„W polu. Mama, będąc ze mną w ciąży, w siódmym miesiącu robiła w polu i zaczęła mnie rodzić. Kilo osiemdziesiąt ważyłam tylko…” Pani Joanna ma 83 lata. Urodziła się w 1943 roku w niemieckiej wsi Reiffenhausen. Była wcześniakiem. Ważyła kilogram i osiemset gramów. Przez blisko pół roku nie mogła być z matką.
Siedzimy w pokoju małego domku nad jednym z poznańskich jezior. Ostatnie letnie promienie słońca wpadają do pomieszczenia i mieszają się z zapachem parzonej kawy. Naprzeciwko mnie siada ta niegdyś urodzona w polu dziewczynka i przeglądając stosy papierów, opowiada mi historię, której sama nie pamięta.
W Reiffenhausen u dobrego i złego Bauera
Prawdą jest, że nadzieja nie potrzebuje wielkich starań, aby się tliła, choć bywa, że w trudnych czasach staje się jedynym, co trzyma przy życiu. Zapalić ją może każdy maleńki cień, słowo czy znajoma twarz.
Rodzice Pani Joanny niewątpliwie potrzebowali dużo tej nadziei. Józefa i Władysław urodzili się jeszcze przed pierwszą wojną światową. Przeżyli ją, pobrali się, a po krótkim okresie spokoju przyszła kolejna wojna. Stała się ona nie tylko kolejnym konfliktem zbrojnym, ale również głębokim i bolesnym dla rodziny nacięciem, po którym ślad nigdy nie znika, choć z czasem się zasklepia.
W roku 1941 małżeństwo wraz z dwójką synów zostało wywiezione do niemieckiej wioski Reiffenhausen w powiecie Göttingen, gdzie mieli pracować w gospodarstwach niemieckich rolników. Całe to zniewolenie mogłoby być znośniejsze, gdyby nie to, że rodzina została rozdzielona. Matka została z młodszym synem, a ojciec wraz z starszym udali się do innego człowieka, u którego sprawowali pieczę nad końmi.
Pani Joanna spochmurniała, kiedy zaczęła opowiadać o ojcu: „wiesz, byli Niemcy źli i dobrzy” – powiedziała. Jej ojciec i starszy brat trafili do gospodarza, który kazał im spać w stajni i pilnować koni.
Jednak nieludzkie traktowanie „złego Niemca” przelało czarę goryczy, kiedy to młody chłopak chcąc pomóc ojcu, próbował nieudolnie zaprząc konia do powozu. Józef miał siedemnaście lat i nigdy wcześniej nie pracował z tymi zwierzętami. Widząc marne wysiłki podwładnego, Bauer chwycił za barczyk i z całą siłą uderzył chłopaka w kość nosową, łamiąc ją i pozostawiając na zawsze wgłębienie. W ogromnym bólu siedemnastolatek zdołał tylko wydusić z siebie słowa groźby i pragnienie zemsty. Niestety gospodarz rozumiał po polsku i zgłosił młodzieńca Gestapo. Brat Pani Joanny nie musiał długo czekać, aby wtrącono go do obozu i okrzyknięto więźniem politycznym.

Dzięki życzliwości „dobrego Niemca”, u którego przebywała mama Pani Joanny, jej mężowi udało się do niej wrócić. Niestety bez syna, którego zobaczą dopiero dwa i pół roku później. Józef, bo tak miał na imię starszy brat naszej bohaterki, wrócił jako zupełnie odmieniony człowiek.
„On był cały we wrzodach”
O przeżyciach swoich rodziców Pani Joanna wspominała z przejęciem, bo jak mogli czuć się ludzie, kiedy, jak sama mówi ich „dziecko zabrali do obozu koncentracyjnego”? Na pewno nękały ich różne myśli. Strach mieszał się z goryczą, ale na opłakiwanie nie było czasu. Rodzina musiała dalej pracować i trzymać się tej tlącej nadziei, że on wróci.
Józef natomiast został zabrany do obozu koncentracyjnego Buchenwald, gdzie spędził następne dwa i pół roku. Będzie to dla tego młodego mężczyzny czas, który jak jego siostra ze smutkiem w oczach mi wyznała, wspominał do końca swojego życia. Nikt z rodziny, pracującej w pocie czoła w Reiffenhausen, nawet nie podejrzewał, że ich syn, brat stał się obiektem eksperymentów. Dopiero kiedy nastąpiło wyzwolenie w roku 1945, wyszedł z obozu żywy i wrócił do rodziny, która, jak się miało okazać, zaskoczyła go niespodzianką o imieniu Joanna.

