe lub innych pionierów kultury niemieckiej. Gdzie chodzi o kieszeń, tam ich choć mało, ale za to wrzask robią niesłychany”3. Wspomniana Komisja Kolonizacyjna została powołana do życia w roku 1886, a do jej głównych zadań należało przeciwdziałanie repolonizacji miast, osłabianie finansowe polskiego ziemiaństwa oraz ułatwienie ekspansji niemieckiej kultury w polskich miasteczkach i wsiach. W tym celu otrzymywała ona od pruskiego rządu pokaźne środki pieniężne na wykup polskiej ziemi w celu tworzenia niemieckich osad, zwłaszcza na obszarach zdominowanych przez ludność polską4.
Nie zawsze „walka o ziemię” była w Mosinie i okolicach wygrywana przez Polaków. Do najlepszych przykładów można zaliczyć negatywnie oceniony przez ówczesną opinię publiczną nabycie sporego kawału „pięknego gruntu” przez doktora Arlta – właściciela domu zwanego do dzisiaj „Kokotkiem”. Niemiec na zakupionym od pana Jaskólskiego w 1905 roku gruncie miał założyć ogród, co zostało krótko i dosadnie skwitowane: „Oj, źle”5. Pojawił się także dłuższy komentarz do całej sprawy: „pomiędzy tutejszymi polskimi obywatelami panuje stąd wielki żal, że p. Jaskólski tak sobie postąpił, tym więcej, że ten pan nam tu przoduje w naszych sprawach polskich. Jest prezesem Tow[arzystwa] Przemysłowego, należy do komitetu wyborczego, za co go też wielce szanujemy, iż tak się zajmuje naszymi sprawami. Lecz stąd żal tym większy w sercach naszych powstaje, że taki właśnie obywatel w dzisiejszych czasach pozbywa się polskiej ziemi, znajdującej się w dobrym miejscu” 6. Sprawy kupowania polskiej ziemi przez Niemców traktowane były przez opinię publiczną bardzo poważnie, czego świadectwem był kolejny przykład związany z Mosiną – tym razem za sprawą Teodora Stefanowicza, członka rady nadzorczej miejscowego Banku Ludowego7. W 1905 roku miał on „zaprzepaścić 40 mórg gruntu i łąkę”, którą nabył Niemiec nazwiskiem Heinrich. Następnie w roku 1908 sprzedał kolejne 25 mórg ziemi „najlepszej jakości” i to za niską cenę 600 marek za morgę, na której miała zostać ustanowiona kolonia niemiecka. Za te „występki” został on nazwany „sprzedawczykiem z Mosiny”8. Sprzedaży miał dokonać za namową żony, która przekonywała go, że „Polacy nie mają pieniędzy”. Komentatorowi prasowemu wydało się to bardzo podejrzane, skoro Stefanowicz zasiadał w radzie nadzorczej mosińskiego Banku Ludowego, do zadań którego należało między innymi finansowe wspieranie polskich inicjatyw gospodarczych. Na końcu korespondent dodał: „Z bólem serca muszę jeszcze dodać, że wuj p. St[efanowicza] był biskupem poznańskim, gdyby on z grobu powstał, kazał by się pewno ukamienować, niż widzieć ziemię zaprzepaszczoną”9. Wujem tym był naturalnie żyjący w latach 1801-1871, pochodzący z Mosiny biskup Franciszek Stefanowicz.
