Marta Mrowińska | środa, 9 Maj, 2018 | komentarzy 5

“Kiedy otwieram ul, cały świat przestaje dla mnie istnieć” – o niezwykłej pasiece i miłości do pszczół

Wiosna w pełni. Wszystko kwitnie, przyroda oszałamia zapachami i bogactwem barw. Swoją pracę zaczęły również pszczoły. Jakiś czas temu z naszą redakcyjną ekipą odwiedziliśmy niezwykłą pasiekę. Mieści się w sercu Wielkopolskiego Parku Narodowego i choć jest niewielka, prowadzona jest przez kobietę, która kocha pszczoły i potrafi o nich mówić z takim zaangażowaniem i pasją, że wywołuje wzruszenie, zachwyt i podziw.

O odkrywaniu pszczelarskiej pasji i rodzeniu się miłości nie tylko do pszczół rozmawiamy z Renatą Langner, właścicielką pasieki w Wirach.

M.M.: Skąd wzięła się pasja pszczelarstwa?

R.L.: Trochę przez przypadek – mój ojciec prowadził pasiekę i od dziecka pszczoły były obecne jakby obok mnie. Ale nie uczestniczyłam w tym świecie zbytnio, ojciec prosił nas do pomocy tylko w czasie miodobrania i wówczas się angażowałam. Pszczoły kojarzyły mi się zatem głównie z miodobraniem i miodem. Potem ojciec zachorował i zmarł, a ule zostały. Było ich trzydzieści, z tego dwadzieścia należało do brata, a dziesięć do ojca. Postanowiłyśmy z mamą sprzedać te ule – zaczęłam w Poznaniu szukać kontaktów, w ten sposób trafiłam do pszczelarza pana Jacka. Poprosiłam go o pomoc w sprzedaży uli. Tymczasem pan Jacek, jak to starszy pszczelarz, zachęcał do utrzymania pszczół. Zaproponował miejsce w swojej pasiece i pomoc w opiece nad pszczołami. I tak, nie zastanawiając się zupełnie, co przede mną, przewiozłam je do Dąbrowy pod Poznaniem.

pani Renata przy pracy

Przez pierwszy rok patrzyłam na pszczoły zupełnie nie wiedząc, co one robią i jak się nimi zajmować. Towarzyszył mi pan Jacek, ale były to bardziej spotkania towarzyskie niż nauka. Zimą pomyślałam, że jeśli mam zajmować się pszczołami, to nie mogę tak sobie tylko patrzeć – kupiłam zatem kilka książek i zaczęłam czytać. Kontynuowałam też przynależność ojca do koła pszczelarzy w Słupcy. Regionalny Związek Pszczelarzy w Koninie organizował wówczas szkolenie, które kończyło się egzaminem – mistrza pszczelarza lub pszczelarza. Mistrzem zupełnie się nie czułam, zatem zdałam egzamin na pszczelarza. I potem zaczęła się zabawa :) Coś już wiedziałam, byłam bogatsza o jakąś wiedzę teoretyczną, chciałam więc ją wypróbować w praktyce. Drugi rok był dla moich pszczół trudniejszy, bo wszystko im psułam, chcąc bez przerwy coś sprawdzać, podpatrywać itp. Nie chciałam też dłużej być pod opieką pana Jacka, ale prowadzić pasiekę po swojemu. Zaczęłam szukać miejsca, gdzie mogłabym wydzierżawić kawałek ziemi i trzymać tam ule. I tak trafiłam do leśniczego w Wirach. Po pertraktacjach zgodził się, żebym trzymała swoje pszczoły u niego w ogrodzie. Cieszyłam się, że będę miała spokój – leśniczy miał bowiem wyjeżdżać popołudniami – i zupełnie na własny rachunek poprowadzę moją pasiekę. Leśniczy jednak nie wyjeżdżał, a z czasem i ja zaczęłam coraz częściej zostawać w leśniczówce :) I tak zrodził się drugi, miłosny wątek tej historii :)

Mimo, iż moja pasieka stacjonowała pod Poznaniem, jeszcze przez dwa lata byłam członkiem koła pszczelarskiego w Słupcy, ale potem przepisałam się do koła Mosina-Puszczykowo.

M.M.: Jak wygląda hodowla pszczół?

