Henryk Pruchniewski | wtorek, 28 Sty, 2014 |

Wolność przyszła w mroźny, styczniowy ranek

Ostatnio udało mi się zdobyć parę ciekawych egzemplarzy archiwalnych gazet. Jedna z nich to „Jednodniówka” wydana przez Miejski Ośrodek kultury w Mosinie w styczniu 1974 r. i zatytułowana „Ziemia mosińska i okolica”. Jest to ośmiostronicowy egzemplarz, podzielony na dwie części. Pierwsza zawiera sprawy związane z Mosiną, druga pod hasłem „Tu Puszczykowo” podaje informacje z życia Puszczykowa.

Moją uwagę zwrócił tytuł ze strony pierwszej „Wolność przyszła w mroźny, styczniowy ranek”, dotyczący 29 rocznicy wyzwolenia Mosiny spod okupacji hitlerowskiej. Były to pierwsze słowa wywiadu, jaki przeprowadził redaktor Marian Strenk z p. Stanisławem Rybarczykiem, naocznym świadkiem tych wydarzeń. Dodajmy – rodowitym mosiniakiem, uczestnikiem Powstania Wielkopolskiego, odznaczonym Wielkopolskim Krzyżem Powstańczym, Krzyżem Kawalerskim Odrodzenia Polski i wieloma innymi odznaczeniami.

Na pytania red. Strenka, jak do tego doszło i jak wyglądały pierwsze dni wyzwolenia, p. Rybarczyk odpowiedział, że na dwa tygodnie przed wyzwoleniem miasta zaczęli uciekać cywilni Niemcy, w pośpiechu opuszczali zagrabione domostwa i mienie. Zaczęto również w pośpiechu organizować obronę miasta. Z pobliskich garnizonów sprowadzono dodatkowe oddziały. Były to jednak w większości jednostki, tzw. volksstrum czy głębokie rezerwy. Obsadzano nimi punkty strategiczne, takie jak rów przeciwpancerny na Czarnokurzu, biegnący od szosy Poznańskiej aż do Niwki. Rów ten o kształcie stożka miał wymiary 10 m szerokości i 4 m głębokości, tu ciekawostka, z forsowaniem tej przeszkody Rosjanie nie mieli żadnego problemu. W dalszej kolejności p. Rybarczyk wspomina, że Niemcy uciekając wysadzili betonowy most na kanale, łączący dwie części miasta. Mówi też o podpalonym kościele, gdzie okupant miał magazyny odzieży wojskowej, o podpaleniu magazynów Barwy i magazynów przy ul. Pożegowskiej. Pan Rybarczyk mówi też, że w tym samym czasie, w konspiracji zaczęły działać tzw. grupy aktywistów, mające na celu bezpieczeństwo ludności cywilnej. Chodziło o to, by w czasie ucieczki Niemców nie robić czegoś nieprzemyślanego, co mogłoby spowodować straty wśród ludności miasta. Inicjatorami tych poczynań byli Bernard Stefański i Piotr Nazorko. O tym, że słuszne były te działania niech świadczy fakt, że w ostatnich dniach okupacji nie zginął żaden mieszkaniec miasta.

Pierwsi po wojnie pracownicy ówczesnego magistratu

Pierwsi po wojnie pracownicy ówczesnego magistratu

W końcu nadszedł upragniony dzień 25 stycznia 1945 roku. Do miasta wkracza armia radziecka. Tu przerywam wspomnienia p. Stanisława Rybarczyka, uczestnika tych dramatycznych wydarzeń, bowiem uświadomiłem sobie, że ja też w tym czasie tam byłem. Widziałem na własne oczy palący się kościół i ludzi próbujących go gasić, a jednocześnie próbujących wydostać coś z tych palących się rzeczy. Dowodem na to, że udało się trochę ubrań uratować byli ludzie w Mosinie, noszący przez jakiś czas wojskowe swetry.

