W pewien poniedziałkowy mglisty poranek wsiadam do pociągu relacji Poznań Główny – Kraków Główny. Przedział jest prawie pusty, tylko jakieś dziewczyny, które wysiadają już po paru stacjach. Pogrążony w rozmyślaniach jadę, ale nie do Krakowa tylko do Łodzi – tej dużej. Dlaczego? Bo gna mnie tam sprawa Gertrudy Nowak i miejsca silnie z nią związanego – byłego nazistowskiego obozu dla polskich dzieci.
Sache Moschin – głębsza perspektywa
Jak to się stało że trzynastoletnia wtedy Gertruda Nowak, mieszkanka Krosinka, trafiła jak ja do Łodzi? Wszystko ma swoje początki w roku 1942, kiedy to przez niemieckie Gestapo zostaje aresztowana grupa „Witaszkowców” – inaczej znana jako Związek Odwetu. Była to organizacja podległa pod Związek Walki Zbrojnej (później Armia Krajowa) kierowana przez dr. Franciszka Witaszka, oskarżona m.in. o przeprowadzanie zamachów na okupantów za pomocą trucizn. Pomimo wykonania kary śmierci na doktorze i jego współpracownikach represje zaczęły obejmować coraz szersze grono.
Zatrzymajmy się na chwilę i odpowiedzmy na pytanie, dlaczego? Czy złapanie rzeczywistych konspiratorów nie wystarczyło? Na papierze, tak. Jednak w roku 1943 (gdy w poznańskim Forcie VII stracono m. in. dr. Witaszka) front wschodni Trzeciej Rzeszy był niekończącą się dziurą, którą zapełnić trzeba było ludźmi. Dlatego bardzo prawdopodobne, że sprawa pociągnęła się dalej, by komendant niemieckiej żandarmerii Herman Beukenbusch mógł pokazać się jako konieczny na miejscu i uniknąć służby frontowej. Jak pokazał czas, chcąc ratować swoje życie przyczynił się do zakończenia wielu innych.
Sama sprawa mosińska dotyczy wydarzeń 9 września 1943 roku, kiedy to przeprowadzono masowe aresztowania rodzin „polskich terrorystów” złapanych podczas poprzednich poszukiwań. Taka sytuacja spotkała właśnie rodzinę Nowaków z Krosinka.
Sylwester Nowak, ojciec rodziny, został aresztowany w marcu w.w. roku za powielanie konspiracyjnej gazetki, a prawdopodobnie 1 sierpnia został stracony. We wrześniu aresztowano Juliannę, oraz dzieci: Anielę, Alicje, Jerzego i Edwarda. Matka wraz z córkami została osadzona w obozie w Żabikowie, zaś synowie zostali wysłani do zupełnie innego miejsca, gdzie miała do nich za niedługo dołączyć siostra Gertruda.

