Zwykła historia normalnego księdza – ks. Tomasz Szyc i jego droga do Mosiny

„Człowiek jak jest chory, to myśli sobie, że świat go nie chce.”

Taka myśl zakorzeniła się w jego umyśle, kiedy został doświadczony udarem mózgu, który na zawsze odebrał mu pełnię zdrowia. Nigdy nie wiadomo, jak potoczy się życie, ani co czeka nas jutro. Człowiek, który nie chodził, dziś zdobywa góry. Ten, który przez pewien czas nie mówił, od ponad roku przemawia do nas z ambony. Ksiądz Tomasz Szyc obchodził niedawno pierwszą rocznicę swojej posługi w parafii świętego Mikołaja w Mosinie.

– Znowu wrócę do historii. Przepraszam, nie jestem historykiem, ale nawet lubię swoją historię.

– Jest dobra.

– Nie, jest normalna. To życie.

A więc oto normalna historia normalnego księdza, którego mogliście już słyszeć i widzieć, kiedy odprawiał mszę.

Droga do bycia obecnym

–„Powiedział coś takiego, że ja to chyba będę księdzem. Miałem wtedy może cztery, pięć lat.”

To słowa, które są pierwszym kamieniem milowym księdza Tomasza na drodze do kapłaństwa. Usłyszał je jako mały chłopiec od księdza z Tulec – jeszcze wtedy nie wiedział, że okażą się dla niego prorocze.

Jak wielu młodych chłopców był też ministrantem, a służba przy ołtarzu sprawiała mu mnóstwo satysfakcji i dawała poczucie odpowiedzialności za przebieg mszy świętej. Było to dla niego tak ważne, że w sercu pojawiło się pragnienie bycia jak inni duchowni:

–„Była taka myśl, że chcę być jak mój wikariusz, trochę chciałem go naśladować. Bardzo mi się to podobało – do tego stopnia, że zapragnąłem odprawiać mszę świętą tak jak on. Oczywiście jest tu też wątek tego, że będąc dzieckiem, „odprawiało się msze” z klocków LEGO, a pluszowe misie musiały słuchać moich kazań.”

Kiedy misie przestały być wystarczającymi słuchaczami, a matura dawała o sobie znać – jak to bywa przy zwieńczeniu szkoły średniej – należało podjąć jakąś decyzję:

–„Pamiętam, że przed maturą pewien ksiądz, również z mojej parafii rodzinnej, zaprosił mnie na rozmowę, bo coś czuł, że chyba myślę o czymś innym – o kapłaństwie. Wtedy powiedział mi bardzo ważne zdanie: »To może pojedź do seminarium i zobacz, jak to wygląda«. Pojechałem, zobaczyłem i mi się spodobało. Dobrze się tam czułem, ale była jeszcze przede mną matura. Zdałem ją, a po wszystkim mój proboszcz, umówił mnie na rozmowę z przełożonymi seminarium i mnie tam zawiózł. Pojechałem i okazało się, że zostałem przyjęty – klerykiem zostałem w 2011 roku.”

Ostateczne rozstrzygnięcia często przychodzą niespodziewanie – i od razu wywracają codzienność do góry nogami.

–„W Dzień Ojca, 23 czerwca, 2011 roku, w Boże Ciało, podjąłem decyzję. Po procesji, przy obiedzie powiedziałem rodzicom, że chcę iść do seminarium, że chcę być księdzem. Był to „lekki” szok. Od razu ruszyła akcja: »No tak, Tomek, ty nie masz prawa jazdy, musisz zrobić prawo jazdy, bo ksiądz musi jeździć!«. A ja w ogóle o tym nie myślałem. Druga sprawa: trzeba jak najszybciej powiadomić obie babcie, wszyscy muszą wiedzieć. Od razu! Więc od razu: »Jedziemy! Pakujemy się do samochodu i jedziemy do babci«.”