Dla porządku muszę wyjaśnić, że w czasie wyzwolenia Mosiny byłem 11 letnim, ciekawym wszystkiego chłopakiem. Na dodatek mieszkaliśmy na strategicznym terenie działań wojennych, a mianowicie przy obecnej ulicy Rzeczypospolitej Mosińskiej, dokładnie – w ostatnim domu, idąc w kierunku Puszczykówka, tuż przed torami kolejowymi. Dom dziadków Piechockich był duży, oprócz dziadków, trzech wujów, moich rodziców i siostry mieszkali jeszcze lokatorzy. Wśród nich, a byli to moi rówieśnicy, był Stasiu Fiszer i Zbyszek Miszczak. Pamiętam doskonale, że pierwszego żołnierza radzieckiego zobaczyłem rano 25 stycznia, kiedy to ojciec pozwolił nam opuścić piwnice. Był to oficer, który wszedł do naszego domu i pytał o drogę na Stęszew. Pamiętam też, że przed wypiciem kawy zbożowej zasugerował, żeby ojciec pierwszy tej kawy spróbował…

Przypomniałem sobie czołg stojący tuż za domem oraz grupę rosyjskich żołnierzy. W pewnym momencie grupa ta została ostrzelana przez Niemców z broni maszynowej z okna szkoły, obecnie nr 1. Ostrzał nie trwał długo, ponieważ czołg wyjechał na środek ulicy i odpalił dwa pociski w kierunku szkoły. Udając się później do miasta, widzieliśmy uszkodzony dach i okno szkoły, a wujowie opowiadali, że zginęło tam kilku Niemców. Opowiadali również, że podobno zginęła także cała obsada karabinu maszynowego, którą Niemcy ustawili na dachu najwyższego domu przy ul. Zieleniec, stojącego tuż przy torach i szosie Poznańskiej.

Warto przypomnieć, że dom państwa Czajkowskich jeszcze przez długie lata nosił na ścianie ślady po pociskach z broni maszynowej oraz dwa duże ślady po pociskach armatnich.

Wracając do wywiadu z p. Rybarczykiem, trochę mnie zastanawia, że nie wspomniał ani razu o poległych żołnierzach lub rannych. Natomiast na rynku mówiono, że kilku rannych Rosjan odwieziono do szpitala w Ludwikowie. O zabitych Rosjanach nie mówiono. Głośno za to było o ośmiu zabitych Niemcach, którzy leżeli w oborze na Budzyniu. Naturalnie byliśmy z wujami ich obejrzeć, dla mnie po tylu latach jest to nadal coś strasznego, tym bardziej, że zabici nie mieli butów…

Przypominam sobie też epizod, bodajże z drugiego dnia wolności, kiedy wujowie z palących się magazynów na Pożegowskiej przywieźli na sankach bardzo duży worek cukru. Była wielka frajda – w całym domu robiono (smażono) cukierki, coś w rodzaju krówek.

Wracając do wspomnień, pan Rybarczyk mówi, że „do miasta wkroczył batalion czołgów pułkownika Momonowa. Mimo mrozu i dużego śniegu zaludniły się ulice, miasto zapulsowało życiem. Radosny śmiech przeplatał się ze łzami, polskie słowa zlewały się z rosyjskimi”. I dalej, p. Rybarczyk komentuje: „ Pułkownik Mamonow zostaje komendantem miasta, ja zostałem przez niego powołany na kierownika piekarni wojskowej, gdzie pracowałem ponad rok. Wraz ze mną pracowali: Czesław Wąsiewicz, Andrzej Dąbrowski, Józef Mansfeld, mój syn Marian i wielu innych. Miasto zaczęło żyć już od chwili wyzwolenia. Zaczęto porządkować opuszczone zakłady i odbudowywać wysadzony most”.

Wywiad kończy się tak: „Dla Pana wyzwolenie było podwójnym świętem. – Tak, wolność dla miasta była również wolnością dla mej dziewięciodniowej córeczki Janki”.

Stanisław Rybarczyk wspominał o tych wydarzeniach po 29 latach (wywiad ukazał się w roku 1974), ja również wspominam je, tyle, że po 69 latach…

Henryk Pruchniewski

VN:F [1.9.22_1171]
Ocena artykułu: 8.0/10 (Głosujących: 22)
Wolność przyszła w mroźny, styczniowy ranek, 8.0 out of 10 based on 22 ratings

Napisano przez Henryk Pruchniewski Posted in Mosina, Puszczykowo

Tagi:

Henryk Pruchniewski

Wieloletni współpracownik Gazety Mosińsko-Puszczykowskiej, mieszkaniec Mosiny, kolekcjoner, numizmatyk, zbieracz świadectw historii, śp. Henryk Pruchniewski.

Skomentuj