Elżbieta Bylczyńska | poniedziałek, 21 Maj, 2012 | 1 Komentarz

Ignorancja nie jest siłą

Propozycja przeprowadzenia wywiadu z Wojciechem Czeskim, historykiem z wykształcenia, wyszła od mieszkańców Mosiny zainteresowanych jego poglądami i publikacjami w naszej gazecie. Wojciech Czeski jest synem znanego mosińskiego rzeźbiarza – malarza Romana Czeskiego, ma 24 lata. Jest człowiekiem o bardzo wyważonych poglądach, niezwykle bogatym wewnętrznie i intelektualnie, o prawej duszy i wielkiej wrażliwości.

E. Bylczyńska:

Załóżmy, że działa Pan w optymalnej sytuacji, skończył Pan historię i może pracować w swoim zwodzie.

Wojciech Czeski:

Gdyby tak mogło być… Po skończeniu studiów miałem kilka planów. Na pewno chciałem pracować jako dziennikarz. Poza tym miałem też propozycję próby sił w doktoracie ze strony mojego promotora, prof. Waldemara Łazugi, żeby rozwijać się naukowo. Profesorowi podobała się moja praca magisterska nt. myśli politycznej Przeglądu Poznańskiego, czasopisma, które wychodziło w latach 1845 – 1865.

Skończył Pan historię i na dobrą sprawę można i trzeba było chyba pomyśleć o pracy, a tej przecież nie było… I zderzył się Pan z tą niedobrą dla absolwentów rzeczywistością – ludzie w Pana wieku i wyższym wykształceniem porzucali kraj i wyjeżdżali na Zachód. Czy Pan także zmagał się z tym problemem, rozważając możliwość emigracji?

Nie, nie byłem aż tak zdesperowany, żeby uciekać za granicę.

Można powiedzieć, że ma Pan szczęście, bo jest mnóstwo młodych ludzi, którzy nie mają wsparcia w rodzinie, nie mogą wrócić do rodzinnego miasta i tam się utrzymywać i uciekają z kraju, co jest niepowetowaną stratą. Mówi się, że mamy niski przyrost, tymczasem ten przyrost jest, rodzą się dzieci młodemu polskiemu pokoleniu (sama mam wnuczkę za granicą), ale nie w Polsce, tylko na emigracji.

A mnie się przypomina, jak nas przekonywano do wejścia do Unii z powodu m.in. możliwości swobodnego podróżowania. A gdy już ten swobodny ruch – za pracą – nastąpił, okazało się, że niesłusznym jest opuszczanie kraju. Nie rozumiem tego… Ale a propos emigracji, powtórzę – na razie nie rozważam takiego scenariusza. Może mam dobrą sytuację, są ludzie w trudnych sytuacjach, muszą z czegoś żyć. Wracając do doktoratu – nie zostałem doktorantem, ale z perspektywy dzisiejszej nie jestem zawiedziony, bo po pierwsze życie doktoranta jest trudne. Musi studiować i zdawać egzaminy, po drugie, jako przyszły naukowiec musi prowadzić zajęcia, po trzecie musi znaleźć czas na pisanie pracy i po czwarte się utrzymać, czyli pracować. Stypendia dostaje niewiele osób. Dlatego zrezygnowałem z tych planów.

Życie zmusiło Pana do pójścia zupełnie inną drogą – ekonomii, bankowości i finansów.

Jeszcze w czasie studiów zainteresowałem się ekonomią i bankowością, nie myślałem wtedy, że spróbuję swoich sił w finansach.

Dlaczego zajął się Pan tą dziedziną, z zainteresowania, czy raczej chodziło o perspektywiczne myślenie, że kiedyś trzeba będzie z czegoś żyć?

Powiedziałbym, że obie te sprawy, ale jednak bardziej ta druga, czyli życie. Obecnie pracuję w firmie finansowo – księgowej, takie było zderzenie z rzeczywistością.