I wydawać by się mogło, że teraz wystarczy się już tylko kształcić, wzrastać w wierze i zwyczajnie zostać księdzem. A jednak życie często pisze inne scenariusze, niż byśmy się spodziewali.

–„Zacząłem seminarium 11 września 2011 roku, a na drugi dzień zmarł mój poprzedni proboszcz, będący już wtedy na emeryturze – ksiądz Jerzy Kędzierski. To było dla mnie bardzo mocne przeżycie. Jeden z moich autorytetów i wzorów kapłaństwa odchodzi w momencie, kiedy ja wstępuję do seminarium. Poczułem wtedy, że muszę go zastąpić. Że gdzieś tam zrobiła się dziura na liście księży, więc to ja jestem tym, który ma zastąpić księdza Jerzego. Żeby nie było pustego miejsca.”

Ksiądz Tomasz z papieżem Leonem w Rzymie w 2025 roku
Ksiądz Tomasz z papieżem Leonem w Rzymie w 2025 roku.

 „Zdążyłem, przeżyłem i jestem”

A później nadszedł listopad…

–„To był ten sam rok. Ósmego listopada bardzo źle się czułem, ale stwierdziłem, że jednak będę między ludźmi. Pojechałem więc z kolegami na zajęcia z WF-u, na basen. I tam miałem udar mózgu. Miałem 18 lat.”

Dopóki człowiek jest sprawny i zdrowy, łatwo zapomnieć, jak wielkim przywilejem jest zwyczajne chodzenie, bycie i funkcjonowanie bez niczyjej pomocy.

–„Początek seminarium i wszystko zostało przerwane w jednej chwili. Nie mówiłem, nie chodziłem, jeździłem na wózku. Nie straciłem jednak świadomości, więc wszystko pamiętam. Ratownicy rozmawiali między sobą, że chyba nie zdążą, bo w mieście są korki. Wtedy przypomniał mi się Jan Paweł II, który zawsze, gdy jechał do szpitala, modlił się i prosił Matkę Bożą o wsparcie. Skojarzył mi się wtedy obraz Matki Boskiej Częstochowskiej z pokoju moich dziadków – przywołałem go w myśli i po prostu modliłem się »Zdrowaś Maryjo« tak, jak potrafiłem. I tyle. Zdążyłem, przeżyłem i jestem.”

A później, kiedy już się jest, trzeba walczyć. Ta walka trwa zawsze – czasem jest głośna, a czasem nawet nie umiemy jej dostrzec, usłyszeć ani zauważyć. Jestem, a więc walczę – powiedziałby jakiś filozof. Ale to zwykła historia, więc powiedziałby to również zwykły człowiek.

–„Powrót ze szpitala do domu był ogromnym przeżyciem dla mnie, dla moich bliskich i dla całej rodziny – żeby w ogóle odnaleźć się w tej nowej sytuacji. Miałem być klerykiem, w naszych głowach była wizja, że zostanę księdzem, a tu nagle do domu trafia osoba ledwo chodząca, na wózku.”

Siedzenie w czterech ścianach bez możliwości ucieczki jest przytłaczające, bo żeby uciec, trzeba jeszcze móc to zrobić.

–„Człowiek, jak jest chory, to myśli sobie, że jakoś tak świat go nie chce. To było bardzo mocne zderzenie z rzeczywistością. Człowiek czuje się niechciany, niepotrzebny, czuje się ciężarem dla innych. Mocno to przeżyłem, ale też dzięki temu dziś potrafię zrozumieć osoby starsze i chore, które mierzą się z cierpieniem – ze swoim własnym krzyżem. Człowiek w takim stanie chce zamknąć się w domu. To jest taki stan depresyjny. Całe szczęście miałem wokół siebie wspaniałych ludzi – zawsze na takich trafiam, nawet w szpitalu na pielęgniarki, rehabilitantów czy lekarzy. I ci wspaniali ludzie dbali o to, żebym nie był sam. Odwiedzali mnie w szpitalu, a potem w domu. To pomagało mi stawać na nogi.”