R.L.: Pszczoły poradziłyby sobie same, ale my mówimy o gospodarce pasiecznej – czyli hodowli, gdzie ingerujemy w ich życie zabierając im miód i pozostałe produkty pszczele (np. pyłek, pierzgę, propolis). Pszczoły wytwarzają to wszystko na własne potrzeby, by zapewnić przetrwanie gatunku – jest to ich zapas potrzebny najpierw do tego, by się rozmnożyć i wychować młode pokolenie, a potem na zimę. Kiedy im to zabieramy, musimy inaczej zaspokoić ich potrzebę pokarmową. Dlatego tak ważnym okresem w pracy pszczelarza jest przygotowanie pszczół do zimy. Proces ten zaczyna się zaraz po miodobraniu, czyli już w lipcu – niewiele osób myśli wtedy o zimie, bo to przecież pełnia lata! Pszczoły czują jednak, że sezon nektarowania już się kończy. Jeśli nie mają zapasów w ulu, robią się nerwowe. Wtedy pszczelarz rozpoczyna podkarmianie – syropem cukrowym (to cukier rozpuszczony w wodzie) lub gotowymi pokarmami tzw. inwertami. Żeby dobrze zazimować pszczoły, trzeba podać ok. piętnastu kilogramów cukru na ul. Najbardziej intensywne podkarmianie jest w sierpniu. Kiedy pszczoły mają już zapas pokarmu, czują się bezpiecznie i są spokojne. Zaczynają też czyścić gniazdo, uszczelniają je kitem pszczelim (propolisem) – substancjami, o właściwościach antybakteryjnych, wyrzucają trutnie, które już są bezużyteczne (ich funkcją jest zapłodnienie królowej). Wówczas też zaczynają się rodzić pszczoły zimujące, które są trochę inne od „wiosennych zbieraczek” (pszczoła – zbieraczka, intensywnie pracująca „w polu”, żyje do sześciu tygodni) – mają więcej ciałka tłuszczowego, są grubsze, przystosowane do przetrwania zimy (żyją ponad pół roku). Zadaniem zimowych pszczół jest zabezpieczenie królowej, danie jej odpowiedniego ciepła, wykarmienie jej i odchowanie pierwszego wiosennego pokolenia.

pszczoły – piękny widok :)

Sezon powoli się wycisza, ale dla pszczół jest to najważniejszy okres – jeśli przezimują, wówczas się odrodzą, ale jeśli nie – można na wiosnę zastać „pusty” ul. Zimą pszczoły radzą sobie bardzo dobrze – pod warunkiem, że mają odpowiedni zapas jedzenia. Ich „praca” polega na utrzymaniu odpowiedniej temperatury w ulu, by chronić królową. W tym czasie najlepszy jest dla nich spokój, brak ruchu i hałasu w pobliżu ula – każdy dźwięk powoduje rozluźnienie tzw. kłębu zimowego, a to oznacza utratę energii potrzebnej do zachowania ciepłoty. Pod koniec zimy królowa matka rozpoczyna znoszenie jajek, z których „wygryzie się” nowe pokolenie. Na początku marca (a czasami już w lutym) w ciepłe, słoneczne, południe można zaobserwować tzw. pierwszy zimowy oblot. Pszczoły po raz pierwszy po całej zimie wylatują na krótko z ula i „oczyszczają się”. Kiedy wiosna zawita na dobre, rozpoczyna się okres zbierania nektaru i pyłku.

Pierwsze miodobranie odbywa się w końcu maja lub na początku czerwca, jest to zwykle miód rzepakowy. Kolejne intensywne pożytki to akacja i lipa.

Pszczoły potrzebują różnorodnego środowiska, żeby mogły dobrze się odżywiać, dlatego nie sprzyjają im monokulturowe, duże uprawy roślin jednego gatunku, wszelkie stosowane pestycydy – stąd mamy m.in. do czynienia z masowym ginięciem pszczół.

M.M.: Słyszymy czasem, że pszczoły się komuś wyroiły. Co to znaczy?

R.L.: Kiedy pszczoły mają dużo jedzenia, wpadają w tzw. nastrój rojowy, czyli zaprzestają myśleć o tym, żeby zbierać pokarm, tylko o tym, żeby się rozmnożyć. Odciągają wówczas nowy matecznik i hodują sobie nową królową – matkę. Na kilka dni przed wygryzieniem się młoda matka wydaje charakterystyczny dźwięk – stara królowa, słysząc go, wie, że musi wylecieć z ula, bo młoda, kiedy się wygryzie, zabije ją. Wylatując z ula zabiera połowę pszczół i naturalnie tworzy się druga rodzina – tak pszczoły rozmnażają się w naturze. Pszczelarze nie lubią, kiedy pszczoły się roją – po pierwsze dlatego, że wpadają w nastrój rojowy, czyli nie pracują, po drugie się dzielą, więc jest ich o połowę mniej i zanim młode zaczną pracować, minie trochę czasu. Pszczelarze zatem ingerują w ten proces – polega to na tym, że zagląda się do ula co kilka dni i wycina mateczniki, żeby nie wygryzła się nowa królowa. W sezonie jest to jedno z ważniejszych zajęć pszczelarzy podczas tzw. przeglądów.

M.M.: A do czego służy podkurzacz – tak charakterystyczny przedmiot kojarzony nieodłącznie z widokiem pszczelarza?

R.L.: Podkurzacz jest podstawowym sprzętem, który zabiera się ze sobą idąc do ula. Wkłada się tam suche drewno, które dymi – chodzi o to, by pszczoły trochę „przegonić”, by odleciały i nie przeszkadzały. Ale, jeśli jest słoneczny dzień, pszczoły są w terenie, w pracy – w ulu jest ich mniej (dlatego też pracuje się z pszczołami zazwyczaj do południa, kiedy są w polu), nie denerwują się i nie ma potrzeby używania podkurzacza.

miód z pasieki pani Renaty

M.M.: Jaki miód pozyskuje Pani z pasieki?