Nie wiemy, kto jeszcze zasłużył na miano kolejnego mosińskiego „sprzedawczyka” – wymieniono go w innej relacji prasowej z 1908 roku w następującym kontekście: „zaprzepaścił kilkanaście mórg najlepszej ziemi, na której osadzą kolonistów robotników, aby naszych z tutejszych cegielni wyprzeć i którzy będą zmuszeni szukać pracy w Westfalii i Nadrenii. Czy ów pan myśli, że koloniści, którzy do nas przypędzą, będą uczęszczać do jego restauracji? Bardzo wątpię”10. Możliwe, że również chodziło o Teodora Stefanowicza, który dysponował w Mosinie własnym lokalem. W lipcu 1906 roku udało się z kolei wygrać Polakom jedno ze starć z hakatyzmem – żydowski właściciel apteki w Mosinie sprzedał swój interes Polakowi Ewertowi z Poznania mimo, iż miał obiecać sprzedaż interesu w ręce niemieckie. Zostało to skwitowane w następujący sposób: „Hakatyści ryją i minują na wszystkie strony, aby Polakom tylko egzystencję podkopywać, a potem się gniewają w „Tegeblacie” [tj. w gazecie „Posener Tageblatt” – przyp. moje], gdy im się sztuczka nie uda. Przecież Polacy także chcą żyć, a nie na pomoc rządową jak Niemcy liczyć nie mogą, gdyż najmniejszy zarobek bywa im odbierany”11. Z hakatystami walczono także poprzez humor i groteskowe przedstawianie ich działalności. Jako przykład można podać krótką notatkę prasową z 1901 roku, która dotyczyła sprawy zgoła banalnej. Otóż mosiński ksiądz Ludwik Robowski miał przesłać metrykę kościelną do jednego z polskich robotników pracujących na obczyźnie. Wpadła ona w ręce „jakiegoś hakatysty”, który miał uznać, że została zapisana w języku polskim mimo, iż zgodnie z ówczesnymi zasadami prowadzenia ksiąg parafialnych, sporządzono ją po łacinie. Fakt banalnej pomyłki skwitowano dosadnie: „znana bowiem rzecz, że mądrością hakatyści się nie odznaczają”12.

Na celowniku poznańskiego dziennika „Postęp”, który z gorliwością opisywał wszelkie objawy germanizacji i hakatyzmu, znalazł się mosiński proboszcz, ksiądz Erazm Kałkowski. Z okazji Świąt Bożego Narodzenia 1902 roku miał on z kazalnicy ogłosić, że jedno z nabożeństw o godzinie 10:00 miało się odbyć ze śpiewem i kazaniem w języku niemieckim. „Po tym przemówieniu ks. proboszcza zrobiło się w kościele wielkie poruszenie, gdyż jak Mosina stara, nie było niemieckiego śpiewu ani niemieckiego kazania, zwłaszcza przy tak wielkiej uroczystości”. Następnie autor krótkiego podania skwitował: „tak to coraz więcej wkracza germanizacja do naszych świątyń”13. W następnym wydaniu czasopisma zdementowano jednak przedwcześnie podaną informację: nabożeństwo w Boże Narodzenia miało się odbyć bez niemieckiego śpiewu. Został on faktycznie zapowiedziany przez księdza proboszcza, ale według prasy, miał zostać „źle poinformowany”. Dodatkowo podano, iż „kazania niemieckie odbywają się już od 10 lat cztery razy w roku”14. Nie podano powodów głoszenia kazań w języku zaborcy – prawdopodobnie wynikało to z faktu, że parafia w 1885 roku liczyła 40 Niemców wyznania katolickiego15 i stan ten mógł wyglądać podobnie w roku 1902.