Z opowieści matki moja rozmówczyni wie, że choć Józef wrócił cały, to ciągle chorował, jego ciało było pokryte wrzodami. Pani Joanna tłumaczyła, że powstały one w wyniku doświadczeń, których przedmiotem stał się jej brat. Kiedy rodzina wróciła już do Polski, otrzymał on duże odszkodowanie za te męki, lecz zdaje się, że pieniądze, bez znaczenia jak duże, nie są w stanie odbudować złamanej duszy.
Mówi się, że jest czas życia i czas śmierci, a dzieli te dwa okresy cienka granica. Choć Józef przebywał w miejscu pozbawionym nadziei i życia, odzyskał je.
Kiedy rodzina powróciła na Ziemie Odzyskane, nasz bohater poznał kobietę, z którą się ożenił i która miała dać mu wielki powód do radości – córeczkę. W rodzinie przywitano piękną dziewczynkę, która jednak, tak jak ojciec, pokryta była wrzodami. Matka dziecka zmarła przy porodzie. Dziś Joanna uważa, że była to sepsa. Wtedy w rodzinie mówiono o przeklętych wrzodach. Dziewczynka trafiła pod opiekę matki Józefa oraz Pani Joanny, która od tamtego czasu zajęła się wychowywaniem i leczeniem małej Zosi – dziś już dorosłej kobiety.
Józef zmarł 16 lat temu. Wiemy, że ponownie ożenił się i miał dzieci, które tym razem rodziły się bez jakichkolwiek znaków mrocznej przeszłości ojca.
Narodziny Pani Joanny i „brzydkie dziecko”
Wreszcie opowiadana historia kieruje swoje światło na moją rozmówczynie, która, choć sama nie pamięta z tego czasu zbyt wiele, zna tę opowieść ze wspomnień bliskich. Usłyszałam kiedyś, że ludzie najbardziej lubią mówić o sobie, jednak rozmawiając z Panią Asią, nie sposób doznać takiego odczucia. To osoba niesamowicie skromna, nosząca w sobie historię, o której po prostu nie wolno milczeć. W przeciwnym razie – jak u Dostojewskiego – musielibyśmy z przerażeniem zapytać samych siebie: jak to możliwe, że przeżyliśmy życie i nie mamy do opowiedzenia absolutnie niczego?
Pani Joanna przyszła na świat w 1943 roku, dwa lata po wywiezieniu na roboty. Matka bohaterki przebywała u lepszego gospodarza niż jej mąż – Bauera, który skądinąd przyczynił się również po roku do ponownego połączenia rodziny. Jak już wiemy, ojciec wrócił bez najstarszego syna Józefa.
Gospodarz z Reiffenhausen dbał o ludzi na tyle, ile dało się w takowych warunkach. Dzięki zapiskom, które prowadził właściciel i które się zachowały, możemy sprawdzić ile rodzina otrzymywała żywności, a nawet kartek na tłuszcz, mydło, mleko, marmoladę czy cukier. Zapiski Bauera mówią nawet, że każdego dnia otrzymywali pół litra mleka dla dziecka.
Zdaje się, że w życiu bohaterki wojna wraca w postaci formularzy i mnóstwa innych zapisków leżących na stole przede mną. To one stały się powodem potrzeby dowiadywania się o przeszłości. To dzięki nim albo przez nie, Pani Joanna musiała już jako dorosła kobieta, żona i matka stanąć znowu, bardziej dojrzała i świadoma, twarzą w twarz z historią jej rodziny.
Był to zwykły dzień, siódmy miesiąc ciąży, a praca do wykonania nie mogła czekać. Kobieta wyszła w pole jak codziennie i wtedy zaczęła rodzić. Właśnie tu pojawia się wcześniej wspomniana niebieskooka dziewczynka. Wcześniak, który, jak dużo później wyzna córce matka, przerażał swoją różowością. Dziecko dzięki dobroci gospodarza zostało zabrane do szpitala, gdzie spędziło blisko pół roku. Dziewczynka musiała nabrać masy i sił, nim mogła ponownie spotkać się z mamą. W głowie rodzicielki kiełkowała jednak tylko jedna myśl, którą powtórzyła mi nasza bohaterka:
„moja mama się bardzo bała, bo Oni dzieci z niebieskimi oczami to brali jako do tych swoich rodzin”.
Jednakże, szczęśliwie, Pani Joanna wróciła do domu. Matka niosła ją kilkanaście kilometrów ze szpitala do wioski na własnych rękach.
Moja rozmówczyni pokazuje mi mnóstwo różnych ankiet oraz zaświadczeń, które są potwierdzeniem jej narodzin. Papiery te są źródłem informacji nie tylko dla mnie, ale i dla samej bohaterki. Nic zresztą dziwnego, kiedy rodzina wracała do Polski Pani Joanna miała zaledwie trzy lata. Wojnę przeżyła nieświadomie, pod parasolem rodzicielskim, który nie pozwolił, by jakikolwiek cień padł na ten niebieskooki cud.
Ankiety i ciągnące się widmo przeszłości
Zapach kawy w małym domku nad poznańskim jeziorem przenika się z zapachem starego papieru. Stół, przy którym siedzimy, w pewnym sensie przestaje być zwyczajnym meblem i staje się niemym świadkiem historii spisanej w dokumentach. Archiwalne pisma słane do Bydgoszczy, Warszawy czy Łodzi są dowodem istnienia, dowodem tego, że się żyło i jak było się traktowanym. To wszystko tworzy osobliwą mozaikę. To co widzę, jest biurokratycznym cmentarzyskiem walki o sens cierpienia, o pamięć i istnienie.
Dla Pani Joanny te dokumenty stały się przykrym obowiązkiem. Historia w tej rodzinie nie umarła z końcem wojny, ona wraca i nadal puka do drzwi, a właściwie skrzynki na listy. Słane są jej ankiety dotyczące pobytu na robotach przymusowych: pytają o wspomnienia, warunki, dokumenty, zachowane zdjęcia, a nawet uczucia towarzyszące nalotom. Każde z tych pytań i pism otwiera na nowo ranę, która wciąż się sączy i przypomina o wrzodach, o wyrazach twarzy i Bauerach.

