Berdychowski Volkswagen - Nowy T-Roc WGN Nieruchomości
Magdalena Zgrzeba | środa, 4 maj, 2022 | 1 Komentarz

Zdali test na człowieczeństwo celująco, choć zapłacili za to życiem. Historia rodziny Hoffów z Rogalinka

Część osób na zdjęciu szeroko się uśmiecha. U niektórych widać spore przejęcie – w końcu obecność aparatu fotograficznego w 1941 roku to nie codzienność. Patrząc na tą czarno-białą fotografię nikt by nie przypuszczał, jak straszną historię przeżyje chwilę później ta rodzina: Rozalia i Ignacy Hoffa z Rogalinka wraz z dziećmi.
Był upalny czerwiec 1941 roku, kiedy nad brzegiem Warty, w szuwarach, synowie Rozalii i Ignacego Hoffów zauważyli trójkę młodych mężczyzn. Prosili o pomoc, jedzenie i odzież, bo jedyne co mieli, to zarzucone na siebie ubrania, czyli angielskie mundury. Chcieli odpocząć parę dni, najeść się, wyspać i ruszyć dalej. Jednak zaostrzenie i zwiększenie kontroli wywołanej wojną niemiecko – rosyjską spowodowało, że przemieszczanie się na własną rękę stało się niemożliwe. W wyniku tego trójka zbiegłych jeńców została u rodziny Hoffów przez całe lato i jesień, pomimo oczywistego ryzyka dla rodziny, wynikającego z ukrywania Anglików: możliwego wyroku śmierci.

Ciasnotę można przetrwać przez jakiś czas. Kiedy zbliżała się zima, Ignacy postanowił zgłosić się do ruchu oporu, by rozdzielić angielskich gości po innych domach. Parę dni później w domu Hoffów u brzegu Warty pojawił się Konrad Latanowicz, komendant działającej na obszarze Rogalinka grupy konspiracyjnej „Dla Ciebie Polsko” wraz z przedstawicielami rodzin Jabłeckich i Juchaczów z Rogalina. Jeden z Anglików udał się pod osłoną nocy do Poznania, do obozu jeńców wojennych. Dwóch pozostałych w kolejnych miesiącach zmieniało miejsca pobytu pomiędzy wspomnianymi rodzinami: tak było bezpieczniej zarówno dla gospodarzy, jak i ukrywających się mężczyzn.

Na zdjęciu_ od lewej stoją Konrad Latanowicz, Jimm Pritchard, Clark (Anglik, przyszedł z Latanowiczem), Francis McElwee, Norman Cullity, Stefan Hoffa, Mieczysław Sumiński (przyszedł z Latanowiczem). Siedzą, od lewe (1)

Na zdjęciu od lewej stoją Konrad Latanowicz, Jimm Pritchard, Clark (Anglik, przyszedł z Latanowiczem), Francis McElwee, Norman Cullity, Stefan Hoffa, Mieczysław Sumiński (przyszedł z Latanowiczem). Siedzą, od lewej: Łucjan, Zofia, Rozalia i Ignacy, poniżej Marian i Stefania Hoffa.

W piątek, 21 sierpnia 1942 roku, w progu domu Hoffów stanęło gestapo. Rodzina szła w zaparte, że Norman, Anglik, który był w ich domu, przyszedł tu przed chwilą, chciał się tylko napić, coś zjeść i ruszać dalej. Jednak tłumaczenia zdały się na nic – gestapo aresztowało ojca rodziny, Ignacego, oraz Anglika. Równy tydzień później wrócili z Normanem, który wskazał, w którym chlewie mieszkał i gdzie spał. Aresztowano także Rozalię i wywieziono tam, gdzie jej męża: do Fortu VII.

W domu Hoffów została piątka dzieci: 22-letni Stefan, 20-letni Łucjan, 19-letnia Zofia, 16-letni Marian i 12-letnia Stefania. Zofia była na przymusowej pracy w gospodarstwie Kędziory w Kubalinie, które zostało przejęte przez Niemców. Stefan i Łucjan zajmowali się tym, z czego wcześniej żyła rodzina: Ignacy był rybakiem, na tyłach domu u brzegu Warty cumowała ich łódka, a w dokumentach rodziny do dziś można znaleźć pismo dotyczące dzierżawy i prawa do połowu przez Ignacego, zawarte przed wojną.

Karta Rozalii Hoffy jako byłego więźnia Fortu VII. Tu ślad po niej i jej mężu zaginął.

