Elżbieta Bylczyńska | piątek, 2 Mar, 2012 | 1 Komentarz

Stonki nie zrzucili Amerykanie

Przypominamy artykuł o mosińskim przyrodniku, w związku z wywiadem jakiego udzieli nam do marcowego numeru GMP. Czytelników zainteresuje zapewne to, co ma do powiedzenia znany przyrodnik na temat drzew i krzewów, w związku z nietypową i późną zimą w tym roku. Tymczasem reportaż z 2009 roku.

Gerard Bąkowski

– Jako przyrodnik patrzę na organizmy, od tej prostej komórki poprzez bardziej złożone, choćby ludzkie oko – i muszę przyznać: świat jest genialny. I jeżeli ktoś powie, że powstał na drodze przypadku, odpowiem: na mój rozum jest to niemożliwe.

Poznali się na „Batorym”, wracali statkiem z USA, p. Gerard ze stażu, na który wysłał go prof. Szczepan Pieniążek, p. Ewa od rodziny w Ameryce.

– Był to rok 1964, wracałem z USA po rocznym stażu naukowym, na który wysłał mnie prof. Pieniążek, opowiada dr Gerard Bąkowski z Mosiny. –   Pracowałem już w tym czasie w Skierniewicach, w Instytucie Sadownictwa. Ślubu, który odbył się w Mosinie udzielił nam w roku 1966 wujek żony – ks. biskup dr Lucjan Bernacki, ówczesny sufragan archidiecezji gnieźnieńskiej.

Przyrodą pan Gerard interesował się od dzieciństwa.

– Ojciec był ogrodnikiem z krwi i kości, bardzo dobrym, wychowując się w ogrodnictwie razem z bratem Józefem, bliźniakiem, mieliśmy podstawy do podjęcia decyzji o nauce w tym kierunku. Brat początkowo chciał studiować budownictwo, ale ostatecznie zdawaliśmy razem na Wyższą Szkołę Rolniczą w Poznaniu. On specjalizował się w przetwórstwie warzyw i owoców (jest profesorem, dziekanem wydziału ogrodniczego Wyższej Szkoły Ekonomiczno – Humanistycznej w Skierniewicach), ja w ochronie roślin.

Ziarno musi paść na dobrą glebę

– Miałem to szczęście w życiu, że spotkałem bardzo dobrych ludzi o olbrzymiej, przyrodniczej wiedzy. Należeli do nich prof. Konstanty Stecki, botanik, prof. Stefan Albin, który zainteresował mnie owadami, na tym punkcie miałem już później bzika, dlatego studiowałem ochronę roślin.

Dendrologią, nauką o drzewach i krzewach p. Gerard pasjonował się dzięki prof. Bolesławowi Sękowskiemu.

– Chodziłem po parku na Sołaczu, w poznańskim botaniku i zbierałem „drapichrusty” (tak prof. Sękowski żartobliwie określał drzewa i krzewy), i jeśli nie znałem jakiegoś gatunku, profesor mi go oznaczał.

Studentem, Gerardem Bąkowskim zainteresował się w roku 1960 prof. Szczepan Pieniążek podczas zjazdu studenckich kół naukowych w Warszawie. Referat i pasja młodego naukowca sprawiły, że profesor zaproponował studentowi z Poznania pracę w Instytucie Sadownictwa w Skierniewicach.

Dlaczego prof. Szczepan Pieniążek nazywany jest ojcem polskiego sadownictwa?

– Po pierwsze, dlatego, że profesor zmienił całkowicie podejście do sadownictwa, wyjaśnia dr Gerard Bąkowski. – Dawne sadownictwo było sadownictwem pierwotnym, tradycyjnym, uprawiano drzewa wysokopienne, bo pod drzewami musiało jeszcze coś rosnąć: warzywa, inne rośliny uprawne, w sadach pasły się też krowy. To nie sprzyjało intensywnej produkcji owoców. Rewolucja polegała na tym, że profesor Pieniążek wprowadził intensywne uprawy sadownicze; przedtem na 1 ha sadziło się 100 drzew (antonówki, koszteli, grochówki, żeleźniaka i in.). To były stare odmiany na wysokich pniach, ale zanim weszły w owocowanie, mijało 10 lat. Natomiast profesor spowodował, że sadownicy zaczęli sadzić drzewa „intensywne” i ograniczył ilość odmian – w Polsce było wówczas około 200 odmian jabłek. Lansował odmiany amerykańskie takie jak np. Mc Intosh , Cortland, Idared, Jonatan, tam zresztą się uczył, w USA także otrzymał tytuł profesora.

Nie obyło się bez kłopotów, nie wszyscy nowości akceptują od razu.

– Był i taki głos na jednym z zebrań: „ten tygrys rozwali polskie sadownictwo”. Ale lepiej mieć kilka dobrych odmian, plennych, niż wiele odmian, ale słabo i przemiennie rodzących, na tym ta rewolucja polegała. Przedtem plon z 1 ha wynosił 5 -7 ton, a przy nasadzeniach, gdzie było już nie 100, lecz 400 do 800 drzew – plon wynosił 20 i więcej ton.

Drzewa owocowały już nawet w drugim lub trzecim roku po posadzeniu, tu była ta wielka rewolucja.

Instytut Sadownictwa w Skierniewicach wprowadzał nowoczesne metody uprawy nie tylko jabłoni, ale innych drzew i krzewów owocowych, dbając jednocześnie o ich ochronę, którą zajmował się między innymi dr Gerard Bąkowski.