Wojna dla rodziców Pani Joanny i jej najstarszego brata była krwawym czasem, pogrążonym w niepokoju i ciemności. Natomiast wojna dla Pani Joanny to wojna z zimną dokumentacją, wypełnianiem rubryk z natarczywymi pytaniami. Młodość dla Józefa okazała się pasmem cierpienia i walką o życie w nie swojej wojnie, za którą zapłacił swoim zdrowiem. Dla naszej bohaterki i jej młodszego brata czas okazał się być bardziej łaskawy. Dziewczynka, choć przyszła na świat w mrocznym roku 1943, zachowała swoje dzieciństwo na biedne, ale szczęśliwe momenty w Polsce. Rodzice zrobili wszystko, aby dym z wojennych pól ich życia nie osiadł na przyszłości tej małej istoty.
To niezwykły, wręcz porażający kontrast: w tej samej rodzinie brat przeszedł przez piekło Buchenwaldu, a siostra została zachowana od mroku tamtego czasu i została ukryta w cieniu wojny. Leżące przede mną stosy dokumentacji i ankiet są jedynie ceną i jej goryczą, z którą nawet dzisiaj musi się mierzyć Pani Joanna.

„Dwa tygodnie żeśmy jechali z Niemiec do Polski”
Nie każdy ma takie szczęście, aby wrócić. Nie każdemu powrót jest dany. Jednak tej rodzinie się to udało. Ten powrót nie miał w sobie nic z wielkości, nie towarzyszyły mu fajerwerki, ludzi ponownie wpakowano w bydlęce wagony, a podróż trwała dwa tygodnie. Droga przepełniona była niepewnością i chłodem dobrze znanych ścian, które w 1941 roku oddzieliły ich od domu i odebrały im już na zawsze cząstkę siebie.
Kiedy wreszcie wrócili na ojcowiznę taty, zastała ich pustka. Żadnego budynku, żadnego zwierzęcia. Nie mieli nic, przyjechali z tym co mieli na sobie i życiem w ręku. Liczyło się, że przetrwali i są razem. Dzięki pomocy ciotki zbudowali coś, co jeszcze przed chwilą było marzeniem: przyszłość. To właśnie tam zaczął się ich nowy rozdział, życie wracało z każdą chwilą. Od ciotki otrzymali kozę, dzięki której mała Joanna miała mleko. Tata śrutował zboże, z którego mama piekła chleb smakujący jak zwycięstwo.
Pani Joanna z delikatnym uśmiechem wspomina ten czas, który jest zakończeniem tej historii. Mówi mi również o przepaści, jaka dzieliła ją i najstarszego brata, nie tylko ze względu na wiek, ale i doświadczenia. Ona i jej młodszy brat otrzymali coś, co zostało wyrwane z rąk Józefowi – beztroskie dzieciństwo. Choć bieda dawała o sobie znać, niczego im nie brakowało i nie odbierało im to dziecięcej radości. To była największa łaska, jaką wywalczyli młodym ludziom rodzice.
Patrząc na moją rozmówczynię, nie mogę przestać myśleć o niebieskookim wcześniaku. Dziewczynka, która ważyła kilogram i osiemset gramów, którą matka rodziła w pyle niemieckiego pola, siedzi przede mną w małym pokoiku, do którego zaglądają ostatnie promienie letniego słońca.
Do pomieszczenia wchodzi jej ukochany, Pan Stanisław. Pyta o herbatę, miło się do mnie uśmiecha i dopytuje o słodkości na stole. W tej chwili cała ta historia o zniewoleniu, cierpieniu i śmierci znika, ustępując miejsca domowej gościnności. Pani Joanna zbiera rozrzucone po stole dokumenty i zamyka je w teczce. Przyglądam się bohaterce jeszcze przez chwilę i znowu widzę noworodka. Przede mną siedzi dorosła kobieta, która przeżyła wojnę, opłakała zmarłych i wychowała następne pokolenia.
Powstało mnóstwo tomisk opisujących tamte wydarzenia. A jednak, siedząc przy tamtym stole, miałam wrażenie, że to właśnie w tym człowieku i w tej teczce ukrywa się historia najbardziej godna opowiedzenia.

Gazeta Mosińsko-Puszczykowska Lokalne wiadomości z Mosiny, Puszczykowa i regionu.

Dziękuję za podzielenie się tą historią.
Bardzo dobry i potrzebny artykuł..byle takich więcej.Reparacje wojenne są konieczne i sprawiedliwe.