W Forcie VII była możliwość odebrania ubrań przez rodziny więźniów i zabierania ich do prania, a wraz ze świeżymi ubraniami, można było dać żywność. Kiedy w lutym 1943 roku Stefania po raz kolejny zaniosła paczkę do Fortu, dowiedziała się przy bramie więzienia, że Hoffów już tam nie ma. To była jedyna informacja. Po latach Stefan, Łucjan oraz ich dzieci próbowali się czegoś dowiedzieć, szukać. Nic. Zniknęli, nie ma po nich śladu. Na cmentarzu w Rogalinku zostali wypisani na zbiorowej tablicy, upamiętniającej „poległych w obozach dla sprawy polskiej”.
Niespełna dwa miesiące później, 9 kwietnia 1943 roku, do domu nad brzegiem Warty wkroczyło ponownie gestapo. W domu przebywał Łucjan, został aresztowany i przewieziony do Domu Żołnierza na przesłuchanie, gdzie dwie godziny później spotkał swojego brata, Stefana. Wyrok: więźniowie polityczni. Od tego momentu najmłodsi w domu, Stefania i Marian, zostali sami. Starsza siostra Zofia, po aresztowaniu braci, dostała zgodę od Niemca, u którego pracowała, na spędzanie nocy w domu rodzinnym. W ciągu dnia Marian pracował jako rybak, Stefania zajmowała się domem i ogrodem.

Karta pocztowa Ignacego Hoffy, wysłana z obozu w Forcie VII w Poznaniu w październiku 1942 r.

Karta pocztowa Ignacego Hoffy, wysłana z obozu w Forcie VII w Poznaniu w październiku 1942 r.

We wspomnieniach Stefanii czytamy: – Łucjan i Stefan, więźniowie Fortu VII, mogli przesyłać kartki do rodziny, które były cenzurowane. Łucjan chciał się dowiedzieć, czy rodzina wie, co się stało z rodzicami, lub czy były od nich jakieś wieści. Nie mógł o to pytać w oficjalnej poczcie, która przechodziła ostrą cenzurę. Podobnie jak po aresztowaniu rodziców, tak i teraz co tydzień ktoś z rodziny przychodził pod bramę Fortu, odbierając brudne ubrania do prania, i przynosząc czyste. Łucjan ukrył malutki liścik w podeszwie buta. Zastanawiałyśmy się, jak przesłać mu odpowiedź. Niemcy kroili wszystkie dostarczane więźniom ciasta. Upiekłyśmy bardzo płaskie ciasteczka i w jednym z nich ukryłyśmy wiadomość. Zofia zaniosła paczkę wraz z ciastkami, ale strażnicy znaleźli karteczkę. Zapytali, kto przygotowywał paczkę. Zofia odpowiedziała, że to jej młodsza siostra, wówczas niespełna 13-letnia Stefania, przygotowuje wszystkie przesyłki. Nie chcieli uwierzyć. Zofia odpowiedziała, zgodnie z prawdą, że jej siostra zajmuje się całym gospodarstwem, bo nie ma kto tego robić. Powiedzieli, że ze mną porozmawiają. Zosia wróciła do domu i kazała mi się schować w piwnicy u sąsiadki. Przyjechał samochód, zatrzymał się koło domu, ale za chwilę odjechał. Pewnie chcieli nas nastraszyć. Zawsze bałam się piątków. W piątki były wszystkie aresztowania – kończy opowieść Stefania.

Stefan i Łucjan od momentu aresztowania byli nierozłączni. Od kwietnia do niemal końca sierpnia przebywali we Forcie VII, początkowo niemal codziennie przewożeni do Domu Żołnierza na przesłuchania, połączone z biciem. W spisanych wspomnieniach rodzinnych są jedynie dwie wzmianki o tym miejscu. Pierwszą z nich przytacza Łucjan: – W Forcie mieliśmy wylęgarnię wszy. Żywe wszy łapaliśmy do butelki, esesman przychodził po nie co jakiś czas i je zabierał – czytamy w jego wspomnieniach. Drugą historię przytacza najmłodsza z rodzeństwa, Stefania: – Buty, które Łucjan i Stefan przysyłali do domu, były naprawiane przez Stanisława Witczaka, brata mojej mamy Rozalii, który był szewcem. Dziwił się, że po miesiącu buty są tak zniszczone, i zawsze w ten sam sposób: podeszwy były starte z jednej strony, na boku. Później okazało się, że to od wspinania się pod górę: Niemcy kazali wspinać się więźniom na strome schody. Tym, którym się to nie udawało, bili ich i spuszczali na nich psy, żeby ich rozszarpały.