Dla dziecka proces nauki chodzenia jest czymś naturalnym. Robi to pierwszy raz. Jednak dla dorosłego człowieka, który już to potrafił, a musi uczyć się tego od nowa – to zupełnie inna historia.

–„Pamiętam pierwszy spacer i wyjście z domu. Chodziłem bardzo kiepsko. Z jednej strony trzymała mnie jedna osoba, z drugiej miałem kij, a obok szła jeszcze kolejna osoba do asekuracji. I tak sobie wyszedłem na miasto. To był po prostu szok. Ludzie, którzy mnie znali, zaczepiali mnie, dodawali otuchy, mówili, że są, wspierają i pamiętają. Dla mnie to był ogromny krok i pierwszy sukces, bo coś, co jeszcze tydzień wcześniej wydawało się niemożliwe, wydarzyło się – chodziłem. Tych sukcesów było potem coraz więcej. Człowiek nabierał wiatru w żagle: kolejne spacery już tylko z jedną osobą do pomocy, a potem kolejne rehabilitacje i szpitale. Trudno to zliczyć – trwało to trzy lata. Tydzień w domu, kilka tygodni w szpitalu i tak w kółko.”

Nawet po najgroźniejszej burzy przychodzi nowy dzień. Nie zawsze słoneczny. Czasem pochmurny, ale przychodzi.

–„W 2014 roku znajomi zaproponowali mi wspólny wyjazd. W Tatry! Ja – prawie niechodzący, a oni: »Słuchaj, pojedziemy w góry, bo wiemy, że je lubisz«. Mówię: »No dobrze, ale przecież ja nigdzie nie wejdę!«. »Jak to nie wejdziesz? Pomożemy ci!«. Co prawda Giewontu nie zdobyłem, ale na Kasprowym Wierchu byłem – a przecież Kasprowy jest wyżej niż Giewont! Udało się. Poczułem, że po udarze, wciąż można zdobywać góry. Te góry dały mi ogromną motywację. Do tego stopnia, że jeździliśmy w nie przynajmniej raz w roku.”

Nauczyciel, który idzie krok w krok

–„Pojawił się wtedy pomysł, żeby rozpocząć studia teologiczne, świeckie. Żeby jako osoba świecka, która nie jest klerykiem, skończyć teologię. Perspektywa była taka: zostaniesz katechetą w szkole. Nie podobało mi się to. Ale zaryzykowałem, bo w życiu trzeba podejmować ryzyko. Zacząłem te studia, myśląc, że chyba nie dam rady, że ich nie skończę. Każdego dnia jeździłem, studiowałem, aż w końcu je ukończyłem i zostałem katechetą. Nigdy nie chciałem być nauczycielem. Może kiedyś miałem plany, żeby uczyć, ale nie religii, tylko geografii. A stało się tak, że uczę religii. Nigdy o tym nie marzyłem, ale z czasem bardzo mi się to spodobało. Pracowałem w Szkole Podstawowej im. Jana Pawła II w Szczodrzykowie. Była tam fantastyczna atmosfera. Wszyscy byli nastawieni bardzo życzliwie i z czasem poczułem, że chyba odnoszę w tej szkole jakieś sukcesy, że jakoś mi to idzie. Chociaż nie czułem się jak nauczyciel – bardziej przyjacielem i towarzyszem. Nie kimś, kto stoi nad uczniami i wymaga, ale kimś, kto idzie z nimi pewną drogą. Bo ja już jakąś drogę przeszedłem, i teraz mogę wskazać tylko kierunek. I kimś takim zawsze staram, się być dla uczniów.”

Ksiądz Tomasz Szyc podczas bierzmowania w Mosinie pierwszego czerwca 2026 roku.
Ksiądz Tomasz Szyc podczas bierzmowania w Mosinie pierwszego czerwca 2026 roku.