Jest Pan fanem redaktora Stanisława Michalkiewicza, znanego z liberalnych poglądów na temat gospodarki, w ostatnim numerze pisał Pan o nim. A gospodarka to przecież poziom życia obywateli.

Byłem na spotkaniu z nim na Uniwersytecie Ekonomicznym, sala była po brzegi wypełniona, było także mnóstwo młodzieży. Z pewnością za przyczyną jego książki „Dobry, zły liberalizm”. Była tam mowa przede wszystkim o wolności gospodarczej, o tym, że liberalizm jest słowem w Polsce wyklętym, obelgą, ale red. Michalkiewicz próbował pokazać też, że liberalizm gospodarczy wiąże się z wolnością gospodarczą. Liberalizm to nie znaczy „róbta co chceta”, są to ścisłe wartości, które wiążą się z konserwatyzmem, z odpowiedzialnością, z obroną cywilizacji łacińskiej, bo na jej prawach wyrósł. Może mało osób o tym wie, że pod zaczątki liberalizmu gospodarczego ważne podwaliny położyli duchowni hiszpańscy z Uniwersytetu w Salamance. Byli to dominikanie, franciszkanie, jezuici w XVI i XVII w. I oni, komentując Pismo Święte i pisma św. Tomasza z Akwinu wysuwali wnioski odnośnie ekonomii, bo byli ekonomistami, które uważa się za dalej posunięte niż wnioski Adama Smitha – ojca ekonomii (XVIII w.), który swoimi niektórymi tezami cofnął naukę ekonomii w stosunku do uczonych z Salamanki. Niektóre tezy tych uczonych były potem rozwijane, przypomniano sobie o nich w XIX w. – zajmowali się nimi ekonomiści austriaccy, do dzisiaj szkoła austriacka rozwija te ponadczasowe poglądy. Są to bardzo liberalne gospodarcze poglądy, mówi się o szkole austriackiej, że jest to najbardziej wolnorynkowa szkoła ekonomiczna z bardzo solidną teorią – jestem pod wrażeniem niektórych jej tez – opracowaną właśnie na podstawie tomizmu, scholastyki. Mówi się też, że była to wsteczna, sztywna filozofia ograniczająca myślenie, ale na podstawie tomizmu współcześnie ekonomista Hans Hermann Hoppe wysuwa wnioski broniące własności prywatnej i zasad stojących na fundamencie wolnej gospodarki, bez żadnego posługiwania się empiryzmem, czyli doświadczeniem, lecz tylko i wyłącznie rozumem i racjonalizmem, jak św. Tomasz. Obrona gospodarki wolnorynkowej to obrona cywilizacji zachodniej, uznałbym to za synonim. Co do Boga, bo mówimy o świętym i duchownych prekursorach liberalizmu, wielu jednak z ekonomistów austriackich było agnostykami lub ateistami, ale bardzo silnie broniących cywilizacji chrześcijańskiej. Jest taka ciekawa książka „Dwaj ludzie z Galicji” o Karolu Wojtyle i Ludwigu von Misesie, który był najwybitniejszym przedstawicielem szkoły austriackiej. W tej książce zakonnik o. Jacek Gniadek pokazuje, w jaki sposób myślenie o człowieku, tak jak Karol Wojtyła myślał o personalizmie, doprowadza do podobnych wniosków w ekonomii. Jan Paweł II i Ludwig von Mises mieli bardzo dużo wspólnego – podejście do człowieka jako do istoty rozumnej, mającej swoją godność itd. – doprowadza do podobnych wniosków w ekonomii. Jan Paweł II i Ludwig von Mises różnili się tym, że ten ostatni jako ateista nie miał pierwiastka boskiego, nie rozważał człowieka jako istoty wierzącej. Tym się różnili, ale doszli do podobnych wniosków. To bardzo ciekawa książka.

Wracając do współczesności, naszego punktu wyjścia, problemów gospodarczych i trudności – jak to się ma do dzisiejszej rzeczywistości?