Po pięciu miesiącach pobytu w Forcie VII Hoffów zaprowadzono pieszo do Żabikowa. Stamtąd, w gorący, wrześniowy poranek, zapakowano ich wraz z dużą grupą więźniów do blaszanych wagonów i wywieziono do Oświęcimia. – Tam najgorsze były selekcje – pisze we wspomnieniach Łucjan. – Wszyscy więźniowie z bloku musieli wyjść, stanąć na placu apelowym, a esesman chodząc między rzędami wybierał tych, co byli zbyt weseli, i tych co byli za smutni. Często odbywały się pokazy i popisy między kapo a esesmanami: kto z nich za jednym uderzeniem zabije więźnia oprawą od łopaty. Po takich „zabawach” w trakcie pracy musieliśmy nieść nieboszczyków z powrotem do obozu, bo stan liczbowy musiał się zgadzać – podkreśla Łucjan.

– Z bratem nigdy się nie rozstaliśmy – czytamy dalej. – Pamiętam, jak jednego dnia zapisywali na transport: mieliśmy ze Stefanem kolejne po sobie numery, jego zapisali, a mnie nie. Zebrałem się na odwagę i poszedłem do blokowego poprosić, żeby dopisał mnie do transportu. Powiedziałem, że straciłem już w tej wojnie rodziców, a tym transportem jedzie mój brat i chcę być z nim. Odpowiedział, że pożałuję. Mimo to kazałem się dopisać, dałem mu za to cztery papierosy. Trafiliśmy do Brzezinki. Kiedy nas prowadzili, mijaliśmy dymiące piece krematoryjne. Nie wiedzieliśmy, co z nami zrobią. Jednak nie wiedzieć czemu, przenocowaliśmy w barakach i wywieźli nas dalej, do Neuengamme pod Hamburgiem. Kiedy komendant obozu usłyszał, że jesteśmy Polakami, przywitał nas słowami: „o ty biedny, zdychający Polski Narodzie”. Pracowaliśmy przy przerzucaniu ziemi: na dworze, w deszczu, w mokrych ubraniach, których nie było jak wysuszyć – wspomina Łucjan.

Po paru miesiącach Stefan dowiedział się, że zapisali go na transport. Znów bez brata. Tym razem wpisanie na listę do obozu w Drutte kosztowało Łucjana 5 papierosów. Tam pracowali od lutego 1944 do kwietnia 1945. Byli tokarzami, pracowali po 12 godzin dziennie, z minimalnym wyżywieniem. – Praca pod dachem, ale za to pod bombami – wspomina Łucjan. – Produkowano tam amunicję do dział przeciwlotniczych SS. Spaliśmy tam pod mostem, jedna zmiana liczyła około 800 więźniów. Gdy było słychać działa zbliżającego się frontu, załadowali nas w wagony i pociąg ruszył w kierunku Neuengamme. Kiedy w lesie podczas drogi słychać było bardzo wyraźnie bliskie wybuchy, nasz pociąg zmienił trasę i wjechał pomiędzy dwa pociągi, które były pełne dział przeciwlotniczych i karabinów maszynowych. Po godzinie nadleciały eskadry samolotów, podczas nalotu straciłem przytomność. Gdy się ocknąłem, usłyszałem po niemiecku okrzyki „wszyscy do lasu!”. Wokół mnie leżeli zabici więźniowie. Mieli wnętrzności na wierzchu, potrzebowałem czasu, żeby dojść do siebie. Kiedy wreszcie wyszedłem z wagonu, spotkałem Stefana: oboje byliśmy okrwawieni. Przespaliśmy w lesie noc. Rano nas zbierali z tego lasu, gromadzili po pięciu, kazali kłaść się na ziemię i rozstrzeliwali. Po trzeciej piątce reszta się rozbiegła. Przyszedł jakiś wyższy stopniem, i z komendantem rozmawiał o zniszczonych torach do Neuengamme. Przekierował nas do obozu w Bergen – Belsen, dokąd szliśmy pieszo.

