Znikająca literatura – o karmieniu AI

W czasach II wojny światowej powszechnym zjawiskiem było palenie książek. Uznawano je za szkodliwe dla społeczeństwa, trafiały więc na listy zakazanych pozycji, a następnie na stosy, które miały unicestwić zawartą w nich myśl.

Mam wrażenie, że dzisiaj dzieje się coś podobnego – z jedną, dość istotną różnicą: te książki wcale nie są zakazane.

Antykwariaty i księgarnie pustoszeją. Obroty na tym rynku rosną, a wraz z nimi znika coraz więcej egzemplarzy. Znikają całe palety. Stare tomiska, które przez dziesięciolecia przechowywały czyjeś myśli, historie i wyobraźnię, przestają być literaturą, a zaczynają być zwykłym surowcem. Pozostają po nich tylko nieme trociny – świadectwo tego, że kiedyś były czymś więcej niż odpadkiem.

Zamordować książkę

Tworząc dzieło, trzeba je czymś nakarmić. Kupując płótno, nie sprawimy przecież, że samoistnie powstanie na nim piękny obraz – trzeba nakarmić je farbą. Aby powstała książka, trzeba nakarmić papier słowami. Nic więc dziwnego, że AI również musi być nakarmione, prawda? Nie może przecież chodzić głodne.

Jedzeniem dla naszego cyfrowego przyjaciela – tego, który podpowiada Wam, drodzy czytelnicy, odpowiedzi na nawet najprostsze pytania – są książki. Całe pokłady ludzkiej wiedzy, wyobraźni i doświadczenia stają się jego pożywieniem.

Z USA płyną maile. Początkowo trafiały do Japonii, dziś docierają nawet do Polski. To wiadomości z wykazem najbardziej poszukiwanych pozycji. Nie znikają pojedyncze egzemplarze – znikają całe nakłady. Później nadchodzi czas ich egzekucji. Niegdyś piękne, kolekcjonerskie grzbiety zostają bestialsko odcięte, a treść, którą zawierają, zostaje zeskanowana, by nakarmić wiedzą cyfrowe widmo.

Prawo - książki
Grzbiety, które mogą zostać odcięte 

W większości przypadków dotyczy to książek, na które popyt już dawno spadł. Dzisiejsza żywotność rynkowa tytułu to zaledwie dwa tygodnie – chyba że okaże się bestsellerem. Dla wydawców i antykwariuszy wiadomość z propozycją odkupienia zalegających wolumenów staje się więc pokusą i szansą na duże pieniądze. Zgoda na taki handel to jednak również przyzwolenie na „cyberprzemiał” i nieodwracalną utratę sporych zasobów naszego dziedzictwa kulturowego.

Szczęśliwy dom, gdzie książki są

Parafrazując znane ludowe przysłowie: tak jak dawniej o domowym szczęściu świadczyły pająki pod strzechą, tak dziś mogą świadczyć o nim książki na regałach. Tymczasem Biblioteka Narodowa w swoich badaniach wskazuje, że 41% Polaków zadeklarowało, iż przeczytało przynajmniej jedną książkę w roku. Stan ten nie zmienił się ani o jeden procent w stosunku do lat ubiegłych. Ponadto badania potwierdzają, że książki drukowane nadal cieszą się większym zainteresowaniem niż ich cyfrowe edycje.

Jak więc widać, Polska nie stała się zupełnie nieczytającym krajem, a biblioteki czy księgarnie, choć nie tak często jak niegdyś, są wciąż odwiedzane. Czy więc sprawa dotycząca karmienia AI nie powinna nas niepokoić?

Maile, które docierają do Polski, to wykazy literatury dotyczącej naszej historii, filozofii i kultury. Właściciel „Antykwariatu Zakładka” na warszawskiej Pradze opublikował krótki materiał, w którym czyta wiadomość otrzymaną od kanadyjskiej firmy Zoom. Ich celem nie był zakup pojedynczych egzemplarzy, lecz ich hurtowych ilości. Szukają w polskich antykwariatach, bibliotekach i księgarniach ponad 800 tysięcy polskich tytułów.

Ogromne liczby, których poszukują, to oczywiście równie ogromny zysk. Należy jednak zadać pytanie: czy ktoś się na to zgodzi i czy będzie to zgodne z misją antykwariatu? To nie jest cyfryzacja dziedzictwa, które będzie można później podziwiać w Internecie. To skanowanie destrukcyjne. Zeskanowane strony trafiają do przemiału, a pozyskana treść staje się pożywieniem do trenowania sztucznej inteligencji. Czy naprawdę w tym przypadku można mówić o celu, który uświęca środki?

Być może na regałach w naszych domach również znajdują się tytuły, które ktoś chciałby zeskanować. To dzieła i wielkie słowa, które niebawem mogą stać się ostatnimi fizycznymi wydaniami w naszych rękach.

Biblioteka w Mosinie
Biblioteka w Mosinie

Kradzież inteligencji

Odpowiedzialność to duże słowo. To konsekwencja, czasami niechciana, a prawdę mówiąc: częściej niż czasami. Każdy jest odpowiedzialny za swoje słowa i dzieła. Tak samo jak rodzic odpowiada za dziecko, tak twórca AI odpowiada za swój twór.

To, że dzieci dorastają i się buntują, to osobna kwestia. Sztuczna inteligencja również dorasta z dnia na dzień i potrzebuje coraz więcej pokarmu oraz przestrzeni do rozwoju – bo rozwój raczej się nie cofa, prawda?

Jest więc oczywiste, że za stworzenie tego cyfrowego tworu – który podpowiada jak coś działa, pomaga pisać maile, szuka porad dotyczących diety czy wspiera w podejmowaniu prostych decyzji życiowych – odpowiada człowiek.

Jesteśmy odpowiedzialni, a odpowiedzialny rodzic karmi swoje dziecko. Twórcy AI muszą je więc nakarmić. Ceną za to stają się wielkie słowa wielkich ludzi – twórców, którzy nie znali świata, w którym ludzkie role przyjaciół, terapeutów czy doradców przejmuje sztuczna inteligencja. Tamten świat kierował się naturalną inteligencją, którą każdy z nas posiada i jak dowodzą nie tak odległe czasy – człowiek wcale nie potrzebował jej sztucznego zamiennika.

Autor Julita Kempa

Dodaj komentarz