Niecałe trzy lata później doszło do kolejnego „skandalu” z udziałem mosińskiego proboszcza, który został skwitowany na łamach „Postępu”, iż „źle się dzieje w Mosinie”16. Sprawa dotyczyła pogrzebu nauczyciela miejscowej szkoły katolickiej, Alojzego Kirschsteina17, który odbył się 20 maja 1905 roku. Sam fakt pochowania w Mosinie osoby pochodzenia niemieckiego nie był powodem oburzenia poznańskiej prasy – nauczyciel miał być sprawiedliwy i dobry dla polskich dzieci, o czym świadczyła liczna obecność Polaków na pogrzebie belfra. Wątpliwości i głosy sprzeciwu wzbudziło doniesienie, iż w kondukcie pogrzebowym maszerowało niemieckie towarzystwo Landwehr-Verein z chorągwią i orkiestrą, która miała rzekomo przygrywać więcej utworów marszowych, „niemiecko-protestanckich”, niźli pieśni kościelnych. „A tym bardziej dziwnym nam było, gdy muzyka weszła na cmentarz i przez pewien czas jeszcze grała i chorągiew >>Landwehrverein<< na święconym miejscu stała”18 – relacjonowano na łamach prasy. Po samej ceremonii niemieckie piosenki mieli śpiewać Niemcy i Żydzi pod batutą kantora z ewangelickiego zboru w Krośnie. Autor publikacji prasowej nie krył oburzenia: „tego żeśmy się nie spodziewali od księdza Polaka, ażeby na takie manifestacje innowiercze zezwolił, które nawet sam Kościół zabrania”19. Kilka dni później odpowiedzi na stawiane na łamach „Postępu” zarzuty udzielił sam ksiądz proboszcz Erazm Kałkowski. Zauważył on, iż „cmentarz nie jest przeznaczonym dla narodowości jakiejkolwiek wyłącznie, lecz dla wyznania religijnego”, a śpiewane pieśni były „pod względem religijnym” zupełnie neutralne, zawierające „myśli na tle rozważania o śmierci”20. Bronił się także przed zarzutem, jakoby pogrzeb ten miał być „manifestacją innowierczą” – śpiewali również katolicy, a wykonywane utwory miały mieć ściśle religijny charakter. Ksiądz Kałkowski w swojej odpowiedzi zaznaczył, że nie zezwolił na wejście z chorągwią na teren cmentarza i na terenie nekropolii nie widział ludzi maszerujących ze sztandarem. Dodał jednak, że „choćbym był zauważył, to nie byłbym jednak z tego powodu przy tak ważnym i smutnym obrzędzie wszczynał rozpraw niemiłych i nie na miejscu”21. Trudno rozstrzygnąć, czy mosiński pleban został oskarżony z powodu nadgorliwości tropicieli wszelkich objawów germanizmu, czy może faktycznie jego postawa była dla Polaków nie do końca czytelna.

25 marca 1906 w Mosinie miał odbyć się niemiecki festyn, w którym ku oburzeniu poznańskiego „Postępu”, brać mieli udział także Polacy. Tylko 10 domów miało nieoświetlone okna, a w pozostałych miały palić się świece, w tym niektóre były ozdobione niemieckimi dekoracjami. Autor relacji ubolewał nad brakiem solidaryzmu w dobie narodowego i gospodarczego ucisku ze strony zaborcy: „czy to nie smutne, byśmy Polacy okazywali przy takich niemieckich festynach przychylność tym, co nas na każdym kroku bojkotują? Którzy tylko pragną byśmy zmarnieli?”22. W relacji z Mosiny skarżono się także na to, że miejscowa ludność nie realizowała rozpowszechnionego wtedy postulatu „swój do swego po swoje”, czyli popierania przez Polaków rodzimego handlu i rzemiosła. Zamiast tego mosinianie mieli chętnie kupować towary „u Niemca i Żyda”, do czego przyczyniała się zwłaszcza lokalna inteligencja, ochoczą chadzająca do żydowskiej gospody. Autor podania apelował: „wzywam was wszystkich Polaków w Mosinie, poprawcie się nareszcie i wykorzeńcie w sobie te wasze błędy, nie chodźcie na niemieckie festyny, na żydowskie przedstawienia i tańce, popierajcie swoich, a będzie nam lepiej Polakom”23. Także w maju 1906 roku pojawił się jeszcze jeden krótki, choć wymowny komunikat prasowy, opisujący zaprzestanie nauczania religii w języku polskim w czterech wyższych klasach szkoły katolickiej w Mosinie. Autor podanie kwitował na łamach „Wielkopolanina”: „a panowie obywatele nie protestują przeciwko tym ukazom – czy im kultura pruska tak zasmakowała?”24. Dwa lata później nadal dostrzegano, że hasło „swój do swego po swoje” było w Mosinie słabo praktykowane – tym razem zwrócono uwagę na gospodynie, które robiły zakupy „nie tam, gdzie trzeba”. Autor podania napominał mieszkanki Mosiny i okolic: „a więc pamiętajcie panie gospodynie, że każdy fenig zaniesiony niepotrzebnie do obcych, już nigdy nie powróci do nas, a gdy nas wywłaszczą, to ziemie i pieniądze będą mieć nasi wrogowie, a na nas będą pokazywać palcami i nas wyzywać”25.

