Redakcja GMP | sobota, 31 Maj, 2014 |

Z Mosiny na Polską Stację Antarktyczną cz.6

Mieszkaniec Mosiny – Emil Kasprzyk (rocznik 1985, absolwent Politechniki Poznańskiej – automatyk) jest jednym z uczestników polskiej wyprawy antarktycznej. Od 21 września br. bierze udział w 38. wyprawie na Antarktydę. Jego głównym zadaniem w Polskiej Stacji Arktycznej im. Henryka Arctowskiego jest utrzymywanie komunikacji stacji z resztą świata.

Cieśnina Bransfielda to cieśnina oddzielająca archipelag Szetlandów Południowych od półwyspu Antarktycznego, o średniej szerokości 110 km i długości 280 km. Z dna cieśniny wznoszą się dwie góry wulkaniczne. Jedna okresowo czynna, Deception Island i druga – Bridgeman Island.

PTS na tle statku podczas przeładunku

PTS na tle statku podczas przeładunku

Kwiecień rozpoczął się tym samym, co marzec, a zakończył wyczekiwaniem i trochę małą nerwówką, bo nikt nie wiedział, kiedy będzie statek Polar Pionee. Dopiero na początku miesiąca, gdzieś koło 3 – go, dostaliśmy potwierdzenie od kapitana statku: „Będziemy o 8 rano, jeśli pogoda pozwoli. Bądźcie gotowi”. Wtedy wszystko okazało się jasne. Mieliśmy jeszcze kilka dni na to, aby pożegnać się z letnikami. W pierwszą niedzielę miesiąca zrobiliśmy sobie małe pożegnanie. We wtorek okazało się, że jednak statek będzie 9 kwietnia, bo pogoda pokrzyżowała plany. Ale już w nocy z 8 na 9 kwietnia pojawił się Polar Pioneer i umówiliśmy się, że zaczynamy przeładunek o 9 rano. Tuż po przyspieszonym śniadaniu zabraliśmy się do pracy. Każdy dostał swoje zadanie do wykonania. Trzy osoby na PTS, trochę na ląd do ładowania, kilka osób już na statek i dwie osoby do Zodiaka, żeby obstawiać PTS – do czego zostałem wybrany. W ciągu czterech godzin załadowaliśmy cały sprzęt, śmieci, bagaże wcześniejszej wyprawy, próbki i wiele, wiele sprzętu na pokład statku. W międzyczasie na naszą stację zeszła grupa osób z ukraińskiej stacji “Vernadsky“, która jest obsługiwana przez tę samą firmę, która nas obsługuj (ze swojej stacji byli zabrani przed dwoma dniami). Na koniec jeszcze szybkie pożegnanie z letnikami na statku i załogą Polar Pioneer’a. I zostało nas już tylko siedmiu. Przez następnych kilka miesięcy będziemy pilnować stacji. Wróciliśmy na ląd, cały sprzęt pochowaliśmy do hal. Wracając do głównego budynku, widzieliśmy odpływający statek. Od tego momentu wyraźnie czuło się pustkę na stacji, jednak bardzo szybko ją wypełniliśmy! Polar Pioneer dostarczył nam świeżą żywność. Niestety, prawie wszystkie świeże warzywa nadawały się do wyrzucenia, a tak na smak „nowalijek” liczyliśmy… Cóż, czas bez świeżych warzyw wydłuży się do listopada. Żeby nie męczyć się w małych, ciasnych pokoikach stacji, zaanektowaliśmy sobie po drugim pokoju z przeznaczeniem na szafy. Prawie każdy ma dwa pokoje, a co za tym idzie, o wiele więcej miejsca, co tutaj jest jednym z największych utrapień. Pokoje mają powierzchnię mniejszą niż 5 m2, wygodne łóżko, szafki i biurko. Dodając do tego krzesło, miejsca na egzystencję nie ma za wiele, a każdy z nas wziął bardzo dużą ilość rzeczy i różnego rodzaju sprzęt. Dodatkowe miejsce na przechowywanie tego typu rzeczy jest bardzo dobre i daje więcej przestrzeni do życia.