Ryzyko bywa jak zakazany owoc – z tą różnicą, że często to my sami nakładamy na siebie zakazy, choć nikt inny tego od nas nie wymaga. Czasem warto sprawdzić, co kryje się po drugiej stronie obaw.

–„Więc czasami jest tak, że czegoś się boimy, a okazuje się, że to wcale nie jest takie straszne. I nagle pojawiła się możliwość powrotu do seminarium. Musiałem z tej szkoły odejść w 2020 roku – po studiach, po obronie pracy magisterskiej, po dwóch latach wspaniałej przygody.”

Sypana kawa w niebieskim kubku

Czasami przełomowe rzeczy zaczynają się od zupełnie zwyczajnej rozmowy.

–„Tak się po prostu sprawy potoczyły, że znalazłem się z powrotem u przełożonych seminaryjnych na rozmowie. Miało to być zwykłe spotkanie z cyklu: »co u mnie słychać«. Po czym we wrześniu dostałem telefon od przełożonych, że ksiądz Arcybiskup wyraził zgodę i mogę wracać do seminarium po dziewięciu latach urlopu zdrowotnego. Nie zastanawiałem się ani sekundy.”

– Czyli to pragnienie w sercu nigdy nie zgasło?

–„Tak, to było bardzo mocne, tylko nie zawsze ujawniało się na zewnątrz. Gdzieś tam głęboko czekało… w sercu. Pan Bóg zaplanował, że tak ma wyglądać ta droga.. Wróciłem do seminarium w 2020 roku i okazało się, że muszę spędzić w nim siedem lat. Formacja wydłużyła się z sześciu do siedmiu lat, bo dołożono rok propedeutyczny – taki wstępny, zerowy. Ukończyłem propedeutyk w Nadziejewie, a później pierwszy i drugi rok w seminarium w Poznaniu. Po drugim roku przełożeni podjęli decyzję, że moja formacja zostanie jednak skrócona. W tym czasie pracowałem jako kleryk w szkołach w Poznaniu – między innymi w Paderku, potem w III Liceum Ogólnokształcącym, a na końcu w Zespole Szkół Ekonomicznych.. Szkoły średnie były mi bardzo bliskie, fantastycznie się tam odnajdywałem.”

Czasami Bóg – albo los, jak kto woli – każe nam czekać dostatecznie długo, bo wie, że owoce tej cierpliwości będą znacznie większe, niż się spodziewamy.

–„16 grudnia 2024 roku, przyjąłem święcenia diakonatu i otrzymałem moją pierwszą parafię diakońską – parafia Chrystusa Odkupiciela w Poznaniu na Osiedlu Warszawskim. Tam zdobywałem pierwsze szlify w pracy w Parafii i wiedziałem, że tego pragnę… Święcenia kapłańskie otrzymałem 31 maja 2025 roku, więc od roku i czterech miesięcy jestem księdzem. Po święceniach kapłańskich w katedrze jest zwyczaj, że nowi księża idą z Arcybiskupem do Pałacu Arcybiskupiego i tam otrzymują pierwsze dekrety. Od księdza Arcybiskupa Zbigniewa Zielińskiego dowiedziałem się, że zostałem posłany do parafii Świętego Mikołaja w Mosinie. Gdy usłyszałem »Mosina«… niezwykle się ucieszyłem.”

Jeśli ktoś szuka w tej historii zbiegów okoliczności, to nie był to jedyny taki moment. Oto kolejna z tych sytuacji, które trudno wytłumaczyć zwykłym przypadkiem.