W poprzednim odcinku „Wieści prasowych…” zwróciliśmy uwagę na powołany w 1911 roku pod auspicjami niemieckiego Ministerstwa Wojny Związek Młodych Niemiec (niem. Jungdeutschland-Bund). Celem Związku miało być krzewienie kultury fizycznej, ducha walki oraz miłości do Niemiec. Już rok po jego założeniu na łamach prasy przestrzegano przed rosnącą popularnością Związku w Mosinie i okolicach, także wśród ludności polskiej: „codziennie prawie widać, jak młódź szkolna uzbrojona w długie kije, z opaskami na ramionach ciągnie za miasto śpiewając niemieckie piosenki; rodzice polscy jakoś obojętnie się temu przyglądają”26. Z niepokojem dostrzegano, że miejscowa ludność bagatelizować miała rosnącą popularność zabaw organizowanych przez Związek, co miało powodować „niemczenie się młodzieży”. Chłopcy chadzać mieli po szkole na tak zwane „godziny zabaw” lub „manewry” – także nauczyciele szkoły katolickiej mieli je popierać, dopuszczając do nich również w godzinach przeznaczonych na uczestnictwo w niedzielnej Mszy świętej27. Apelowano do polskich rodziców o zdecydowane przeciwdziałanie temu kierowanemu przez niemieckie państwo procesowi: „czas najwyższy zabrać się do pracy na niwie narodowej; gdyż jeżeli z tą obojętnością dalej przyglądać się będziemy wszystkiemu bezczynnie, to naprawdę sami sobie grób wykopiemy”28.
Przedstawione przykłady mogą świadczyć o pewnej bierności mosinian w obliczu naporu hakatyzmu, niemieckiej kolonizacji oraz gospodarczego ucisku. Zdajemy sobie sprawę, że może nie być to pełny obraz historycznej rzeczywistości, ponieważ przedstawiono go głównie na bazie relacji prasowych z epoki. Publicystyka ta pochodziła z samego pola najcięższej bitwy „najdłuższej wojny nowoczesnej Europy”, by odwołać się do tytułu serialu Jerzego Sztwiertni na temat oporu Polaków wobec germanizacji Wielkopolski. Jak powiedział amerykański polityk Hiram Johnson: „pierwszą ofiarą wojny jest prawda”. Kto wie, czy w ferworze walki z germanizmem, prowadzonej żywo na łamach poznańskiej prasy, zapomniano o prawdzie w kontekście opisywaniu postawy mieszkańców Mosiny w omawianej epoce.
Wojciech Czeski
1 A. Chwalba, Historia Polski 1795-1918, Kraków 2000, s. 458.
2 „Wielkopolanin”, 20.08.1899, R. 17, nr 189.
3 Tamże.
4 A. Chwalba, Historia…, s. 461.
5 „Przyjaciel Ludu: najstarsze i najtańsze pismo codzienne dla ludu polskiego”, 30.03.1905, R. 45, nr 38.
6 „Postęp”, 31.03.1905, R. 16, nr 74.
7 „Postęp”, 05.08.1907, R. 18, nr 106.
8 „Postęp”, 26.05.1908, R. 19, nr 122.
9 Tamże.
10 „Wielkopolanin”, 10.06.1908, R. 26, nr 132.
11 „Postęp”, 19.07.1906, R. 17, nr 162.
12 „Postęp” 24.07.1901, R. 12, nr 167.
13 „Postęp”, 24.12.1902, R. 13, nr 295.
14 „Postęp”, 25.12.1902, R. 13, nr 296 dodatek.
15 Archiwum Państwowe w Poznaniu, Ausführung der Kirchengesetze vom 11 Mai 1873 pp., Akta miasta Mosina (pow. poznański), sygnatura 53/4384/0/1.6/133, k. 29.
16 „Postęp”, 24.05.1905, R. 16, nr 118.
17 Archiwum Państwowe w Poznaniu, Urząd Stanu Cywilnego Mosina (pow. poznański), Księga zgonów (1905), sygnatura 53/1904/0/3/189, k. 45.
18 „Postęp”, 24.05.1905, R. 16, nr 118.
19 Tamże.
20 „Postęp”, 28.05.1905, R. 16, nr 122.