Grupa zimująca

Grupa zimująca

Wyjazd letników wiązał się jeszcze z jedną największą zmianą, od tej pory nie mamy kucharza na stacji. Wszystkie posiłki teraz przygotowywać będzie dyżurny, który zmienia się każdego dnia. Wychodzi na to, że raz na tydzień każda osoba ma dyżur. Trzeba testować swoje zdolności kucharskie (lub ich brak) na kolegach… Na statku poza warzywami w pakunkach były też rzeczy niezbędne do napraw na stacji. Te rozpoczęliśmy od razu jak tylko pozwoliła pogoda. 15 kwietnia przyroda zrobiła nam następną niespodziankę. Po krótkim okresie wietrznym, pogoda się uspokoiła, a bezchmurne niebo pozwoliło nam na oglądanie w pełnej krasie całkowite zaćmienie księżyca.

Lodowiec

Lodowiec

Późniejszy okres był już czasem przygotowywania Świąt Wielkanocnych. Małe porządki, trochę więcej w kuchni i nawet się nie obejrzeliśmy jak nadeszły. Dzień przed Świętami zasypało nas śniegiem i mieliśmy białe Święta Wielkiej Nocy. W sobotę wielkanocną, późnym wieczorem udaliśmy się do kapliczki koło latarni ze święconką. Zaprosiliśmy również naszych przyjaciół z brazylijskiej stacji, jednak mieli już inne plany – płynęli na argentyńską stację Carlini, więc ich odwiedziny przesunęliśmy na inny termin. W pierwszy i drugi dzień świąt pogoda nas rozpieszczała, dlatego w większości spędziliśmy je na nartach lub próbując swoich sił wspinaczkowych w pobliżu stacji. Już od dłuższego czasu dni się robią coraz krótsze i okazji do pobytu na powietrzu nie ma aż tak dużo. Tuż po świętach, jak pogoda pozwoliła, zrobiliśmy monitoring na Demey’u. Niestety, monitoring jest coraz trudniejszy ze względu na pogodę. Coraz rzadziej udaje się wypłynąć na zatokę pontonami, a ilość śniegu jest za mała, żeby udać się skuterami śnieżnymi. Jak na początek jesieni, pogoda jest dość dziwna. Wyobrażałem sobie, że po zakończeniu lata przysypie nas śniegiem. Pomijając kilka mocniejszych opadów śniegu, większość opadów w kwietniu to był deszcz, który od razu topił cały leżący śnieg. Temperatury utrzymywały się mocno powyżej 0 stopni. Czasem, gdy wiatr miał kierunek od strony Ameryki Południowej, temperatura dochodziła nawet do +6 stopni Celsjusza.

Wschód słońca widziany ze stacji

Wschód słońca widziany ze stacji

Zatoka zalana chmurami

Zatoka zalana chmurami

Jednak przyroda bardzo się zmieniła z końcem lata. Nie ma już z nami pingwinów, tuż za nimi jako dobrzy i źli towarzysze wyruszyły wydrzyki. Na koniec miesiąca zostały już tylko pojedyncze sztuki, próbujące coś wyżebrać z naszej kuchni, co im się nie udawało, bo bardzo trudno zmienić kilkuletnie przyzwyczajenia ptaków. Słoni morskich już dawno nie ma, odpłynęły. Pozostały jeszcze tylko nieliczne uchatki, co jakiś czas kładą się w okolicy stacji i delikatnie warcząc, dają znak o swojej obecności. Z miejsca jeszcze nie ruszyły się petrele. Ich młode jeszcze nie umieją latać, dla nich czas na długą podróż w cieplejsze regiony dopiero nadejdzie.. Ale za to pojawiły się nowe zwierzaki – pochwodzioby – małe białe ptaszki, wyglądające jak krzyżówka gołębia z kurą. Kilka sztuk pojawiło się w okolicach stacji. Siadają na dachach i patrzą, co się u nas dzieje. Nie czują strachu przed nami, ciekawie zaglądają, jakby zastanawiały się, co ludzie tutaj porabiają. Aż trudno uwierzyć, ale to będą nasi nieliczni towarzysze przez całą zimę. A nasi towarzysze na Polar Pioneerze już dawno są po wizycie w Argentynie, i zmierzają w stronę domu…

Emil Kasprzyk

VN:F [1.9.22_1171]
Ocena artykułu: 7.6/10 (Głosujących: 26)
Z Mosiny na Polską Stację Antarktyczną cz.6, 7.6 out of 10 based on 26 ratings

Redakcja GMP

Autor: Redakcja Gazety Mosińsko-Puszczykowskiej.

Skomentuj