Zamiast samochodu z Ameryki przywiózł Encyklopedię

Młody naukowiec czterokrotnie odbył staż naukowy w USA. O Gerardzie Bąkowskim wspomina prof. Pieniążek w „Pamiętniku sadownika”. Opowiada m.in. o tym, że wszyscy stażyści wracali z samochodami, a był taki jeden student, który wrócił z „Encyklopedią Britannicą”.

Encyklopedia (kilkanaście tomów) zajmuje całą półkę biblioteczną w domu państwa Bąkowskich w Mosinie.

– Kosztowała wtedy 420 $, spłacałem ją ratami, było to pół ceny samochodu, wyjaśnia p. Gerard. Nowy Moskwicz, którego można było kupić w USA kosztował wówczas 940$. Nie zarabialiśmy dużo, było to ok. 2$ na godzinę. Będąc na stażu w stanie Virginia zafascynował się modliszkami (w Polsce występuje tylko jeden gatunek) hodował je w klatkach i do kraju zabrał jaja, które umieścił w bagażu.

– Któregoś dnia przybiegli do mnie pasażerowie statku, którym wracałem z taką wiadomością: jakieś „bydlaki” łażą po walizkach. Okazało się, że moje modliszki pod wpływem ciepła w pomieszczeniu bagażowym wylęgły się wcześniej niż się spodziewałem i jedna po drugiej maszerowały z tymi złożonymi nóżkami po krawędziach walizek. W Ameryce pracowałem także nad karaluchami, konkretnie nad odpornością karaluchów na insektycydy.

Jeż byłby zachwycony, gdyby złapał karalucha

Dr Bąkowski zafascynowany przyrodą, na pytanie o pozytywne cechy tego owada, który na ogół wywołuje nieprzyjemne skojarzenia, tak odpowiada:

– W łańcuchu, biologicznym z tysiącami organizmów karaluchy odgrywają ważną rolę, odżywiają się nimi różne zwierzęta, np. nasze jeże. Jeż byłby zachwycony, gdyby złapał karalucha. Każdy organizm po coś istnieje, bez komarów nie byłoby ryb. Larwy komarów są podstawowym pokarmem ryb.

Jest pewna rozbieżność interesów, człowiek komarów nie toleruje, bo go kąsają – kąsa samica, która bez wypicia krwi nie złoży jajek. Ten łańcuch powiązań biologicznych jest wielką mądrością przyrody, albo Stwórcy, jak kto woli. Jako przyrodnik patrzę na organizmy, od tej prostej komórki poprzez bardziej złożone, choćby ludzkie oko – i muszę przyznać: świat jest genialny i bardzo mądrze urządzony. I jeżeli ktoś powie, że powstał na drodze przypadku, odpowiem: na mój rozum jest to niemożliwe. Im więcej bowiem poznajemy, tym bardziej podziwiamy. Poznajemy, a nie tworzymy. Natomiast w ewolucję wierzę, każdy organizm ma zdolność adaptacji do otaczających go warunków. Dlaczego kret stracił wzrok? Bo jest mu nie potrzebny, ryje pod ziemią.

Jak jest stół zastawiony, znajdą się biesiadnicy – stonki nie zrzucili Amerykanie

Wszystko, co na temat przyrody mówił p. Gerard podczas kwietniowego wieczoru było fascynujące. Zastanawiałam się jak to przedstawić w artykule, gazeta rządzi się swoimi prawami. Z tego powodu musiałam wybrać tylko niektóre wątki naszej rozmowy. Choćby i ten:

– Instytut Ochrony Roślin w Poznaniu, w którym nadal pracuję powstał z powodu stonki ziemniaczanej, opowiada dr Bąkowski. – Dlaczego masowo pojawiają się szkodniki? Jako „ochroniarz” mogę to wytłumaczyć i udokumentować. Pola ziemniaczane, pszeniczne czy inne monokultury, gdzie uprawia się tylko jeden gatunek rośliny, gdzie nie występuje nic innego, np. kwitnące chwasty, bo się je zwalcza, mają dawać tylko plon – roślinę pożądaną przez człowieka. Ale to powoduje takie zjawisko: jest to zastawiony stół dla szkodników. Przykładem może tu być pojawienie się stonki, która w warunkach europejskich nie miała wrogów naturalnych, dlatego tak masowo się rozmnożyła. Natomiast ówczesna władza mówiła, że zrzucili ją Amerykanie.

Lekarz mosińskich roślin i sadów

Stało się już zwyczajem, że mieszkańcy Mosiny swoje chore rośliny przynoszą do ogrodnictwa p. Stanisława Gusta. W każdą sobotę dr Bąkowski ogląda je, opisuje i radzi jak je leczyć.

– Niezależnie od wszystkiego, a mam już 73 lata, do dzisiaj, jeśli mnie ktoś poprosi do cięcia nawet wysokich drzew, wchodzę i ucinam, przyznaje ze śmiechem mosiński przyrodnik. – Choć rodzina zaczyna już protestować.

Elżbieta Bylczyńska

VN:F [1.9.22_1171]
Ocena artykułu: 7.6/10 (Głosujących: 19)
Stonki nie zrzucili Amerykanie, 7.6 out of 10 based on 19 ratings
Napisano przez Elżbieta Bylczyńska Posted in Wywiad, reportaż

Elżbieta Bylczyńska

Redaktor naczelna Gazety Mosińsko-Puszczykowskiej (lata 2007-2016)

Komentarze (1)

  • sdfsdf
    poniedziałek, 29 Maj, 2017, 21:47:45 |

    Tak, stonka powstała z konika polnego który tak nie lubił komunizmu że ewoluował dzięki chwastom do postaci stonki… Tak mosiński przyrodniku?

    VA:F [1.9.22_1171]
    Popularność: 0 (Głosujących: 0)

Skomentuj