21 Tamże.
22 „Postęp”, 29.03.1906, R. 17, nr 72.
23 Tamże.
24 „Wielkopolanin”, 16.05.1906, R. 24, nr 111.
25 „Wielkopolanin”, 10.06.1908, R. 26, nr 132.
26 „Orędownik: najstarsze ludowe pismo narodowe i katolickie w Wielkopolsce”, 05.11.1912, R. 42, nr 253.
27 „Postęp”, 27.11.1912, R. 23, nr 271.
28 Tamże.
Gazeta Mosińsko-Puszczykowska


Mnie z kolei ciekawi, czy w materiałach źródłowych z tamtego okresu (oficjalne dokumenty, pamiętniki czy wzmianki w prasie itp) są dowody na potwierdzenie (lub podważenie) pojawiającej się tu o ówdzie tezy, że niektórzy z obecnych członków Gminnej komisji rozwiązywania problemów alkoholowych właśnie w tamtych czasach rozpoczęli swoje kadencje w tym szacownym i szanowanym gremium.
Na pierwszy rzut oka wydaje się to niemożliwe, ale z drugiej strony nie takie rzeczy ten świat już widział…
Kochaniutki,
gdybyś Ty wiedział, ile ja się tych zarządzeń w swoim życiu podpisałam, to byś już więcej nie pytał o początki tej czy innej komisji.
Czy oni tam są od zawsze? Dokumenty by pewnie coś powiedziały, ale powiedzmy sobie szczerze — są nazwiska, które widziałam częściej niż własny podpis.
A sama komisja? Spotkania, opinie, programy profilaktyczne — wszystko jak należy. Przynajmniej na papierze zawsze się zgadzało, a papier, jak wiadomo, przyjmie wszystko.
A nieoficjalnie? Powiem tak — więcej konkretów to ja słyszałam między półkami w Sinsay w Mosinie i na targowisku niż przy niejednym stole urzędowym. Jedno spotkanie podobno elegancko, stacjonarnie, a drugie… no cóż, krążą różne opowieści o formach bardziej „elastycznych” – coś w stylu „tour de komisja” czerwona strzała.
Najważniejsze, że dieta się zgadza — około 1200 zł miesięcznie na konto wpada, i to regularnie. A jak pieniądz się zgadza, to i frekwencja… w dokumentach też się zgadza.
I tak to się kręci, kochaniutki — profilaktyka pełną parą
Ja bym to rozwiązał prosto — niech wystawiają fakturę i po temacie.
Wszystko elegancko, przejrzyście i pięknie zaksięgowane.
No chyba że działają w systemie „zeszytowym” — zapis na kartkę, jak to bywa u mnie i w wielu innych miejscach
A jeśli roczne obroty nie przekraczają 20 000 zł, to przecież można to spokojnie podciągnąć pod drobną działalność — niskie przychody, uproszczone podejście… coś w dobrze znanym klimacie.
Cieszy mnie bardzo, że oprócz pakietów deregulacyjnych i „optymalizujacych” nad którymi pracuje mój zespół wspólnie z rządem Tonalda Duska pojawia się taka oddolna inicjatywa.
Jak widać, nie trzeba ustaw, żeby sobie lepiej radzić w ciężkich czasach kapitalizmu.
Poprzez liczne „ataki hakerskie” oraz kontrole NIK poznikały dokumenty, miedzy innymi te które dotyczyły gminnej komisji spraw przeciwko alkoholowi, a co gorsza – wydanych WZ w naszej gminie…
To duży kłopot, ponieważ prawie wszystko zgineło…
Podobno najwięcej dokumentów ginie przy zmianie władzy – burmistrza…
Krążą też lokalne opowieści o tzw. „trupach z szaf” — choć coraz częściej mówi się, że to już nie szafy, tylko całe regały. Podobno niektóre dokumenty same wyskakują i uciekają, zanim ktokolwiek zdąży je przeczytać.
Chcę powiedzieć tylko tyle, że jako mieszkanka gminy Mosina bardzo się cieszę z wysokiego poziomu publikowanych artykułów.
Naprawdę chylę czoła!