–„Przed święceniami jeden z kolegów powiedział mi: »Słuchaj, ty chyba pójdziesz do Mosiny«. Pomyślałem tylko: »Co ty wymyślasz!«. A okazało się, że to było proroctwo. Opowiadałem też inną historię na jednym z kazań – na dwa, trzy dni przed święceniami śniło mi się, że piję kawę z niebieskiego kubka z proboszczem w Mosinie. Przyjeżdżam więc do Mosiny po odebraniu dekretu, około godziny 10:00, żeby się przywitać i przedstawić. Proboszcz zaprasza mnie do środka i mówi, że jest akurat po śniadaniu, po czym pyta, czy ja jadłem. Odpowiadam: »Jestem już po śniadaniu i po mszy, przyjechałem tylko na kawę, żeby się pokazać. Szczęść Boże, jestem ksiądz Tomasz«. Proboszcz pyta: »A wypijesz kawę? Sypana czy rozpuszczalna?«. Odpowiedziałem, że sypana. I dostałem dokładnie taką kawę w niebieskim kubku! Wyglądał identycznie jak ten z mojego snu. Wtedy pomyślałem sobie po prostu: »Panie Boże, Ty naprawdę chcesz, żebym ja tu był«.”

Celebrować należy to, co zasługuje na celebracje. A pierwszej mszy po prostu nie da się odprawić bez radości.

–„O tak! Moją pierwszą mszę prymicyjną sprawowałem pierwszego czerwca w Kórniku, dzień po święceniach. Przygotowywałem się do niej ponad rok. Zależało mi na dobrym i głębokim przeżyciu tego, co tam się wydarza. Parafianie z Mosiny pamiętają jeszcze moje pierwsze msze, tu, w Mosinie, które trwały ponad godzinę. Jak się zostaje księdzem, to się cieszy, że można tę mszę odprawić, więc to celebruje. Celebruje i chce też, żeby to było dobrze zrobione. Więc jak się człowiek stara to robi troszkę wolniej. Chyba, że jest sportowcem i musi szybko dobiec do mety. Ale ja nie jestem sportowcem, nie biegam”.

Każdy z nas coś tworzy – buduje warunki, miejsca, otoczenie. Każdy coś od siebie daje i to właśnie na tym polega tworzenie dojrzałych relacji.

–„Otrzymałem też od razu duże światło i poczucie, że jest tutaj konkretna sprawa do zrobienia. Nadal mam w sobie te przekonanie, że w tej parafii kryją się ogromne możliwości i są tu ludzie, którzy chcą czegoś więcej. Nie chodzi przecież tylko o to, żeby „odhaczyć” niedzielną mszę. Parafia powinna być jak dom. Jesteśmy w nim razem i każdy ma swoje obowiązki i zadania. Ja jako ksiądz mam swoje, ministrant ma swoje, parafianie swoje. Chodzi o to, żeby w tym domu każdy czuł się dobrze. Żeby nikt nie miał poczucia, że jest mniej potrzebny, źle przyjęty, czy potraktowany nieżyczliwie. Dlatego tak bardzo dbam o atmosferę. Kiedy czuję, że ona czasami „siada”, zawsze bardzo mnie to martwi.”

Czy potrafisz być sam?

–„Kapłaństwo to jest posługa, która polega na spotykaniu ludzi. To jest spotkanie człowieka i bycie z nim. Samotność w kapłaństwie też jest. To też się przeżywa, to warto przeżyć dobrze. Jakbym miał komuś dawać wskazówkę, na przykład klerykowi, czy jakiemuś chłopakowi, który chce być księdzem, to zapytałbym, jak przeżywasz samotność. Czy potrafisz być sam? Dobrze się z tym czujesz?”

Kapłaństwo jest więc nieustannym byciem z ludźmi. A jednak, nawet to nie chroni przed samotnością.

–„Wiele jest takich dni, że się wraca do pustego domu, albo się usiądzie i popłacze, albo pomodli się i kładzie się spać. I wstaje się następnego dnia i jest kolejna robota do wykonania. I tak mija dzień za dniem. I nie ma wolnej niedzieli. Ale wiedziałem na co się piszę. Tak to już w tym kapłaństwie jest.”