R.L.: Pierwszy jest wiosenny, z rzepakiem, leśno-rzepakowy, drugi jest z akacją, a trzeci z lipą, z domieszką spadzi liściastej – dla mnie ten jest wyjątkowy, bo charakterystyczny dla tego miejsca i o specyficznym, kwaskowym posmaku.

M.M.: Co jest takiego fascynującego w pracy z pszczołami?

R.L.: Dla mnie pszczoły to takie inne życie. Niedawno, kiedy było bardzo ciepło, pszczoły wyleciały pierwszy raz po zimie – jest to tzw. zimowy oblot. Dla mnie to jest nadzieja – zaczyna się wiosna i początek czegoś dobrego, nowego. Co roku czekam na te pszczoły i wypatruję, kiedy wylecą.

Fascynująca jest obserwacja organizacji pszczół. Każda pszczoła zna swoją rolę, żadna się nie buntuje, każda rodzi się i wie, co ma robić. Poza tym urzeka mnie ich pracowitość. Niesamowity jest też brzęk pszczół – kiedy idę do nich, otwieram ul, wtedy cały świat przestaje dla mnie istnieć, jestem w ich świecie. Dla mnie jest to relaks, odpoczynek, odcinam się, przestaję myśleć o czymkolwiek. To takie wejście do innego świata. Pszczoły mają swój rytm, naturalny spokój i kiedy my sami jesteśmy spokojni, wówczas wchodzimy płynnie w ich świat. Ja się tam czuję bardzo dobrze. Dzięki pszczołom odkryłam coś nowego w sobie. Miodobranie jest dla mnie ciężką pracą, najmniej je lubię. Lubię, kiedy mogę jakoś pomóc pszczołom, podać im lek, zrobić coś dla nich – to mnie nakręca :) Dlatego traktuję to jako odskocznię, absolutnie nie jako źródło dochodów. Mogłabym siedzieć przy pszczołach i patrzeć na nie godzinami.

M.M.: Jakie ma Pani plany związane z pszczelarstwem?

R.L.: Miałam marzenia – marzyłam sobie o takim miodowym spa. Bardzo bym chciała mieć kiedyś takie miejsce, gdzie pszczoły byłyby źródłem inspiracji, a byłaby to oaza spokoju i relaksu, odbywałyby się tam zabiegi kosmetyczne i może nawet lecznicze. Ja wierzę w pszczoły i w uzdrawiające działanie produktów pszczelich. Nie myślę natomiast o tym, by była to produkcja masowa, gdyż zmieniłoby to charakter pasieki. Dla mnie każda pszczoła jest ważna, każdej mi szkoda, traktuję je trochę jak dzieci.

pani Renata prowadzi pasiekę z prawdziwą pasja i miłością do pszczół i przyrody

M.M.: Życzę zatem spełnienia wszelkich marzeń i planów – pięknie się słucha o Pani pasji!

P.S. O pszczołach i kole pszczelarzy Mosina – Puszczykowo będzie okazja przeczytać jeszcze niejednokrotnie na łamach naszej gazety – zapraszamy do śledzenia tego niezwykle pasjonującego tematu!

VN:F [1.9.22_1171]
Ocena artykułu: 8.7/10 (Głosujących: 10)
"Kiedy otwieram ul, cały świat przestaje dla mnie istnieć" - o niezwykłej pasiece i miłości do pszczół, 8.7 out of 10 based on 10 ratings

Marta Mrowińska

redaktor naczelna Gazety Mosińsko-Puszczykowskiej

Komentarze (5)

  • czwartek, 10 Maj, 2018, 6:58:20 |

    Fascynująca historia ,przyroda jest najważniejsza w naszym życiu.

    VA:F [1.9.22_1171]
    Popularność: +8 (Głosujących: 8)
  • joanna
    czwartek, 10 Maj, 2018, 9:34:42 |

    Nikt nie wie z całą pewnością, co jest w naszym życiu najważniejsze. Dla wierzących, ta wartość jest zgoła inna, ale jak widać o tym zapominamy w takich egzystencjalnych rozważaniach i balansujemy pomiędzy stanem konta, a wróbelkiem na gałązce bzu.

    VA:F [1.9.22_1171]
    Popularność: +1 (Głosujących: 9)
    • Many
      piątek, 11 Maj, 2018, 11:11:57 |

      Dlatego życie to właśnie takie balastowania na gałązce :)

      VA:F [1.9.22_1171]
      Popularność: +1 (Głosujących: 3)
  • iron 63
    czwartek, 10 Maj, 2018, 13:37:37 |

    Takich pasjonatow( tek ) jak najwięcej- sukcesów w p. życiu( dla dobra ludzkosci )

    VA:F [1.9.22_1171]
    Popularność: +6 (Głosujących: 6)
  • Willma
    wtorek, 15 Maj, 2018, 11:57:37 |

    Coraz mniej owadów, ziół itd… :(
    Dlatego podziwiam, gratuluję i pozdrawiam Panią i Pani pszczólki

    VA:F [1.9.22_1171]
    Popularność: +2 (Głosujących: 2)

Skomentuj