Porównując komentarze, które tutaj padają — muszę przyznać, że taka jest prawda. Ma to nawet swoje uzasadnienie w Strategii Rozwoju Gminy Mosina do 2034 roku, którą przeczytałam od dechy do dechy.
Usłyszałam w mobilnym punkcie urzędu o cudownej inwestycji — chyba w Krajkowie, o ile się nie mylę!
Oby ta piękna i ogromna inwestycja w lasach i polach koło stadniny rzeczywiście się ziściła — z przyjemnością wybiorę się tam wtedy na wypoczynek!
Wieczny odpoczynek? Chyba od biznes-meneli tej gminie racz dać Panie!
Słuchajcie jak już występujecie o WZ do burmistrza to zadbajcie o słupy. Nie słupy z prądem tylko słupy takie co podstawicie go, że w razie czego to na niego wszystko będzie. Ja znalazłem takiego jednego. Na imię miał Wiązar Waldemarski. Przebojowy chłopak. Zawsze uśmiechnięty, miał ten błysk w oku. Dziewczyny z rady gminy mówiły, że szarmancki, no i wiecie taki… ehhh, aż się zarumieniło moje indycze lico. Dbał o rodzinę i o zwierzęta leśne. Złoto człowiek!
Fajny chłopak, ale był w potrzebie. Było goły. Goły i wesoły. Nie miał prawie nic. Pracował za jakieś psie gorsze w kopalni. Wiecie to jest ciężka fizyczna praca. I ja mam szacunek dla takich ludzi. Postanowiłem mu pomóc.
Nasz miłośnik lasu sosnowego i górnik czołowy zarazem miał hektarowe pole w Dymaczewie na skarpie. Kupił je za psie pieniądze od innego radnego, bo temu Sofia Pringles nie chciała dać WZ. Bo Sofia to kobieta z klasą była. Prądu, wody, nie było na działce, droga jakaś stroma i niemożliwa do jazdy. To WZ nie dostał.
Wtedy pojawił się mój pupil. Jednym błyskiem oka zwiódł na manowce Wielkiego natenczas Czytacza Biblii, który rządził magistratem razem ze swoim zastępcą Tukowiakiem i dostał WZ na dom tam, gdzie nikt inny by nie dostał WZ.
I słuchajcie tego, ja od tego górnika i miłośnika lasu sosnowego te działkę potem kupiłem za półtorej miliona. I tam sobie gniazdko indycze uwiję. Gul gul gul
Gul gul gul a jeszcze coś wam powiem. Ta działka leży w otulinie Wielkopolskiego Parku Narodowego. Mój słup był miłośnikiem przyrody, dba l o dobrostan zwierząt w sosnowym lesie to potem przyrodnicy z WPN się mu odwdzięczyli i przy wydawaniu WZ w otulinie nie protestowali.
Morał z tego taki: bądźcie dobrzy dla zwierząt. Pomagajcie im, karmcie, nie krzywdźcie i nie zabijajcie.
Gul gul gul dla Indyka Wielko-postnego też bądźcie dobrzy :-)
Czytacz pisma w gustowną komeżkę odziany być musi.
Trzytacz ma pseudo : Dziki
Ehh Mominik, widać że zdecydowanie na wyrost niektórzy nadają Ci pieszczotliwy pseudonim Młody Pieloch. Jeszcze wiele nauki przed Tobą.
Ty sie teraz dziwisz gdzie są papiery i kto tam włożył te wszystkie trupy. A ja pamiętam ten wieczór, noc i poniedziałkowy poranek po referendum… co to była za akcja to ja nie moge.
Gdyby nie zapas zużytego oleju z ZUKowskich śmieciarek (dzięki Konika!) do smarowania niszczarek to byśmy je zajechali jeszcze przed północą. Potem odpaliliśmy piece, klasyczne kopciuchy które służą do dzis zresztą. Ludzie sie cieszyli, ze ten dym to na znak wyboru nowego burmistrza… Do dzis mnie to śmieszy…
A atak hakerski? No chyba wiesz, kto zatrudniał ludzi, których postanowiłeś zostawić na stanowiskach.
Oczywiście to wszystko żarty, zreszta sam wiesz jak było i jak jest.