Dziecięcy Oświęcim
Czym był Obóz Nadzorczy Policji Bezpieczeństwa dla Młodocianych Polaków w Łodzi – jak brzmi jego pełna nazwa? Powstał z rozkazu samego Himmlera, a jego celem było przetrzymywanie polskiej młodzieży w wieku 6-16 lat by, mówiąc w skrócie, nie sprawiała problemów. Od ulicy, przy której znajdowała się brama główna często mówi się o nim „obóz przy ulicy Przemysłowej”. Był to kwadrat wycięty z łódzkiego getta żydowskiego, mający pomieścić ponad 2000 dziecięcych więźniów.
Jak wyglądało życie w takim obozie? Na granicy śmierci głodowej. Praca fizyczna na rzecz niemieckiego Wehrmachtu, w połączeniu z minimalnymi racjami żywnościowymi oraz powszechną przemocą wobec więźniów to wszystko skutkowało często śmiercią młodocianych.
Właśnie tam trafili bracia Gertrudy Nowak. Procedura przyjęcia przebiegała jak w obozie koncentracyjnym. Więzień przyjeżdżając miał odbierane swoje ubrania a następnie przystępowano do tworzenia akt osobowych: pobierano odciski palców, wykonywano zdjęcia i nadawano numer. Gertruda, po otrzymaniu numeru obozowego 181 i pobiciu przez fotografa za ślady ugryzień owadów, została przydzielona do obozowej obieralni ziemniaków. Dzieci zmuszane były tam do mycia i strugania warzyw dla załogi, kiedy one same dostawały zupę ze zgniłych warzyw z robakami. Konsekwencją panujących w obozie warunków były ciągłe choroby dzieci. Jedną z ich ofiar był Edward, którego siostra odnalazła w odseparowanym baraku z ropiejącym uchem.
Jedną z wyróżniających się osób w załodze obozu była Isolde Beyer. Zatrudniona jako kierowniczka części dziewczęcej, sprawowała również funkcję nadzorczyni nad izbą chorych i pracą lekarzy. W wyniku wydarzeń, do jakich doszło w dwóch powyższych miejscach po wojnie została aresztowana, oskarżona o znęcanie się nad dziećmi i doprowadzenia do śmierci dwóch dziewczynek – Urszuli Kaczmarek i Teresy Jakubowskiej, za co została powieszona w listopadzie 1945 roku.
Co z pozostałą częścią rodziny? Matka Julianna wraz z dwoma córkami wciąż przebywała w obozie w Żabikowie, kiedy to 12 grudnia 1943 roku zostały skierowane do KL Auschwitz, gdzie w ciągu dwóch tygodni od przybycia zmarły. Według jednej z relacji Gertrudy, miała się ona dowiedzieć o utracie najbliższych będąc w Łodzi. Ku zaskoczeniu dziewczynki, słowa pociechy wypowiedziała do niej wtedy prawa ręka Isoldy Beyer, dziewiętnastoletnia folksdojczka Eugenie Pohl. Poza tym epizodem, we wspomnieniach byłych więźniów nadzorczyni zapisała się jako osoba brutalnie znęcająca się nad dziećmi, za co została po wojnie osądzona.
Przez około trzy lata funkcjonowania obozu, od 1942 do stycznia 1945, przewinęło się przez niego od dwóch do trzech tysięcy dzieci, z czego 200 zmarło. Z około sześćdziesięciu mosińskich młodych więźniów, zmarł tylko jeden.

Dzisiejsza perspektywa
Tam, gdzie kiedyś stała brama obozowa jest dzisiaj zwykła ulica, obok której stoi pomnik zaznaczający granice byłej zbrodniczej placówki. Jestem tam i widzę, że nic tu nie daje o sobie znaku, jakby miały się dziać kiedyś tutaj takie rzeczy. Mijam szkołę podstawową, przedszkole, słyszę krzyki bawiących się dzieci i wiem że te 80 lat temu to nie taki dźwięk brzmiał w powietrzu – a raczej komend po niemiecku przemieszany z płaczem bitych i głodzonych niewinnych. Przechadzam się po komunistycznych blokowiskach i zastanawiam się czy ci ludzie wiedzą że stąpają po miejscu tak strasznej zbrodni.
Blokowisko sąsiaduje z parkiem im. Szarych Szeregów, a w nim stoi Pomnik Martyrologii Dzieci „Pękniętego Serca”. Pogoda nie sprzyja mojej wizycie. Pada deszcz, jak wiele razy, nic niezwykłego. Ale stojąc przed pomnikiem, ogromnym sercem z pustą dziurą, nachodzi mnie zaduma. Myślę sobie o wszystkich dzieciach, które może stały w tym samym miejscu co ja, może też niebo grzmiało im nad głowami. Tylko ja mogłem się schować pod dach, ja mogłem wrócić do domu, mogłem pójść do najbliższej restauracji i się najeść – a one nie. Pomnik ten, tak samo jak święto Polskich Dzieci Wojny, jest ważnym elementem mającym przypominać nam, że nie tylko dorośli są ofiarami konfliktów zbrojnych, ale też dzieci.