Na grupę więźniów, cudem ocalałych z nalotu, w obozie czekał pusty teren: na placu apelowym było cicho, nie było ani więźniów, ani strażników. Wskazano im barak, w którym mieli zamieszkać. – W baraku były ludzkie ciała. Wybraliśmy spośród siebie 20 więźniów, którzy zajęli się wynoszeniem ciał. Gdy ruszyliśmy te ciała, to dopiero zrobiło się niewesoło. Nie mieliśmy ani szypy, ani łopaty, wykorzystaliśmy resztki podłogi. Wykopaliśmy głębszą dziurę, i tą ziemią zasypaliśmy podłogę w baraku, bo musieliśmy tam spać. Do jedzenia dostawaliśmy zupę z brukwi. Więźniowie zaczynali chorować i umierać na tyfus.

15 kwietnia 1945 roku obok obozu przejechały czołgi angielskie. Następnego dnia jeden z nich wjechał na teren naszego obozu i przez megafon informował, że więźniowie zostali wyzwoleni. Ze względu na choroby, alianci nie zalecali opuszczać obozu, bo w każdej chwili pojawi się pomoc z Czerwonego Krzyża. – Na bloku zjawili się dwaj żołnierze. Dostałem cztery tabletki na tyfus, i kolejne cztery na rozwolnienie. Jeden z naszych studiował kiedyś medycynę, potwierdził, że dostałem węgiel drzewny. Później spalałem drewno tak, żeby zostawał węgiel i to zażywałem – pisze Łucjan. Stefan chorował dużo poważniej, co utrudniało próby powrotu do domu.

Ostatecznie bracia Hoffa wrócili do domu rok później, w maju 1946 roku. O ich powrocie, tak pisze Stefania, najmłodsza z rodzeństwa: – To była niedziela, byłam sama w domu. Zbierałam kurczaczki z ogrodu, żeby je zamknąć na noc. Zobaczyłam wóz jadący od strony Warty, i ktoś strasznie popędzał konie. Myślałam, że to żołnierze radzieccy, a że miałam z nimi przykre doświadczenia, pozamykałam wszystkie okna i drzwi i zamknęłam się w domu. Usłyszałam, jak przeskakują przez bramkę i spojrzałam przez okno. Rozpoznałam brata Łucjana, więc otworzyłam drzwi i powiedziałam z radością: „no nareszcieście wrócili!”. Stefan był o lasce z zabandażowaną nogą. Było dużo radości, uścisków i łez.
——-
– Ojciec zaczął to wszystko spisywać w zeszycie – mówi z zadumą Henryk Hoffa, syn Łucjana. – Prosiłem go o to wielokrotnie. Na podstawie jego zapisków zebrałem to w całość – dodaje.
– Czy ojciec wracał wspomnieniami do tych historii? – pytam. – Niezwykle rzadko.
—-
Za pomoc trójce angielskich lotników: Normanowi, Frankowi i Jimm’owi, zamordowanych zostało osiem osób. Aresztowanych za udzielenie im pomocy i osadzonych w obozach koncentracyjnych zostało jedenastu mieszkańców okolic, głównie z Rogalinka, Rogalina i Świątnik.
Trójka Anglików przeżyła wojnę.

Powojenne podziękowanie za pomoc z alianckich sił zbrojnych dla Łucjana.

Powojenne podziękowanie za pomoc z alianckich sił zbrojnych dla Łucjana.

Historia rodziny Hoffów została w tym roku przedstawiona podczas inauguracji miesiąca pamięci narodowej w Forcie VII w Poznaniu. Więcej o wydarzeniu można przeczytać tutaj: Historia rodziny Hoffów w centrum uroczystości w Forcie VII.

Zapraszamy także do obejrzenia odcinka programu „Wielkopolska Warta Poznania” na TVP3 Poznań, w którym wystąpiła nasza redakcyjna koleżanka, Weronika Zwierzchowska, opowiadając historię rodziny Hoffów: Pamięć o bohaterach.

VN:F [1.9.22_1171]
Ocena artykułu: 10.0/10 (Głosujących: 3)

Wasze komentarze (1)

  • no proszę
    niedziela, 8 maj, 2022, 15:24:19 |

    A dzisiaj Niemcy zakazują nam budowy portu kontenerowego w świnoujściu, który byłby dla nich konkurencją. Przecież nie można dopuścić do tego, żeby Polska nie daj Boże rozwijała się gospodarczo.

    VA:F [1.9.22_1171]
    Popularność: +1 (Głosujących: 1)

Skomentuj


Ten wpis nie powstałby bez kawy. Jeśli uważasz, że to co robimy jest potrzebne, postaw nam małą czarną. Z przyjemnością i jeszcze większym zapałem opiszemy dla Ciebie coś ciekawego.

Postaw mi kawę na buycoffee.to Gazeta Mosińsko-Puszczykowska - logo