Zatroskany o losy gminy i korzystając że dzis Niedziela Halmowo-Pandlowa postanowiłem zasięgnąć języka, czy też bardziej nadstawić uszu w swoim mateczniku i zastosować tzw. odwróconą spowiedź, czyli zamienić sie rolami z Psiędzem Kroboszczem.
Bo kto wie więcej o swoich owieczkach niż on? Co prawda w trakcie się przejęzyczył bo nazwał wiernych baranami, ale do rzeczy.
Podobno sytuacja przewodniczącego Rady Memowita Zaląga robi się niepewna, niektórzy zarzucają mu zbyt demokratyczne prowadzenie sesji i dopuszczanie do pytań, które są niepotrzebne. Co przytomniejsi radni próbują nawet składać wnioski formalne o zakończenie dyskusji, pozostałym też to nie w smak bo musza dlużej kiblować w MOKu.
Na jednej z ostatnich sesji, a dokładnie w przerwie, szefowa Komisji Budżetu konsultowała wniosek o jego odwołanie przy stoliku z kanapkami z Cebulą i salcesonem. Ostatecznie odpuściła, przynajmniej na razie.
Inna sprawa to sytuacja w klubach radnych, szczególnie w klubie burmistrza, czyli tzw. OdNodze, ale tutaj jeszcze muszę dopytać Psiędza Kroboszcza, żeby nie wprowadzać w błąd. Może po dzisiejszym Misterium będzie okazja pogaworzyć chwilę w zakrystii…
Człowieku, tu nie trzeba żadnych ceregieli ani rozmow w zakrystii, Te czasy minęły.
Wystarczy chociaż z grubsza obserwować sesję, komisje czy inne ogólne dostępne źródła zeby dojść do tych samych wniosków.
Czy na sesji mówi się, że Mominiak Dichalak już przebił Mrzemysława Pielocha w destrukcji Mosińskiego urzędu? Referat inwestycji przestał istnieć dwa lata po objęciu władzy. Za to karuzela etatów kręci się w najlepsze. Poziom zatrudnienia sięgnął 140 osób. Zdaję się że Mominik notorycznie wbijał Pielochowi szple na sesji z tego samego powodu. Wesoło mamy w tym mosińskim grajdołku. Wróbelki też ćwierkają, że konkursy są jakieś takie podejrzane ;) doświadczenie procentuje.
Nie rozśmieszaj mnie, chyba przy tych kanapkach mówią co najwyżej skoro sa niekturzy jeszcze nie zabrali głosu a zaraz będzie 2 lata jak tam urzędują
Niestety sprawdza się stare porzekadło — cytuję:
„Rewolucja pożera własne dzieci”.
Ehh… coś o tym wiem. Mój znajomy (bo kumplami raczej nie możemy się nazwać) Andy też coś o tym wie…
On to był nawet bardziej twórczy — wymyślił coś na kształt gazetki, z większymi literami, żeby każdy, nawet bez okularów, mógł coś niecoś przeczytać o Pielochu i o wszystkim, co się działo…
Jak to na targowisku usłyszałem: „Pucz” jako tako się udał, ale prawda jest taka, że nie wszystko było do końca prawdą… Ale o tym może innym razem.
Mnie się wydaje, że największe problemy mogą się dopiero zacząć…
Mam tu na myśli Plan Ogólny, który trzeba wprowadzić i uchwalić w każdej gminie i mieście do końca sierpnia.
Spacerowałem sobie w sobotę nieopodal targowiska, wzdłuż ulicy Farbiarskiej i powiem Wam szczerze… sam zacząłem się tym wszystkim poważnie niepokoić, co to będzie i jak to będzie….
Hmmm, wpisy trochę tajemnicze i jakby zapowiadające ciąg dalszy?
Nie wiem jak inni, ale ja bym chętnie poznała takie smaczki z tamtych czasów, pewnie jest niewielu takich co wie wystarczająco dużo…
No nic, pozostaje czekać.
WZ-ka jest dla każdego obowiązkowa!!! Bez tego nie będzie Złotej Patelni! Do jasnej anielki!!!
https://www.youtube.com/watch?v=ozo2yeBI0xE