Listy z małego piekła
Początkowo, dwa razy w miesiącu pozwalano małym więźniom na wysyłanie listów do bliskich. Ich treść była oczywiście wnikliwie kontrolowana przez niemiecką załogę, a dzieci miały zakaz informowania o faktycznych warunkach w obozie – za złamanie którego mogły spotkać surowe kary. Pozwolenie to nie było oczywiście bezinteresowne. Listy pełniły funkcję propagandową, ale też dzieci często prosiły rodziny o paczki z najpotrzebniejszymi rzeczami. Jak jednak można się domyślić, jeżeli trafiały one w końcu do adresata to przechodziły wpierw przez grabieżcze ręce wachmanów. Gertruda kierowała swoje listy do cioci i kuzynki, a w międzyczasie pracowała w izbie chorych.
W opinii Isoldy Beyer „wychowanka nr. 181” okazywać miała żywe zainteresowanie i pracowitość. Dziewczynka jednak opisywała inaczej całą sytuację, wspominając zmiany opatrunków na ropiejących ranach więźniów. Chorym dzieciom obcinano już i tak mizerne racje żywnościowe, najgorzej jednak miały te, które przestawały już kontrolować wydalanie potrzeb fizjologicznych. Irytowali oni nadzorców, według których na świecie było miejsce tylko dla dzieci „pracowitych i czystych”.
16 kwietnia 1944 roku – tego samego dnia, którego dzieci wysłały ostatni datowany list do krewnych, swoją prośbę o widzenie z rodzeństwem wystosował Walenty Stark – ojciec Julianny Nowak. Została ona rozpatrzona pozytywnie. Ze wspomnień Gertrudy wiemy jak wyglądały takie widzenia. Trwały one przez około 15 minut i odbywały się pod nadzorem wachmanów. Co oczywiste, dzieci miały zakaz mówienia prawdy o sytuacji w obozie.
Dziadek upominał się jeszcze o zwolnienie rodzeństwa, celem wsparcia go w pracy na roli – argumentując że przyczyni się to do ich „poprawnego” wychowania. Niestety, komendant obozu Camillo Ehrlich był głuchy na te argumenty. Stwierdził że wypuszczenie dzieci będzie niemożliwe „z przyczyn państwowo-policyjnych”. Komendant ten, zaważył też na losach Gertrudy, bo to z jego zarządzenia została ona przeniesiona do filii obozu w miejscowości Dzierżązna – nastawionej na produkcje rolną. Zaledwie w przeciągu tygodnia dziewczynka poważnie zachorowała, więc wróciła do obozu głównego. Według akt osobowych, rozwinął się u niej poważny stan zapalny oka, najprawdopodobniej jaglica, która z powodu wyniszczenia organizmów dzieci i złych warunków sanitarnych niezwykle często dotykała małych więźniów, a jej konsekwencje odczuwali oni na długo po wojnie.
Cień rozłąki nie zniknął nad rodzeństwem. W wyniku zarządzenia Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy, dziewiętnaścioro „dzieci terrorystów” zadecydowano przekazać do obozu w Potulicach, gdzie trafił siedmioletni Edward.
Z dokumentów, które zachowały się w obozowej teczce Gertrudy, nie ma wielu informacji o losie drugiego brata – Jerzego. W swoich powojennych relacjach wspomina ona o jego dramatycznych doświadczeniach obozowych. Jerzy poważnie chorował, na tyle że przez jakiś czas znajdował się w szpitalu poza terenem obozu. Cierpiał na tyfus, jaglicę, zapalenie stawów, świerzb i wszawice, odmrożenia kończyn, na jego boku gromadziła się woda a on był wielokrotnie bity i zamykany w karcerze.
Późną jesienią 1944 roku osadzony został w obozie w Żabikowie, by na początku grudnia zawędrować do obozu KL Mittelbau, tam trop się urywa. Jerzy Nowak był jedynym z dzieci mosińskich, którego nazistowska machina zła zabrała ze sobą.

Wolność – ale jaka?
Siedemnastego stycznia 1945 roku niemiecka obsługa obozu uciekła przed zbliżającymi się Rosjanami. Główna brama przy ulicy Przemysłowej pozostała otwarta, a za nią zostało około 900 przerażonych, głodnych i zmarzniętych dzieci. Gertruda, wraz z siedmioma koleżankami przekroczyła tę bramę osiemnastego stycznia i znalazły nocleg u polskiej rodziny by potem wyruszyć w dwutygodniową podróż do domu. Zanim jednak to nastąpiło, Gertruda wraz z Gabrielą Jeżewicz zdobyły się na ogromny akt odwagi. Pomimo mrozu i panującego w mieście chaosu, dziewczynki wróciły do obozu by odnaleźć dokumenty związane z ich aresztowaniami. Tylko dlatego jesteśmy dzisiaj w stanie tak dokładnie zrekonstruować ich historię.
Poza dokumentami, Gertruda odnalazła coś jeszcze. Było to około dwustu fotografii jej obozowych kolegów i koleżanek. Dzięki temu odważnemu posunięciu, zachowały się one do dziś.
Dziewczynka wróciła w rodzinne strony do dziadków, a następnie odszukała brata Edwarda, który przez pewien czas nie widział z powodu jaglicy. Starała się ona też przez wiele następnych lat poznać historię ojca i drugiego brata. Dopiero w roku 1977 potwierdzono że skrajnie wyczerpany Jerzy był widziany po raz ostatni w KL Bergen-Belsen. O ojcu – Sylwestrze Nowaku – wiemy z relacji współwięźniów że wraz z innymi „Witaszkowcami” został wysłany w nieznanym kierunku i zamordowany.
Po wojnie, rodzeństwo Nowaków zaczęło pisać nowe rozdziały rodzinnych dziejów. Gertruda, po walce z gruźlicą wyszła za mąż, a Edward pracował jako ślusarz remontujący tabor kolejowy. Gertruda, już Skrzypczak, brała też udział w procesach przeciwko byłym oprawcom z obozu, oraz wzięła udział w filmie poświęconym strasznemu miejscu przy ulicy Przemysłowej pt. „Wizja lokalna”.
Dzięki ocalonym przez Gertrudę dokumentom, zdjęciom i relacjom wiemy dziś o wiele więcej na temat dziejów tamtego miejsca, Stała się ona jednym z kustoszy pamięci o cierpieniach dzieci z obozu. Była świadkiem historii stającym naprzeciwko zapomnieniu i odejściu w cień.