Najnowszym planem na nowy rok duszpasterski jest „Lądowisko” w Mosinie. Siostry Uczennice Krzyża i ksiądz Tomasz serdecznie zapraszają do dołączenia do wspólnoty i przybywania już niebawem. Spotkania będą odbywać się w piątki o godzinie 19:00 w Salce Domu Katolickiego.

„Mosiniacy wiedzą co mi w duszy gra”

–„Kiedy jako dziecko tak myślałem, że chyba zostanę księdzem, to wtedy otwierałem sobie Pismo Święte i szukałem słowa, które jest dla mnie. I znajdowałem słowo, na przykład: „pójdź za mną, uczynię cię rybakiem ludzi”, „kogo mam posłać”, „Oto ja, poślij mnie”, „pójdziesz, do kogokolwiek cię poślę”. Więc, jako ksiądz codziennie doświadczam tego, że Pan Bóg działa, poprzez mnie. No, powiecie, to nie są cuda – i to nie są cuda takie jak Pan Jezus czynił, uzdrawiał i wskrzeszał i rozmnażał chleb. To są takie rzeczy, które świadczą o tym, że przez moje czynności Pan Bóg działa. I że ja jestem potrzebny – myślę tu przede wszystkim o sprawowaniu sakramentów. Nawet wtedy, kiedy jestem zmęczony. Jestem księdzem, ale jestem też człowiekiem w pierwszym rzędzie.  Też mam prawo być zmęczony, mam prawo być chory, mam prawo powiedzieć, że nie jestem w stanie czegoś zrobić. Bo tak po prostu jako ludzie mamy, prawda?”

Mówi się czasem, że jedynym miejscem, w którym można poznać księdza – i polubić go lub nie – jest ambona. To dość powierzchowne kryterium, bo przecież każdy z nas szuka w słowie czegoś innego, ale wciąż wielu po tym ocenia duchownych.

–„Mosiniacy prawie codziennie mogą usłyszeć jakieś moje kazanie, więc wiedzą co mi w duszy gra.  Zanim powiem kazanie, to najpierw trochę to słowo przetrawię sam. Sam dla siebie. I to, co mówię, to jest też to, co bym chciał usłyszeć. Nie mówię kazania tylko do tych ludzi, którzy mnie słuchają, którzy są w kościele albo do tych, których nie ma czasami w kościele. Kazanie ma taki cel, że ma zmieniać ludzkie serca. Najpierw ma zmienić moje serce. A jak Pan Bóg działa przez to słowo, tego ja nie wiem, ale działa. Z tym już też się spotkałem nie raz. Powiedziałem kiedyś króciutkie kazanie. Duch Święty czasami tak działa w życiu, jak jest się otwartym na jego działanie, że pozwoli powiedzieć te kazanie. Pozwoli też przemóc te ludzkie ograniczenia, stres. Kazanie w mojej opinii może było wtedy beznadziejne, tragiczne, ale później ktoś podszedł i powiedział: »Dziękuję księdzu, bo to do mnie trafiło. I wpłynęło na moją sytuację, w jakiej jestem«. I ja dziękuję Wam za to, że jestem Wam potrzebny, że mam dla kogo odprawić mszę świętą.”

Autor Julita Kempa

Sprawdź również

Ojciec Święty i b. Marian. Brat Marian Markiewicz wspominał czasy pontyfikatu Jana Pawła II.

Nie żyje brat Marian Markiewicz ze Zgromadzenia Braci Serca Jezusowego w Puszczykowie

W sobotę 8 sierpnia zmarł brat Marian Markiewicz ze Zgromadzenia Braci Serca Jezusowego w Puszczykowie. …

Jeden komentarz

  1. Ta dziewczyna pisze dla tej gazety bardzo ważne teksty o ludziach, których codziennie mijamy na ulicy. Piękny artykuł pani redaktor, wzruszył nawet mnie.

Dodaj komentarz