Miałbym dużo na ten temat do powiedzenia, ale określę to w skrócie. W dobie kryzysu za wszystko oczywiście wini się wolny rynek, winni są bankierzy, chęć zysku, pazerność, złowroga twarz kapitalizmu. Zwalanie tych wszystkich kłopotów na chęć zysku jest bez sensu. Wolny rynek nie polega na tym, że ludzie chcą tylko zarabiać, bo są i tacy, którzy chcą godnie żyć i pracować, jest wiele osób, które chcą pracować, bo kochają swoją pracę, czerpią z niej satysfakcję. Najlepszym tego przykładem, odwołam się do historii, są Stany Zjednoczone – jako najpotężniejsze państwo najszybciej rozwijające się w XIX i pierwszej połowie XX wieku było państwem szalenie wolnorynkowym i właśnie dlatego tak szybko się rozwijało. Proszę zauważyć, że dzisiaj jest to państwo bardzo rozwinięte obywatelsko, ma mnóstwo instytucji, w których ludzie pomagają sobie wzajemnie. Właśnie w tym państwie, w którym teoretycznie na pierwszym miejscu stoi pieniądz i chęć zarobku, jest tylu ludzi, którzy dobrowolnie oddają się innym. Lewicowi krytycy kapitalizmu twierdzą, że kapitalizm to tylko chęć zysku, a przykład USA pokazuje co innego. Wtedy ludzie będą się troszczyć o siebie nawzajem, kiedy sami będą mogli na siebie zarabiać, nie jak ich przymusimy (socjalizm) i jak sami będą chcieli się bogacić. Trudno jest niektórym to zrozumieć, mam na myśli sytuację wielu ludzi w Polsce po transformacji. Powołując się na S. Michalkiewicza, w Polsce mamy kapitalizm kontradorski, w którym o dostępności do rynku, a więc do pracy ktoś decyduje, decyduje przynależność do sitwy. W normalnym kapitalizmie decyduje po prostu siła, pomysł, pieniądz. Nie mówmy o wolnym rynku w Polsce, skoro dzisiaj mamy więcej urzędników gospodarczych niż za Jaruzelskiego…

Ktoś tego wolnego rynku musi pilnować…

W ramach odpowiedzi proponuję przeczytać książkę Misesa „Ekonomia i polityka”, która jest niesamowita, napisana prostym językiem, otwiera oczy, pokazuje rozbieżność między życiem a tym, czego się obecnie naucza w ekonomii. Współcześnie wielu ekonomistów go naśladuje, jego spadkobiercy bronią m.in. poglądu, że współczesny pieniądz jest pusty, nie ma pokrycia w złocie, że to tylko papier i stąd się biorą nasze problemy. Ile papieru tyle złota, tak powinno być, a tak nie jest. Ludwik von Mises bronił tego standardu od początku do końca.

Czy ma Pan jakąś propozycję na życie dla młodych ludzi?

Mieć oczy otwarte, nie dać się zaskoczyć, żyć świadomie i dostrzegać to, co się w kraju dzieje. Trzeba być krytycznym wobec rzeczywistości, nie przyjmować bezkrytycznie medialnych opinii, poszukiwać własnych odpowiedzi na pytania. Nie powinna dominować postawa, (a niestety jest tak), że ignorancja jest siłą. Współcześnie chce się zrobić z obywatela tylko i wyłącznie konsumenta, który ogląda show i serial w telewizji, kupuje sobie nową komórkę i nie zastanawia się za wiele.

Strona Wojtka w GMP:  Wojciech Czeski

VN:F [1.9.22_1171]
Ocena artykułu: 8.3/10 (Głosujących: 16)
Ignorancja nie jest siłą, 8.3 out of 10 based on 16 ratings

Napisano przez Elżbieta Bylczyńska Posted in Wywiad, reportaż

Elżbieta Bylczyńska

Redaktor naczelna Gazety Mosińsko-Puszczykowskiej (lata 2007-2016)

Komentarze (1)

  • rysia
    piątek, 10 Maj, 2013, 9:43:06 |

    =)

    VA:F [1.9.22_1171]
    Popularność: +2 (Głosujących: 2)

Skomentuj