Główny cel łódzkiej wyprawy – Muzeum Dzieci Polskich Ofiar Totalitaryzmu
Żółta kamienica przy ulicy Piotrowskiej. Gdy pytam o powód umiejscowienia muzeum dostaję odpowiedź, że tylko to miejsce było dostępne. Spotykam się z panią Jolantą Sowińską-Gogacz, specjalistką do spraw edukacji i ruszamy na wystawę. Nie jest ona duża, to tylko jedno pomieszczenie, w którym wysłuchuje się prezentacji audiowizualnych o historii obozu przy ulicy Przemysłowej. Czuć że muzeum się rozwija. Jest nowe, powstało 1 czerwca 2021 roku.
Pytam panią Jolantę o gości. Mówi mi, że zdarzają się przypadkowi, którzy nie wiedzą o czym dokładnie jest to muzeum. Nie jest ono nigdzie promowane, a wchodzi się do niego przez bramę w kamienicy. Błędem byłoby jednak twierdzić, że jest to złe miejsce. Wystawa pogrążona jest w mroku, z delikatnymi światłami a powietrze jest duszne. Nadaje to klimatu skłaniającego do zadumy, do zrozumienia tego – co próbuje się tutaj upamiętnić.
Pytam też o naszą Mosinę, która przecież ma ważny kawałek historii z tym związany. Ku mojemu zdziwieniu, dowiaduję się że Muzeum nawiązywało kontakt ze szkołami podstawowymi z naszego miasta, w celu zapoznania uczniów z tematem, jednak odzew był praktycznie zerowy.
Wyszedłem stamtąd bardzo zamyślony, może lekko przygaszony. Myślałem o rzeczach, które te dzieci musiały przechodzić. Za co? Za nic. Za to że po prostu ktoś uważał się za lepszych od nich.
Czy to koniec wątku Muzeum? Ależ skąd! Trzynastego września, na rynku w Mosinie otwarta została wystawa, współtworzona przez muzeum oraz Galerię Sztuki, którą miałem przyjemność oglądać przedpremierowo w Łodzi, poświęcona dzieciom i sprawie mosińskiej. Dlatego serdecznie zapraszam do obejrzenia jej i zapoznania się ze szczegółami tej sprawy.

Słowem końca
Nie spodobała mi się Łódź. Może dlatego że zamiast być jak typowy turysta to w ciągu jednego dnia musiałem zobaczyć wszystkie miejsca związane z obozem na Przemysłowej. Ale w trakcie tej podróży, spotkałem osoby, które pasjonują się tym tematem i działają w kierunku zachowania go w naszej pamięci. Bo nie możemy zapomnieć o naszej historii. Jak mówi słynne powiedzenie, „kto nie pamięta historii jest skazany by ją powtórzyć”. Mam też nadzieję, że pamięć o tych dzieciach i wydarzeniach będzie w naszej gminie kultywowana z pomocą Galerii Sztuki – aktywnie działającej w tych tematach. A przecież historia Mosiny nie kończy się tylko na chwilowym domniemanym byciu stolicą Polski.

źródło: Facebook Galeria Sztuki w Mosinie
Gazeta Mosińsko-Puszczykowska


Szkoły w Mosinie nie były zainteresowane,szok !!!