Wrzesień to miesiąc, w którym w Mosinie wspominamy między innymi masowe aresztowania mieszkańców w roku 1943, dokonane przez okupacyjne władze niemieckie. Wydarzenia te określane są mianem „sprawy mosińskiej” (niem. Sache Moschin). Do zbiorowej pamięci nie przedarły się jednak inne ekscesy, które określano dokładnie w ten sam sposób, choć były znacznie mniej tragiczne w skutkach. Mowa o „sprawie mosińskiej” z 4 listopada 1906 roku.
Zaczęło się dosyć niewinnie. Pod koniec października 1906 roku na łamach poznańskiej prasy zamieszczono krótkie ogłoszenie zatytułowane „Nasze sprawy”. Poinformowano w nim o zwołaniu na 4 listopada wiecu relacyjnego w lokalu Jaskólskiego przy mosińskim rynku na godzinę 15:001. Przemówienie mieli wygłosić posłowie do niemieckiego parlamentu: ksiądz prałat Antoni Stychel oraz doktor Alfred Chłapowski. Następnie miał odbyć się wybór dwóch członków komitetu powiatowego śremskiego na Mosinę. Ot, można by powiedzieć, standardowe jak na owe czasy spotkanie wyborcze i organizacyjne lokalnego komitetu. W warunkach nasilającej się walki pruskiego zaborcy z różnymi przejawami polskiej aktywności na polu społecznym i politycznym doszło jednak do „polskich ekscesów”.
Takim bowiem mianem sprawę określiła niemiecka „Allgemeine Zeitung”2. Zwołane na 4 listopada zgromadzenie polityczne Polaków zostało zdelegalizowane przez lokalną władzę. Poseł Chłapowski chciał następnie przemówić na wolnym powietrzu, co również nie zostało dozwolone. Przy ponownej próbie polskiego deputowanego doszło do fizycznych ataków tłumu na policję, co skończyło się użyciem broni białej (pałaszy) oraz aresztowaniem kilku protestujących.
Tyle prasa niemiecka, która początkowo sprawę opisywała dość lakonicznie. Po kilku dniach spływały kolejne doniesienia, dzięki którym możemy ówczesną „sprawę mosińską” poznać w wielu aspektach. „Postęp” nakreślił sytuację polityczną Polaków pod pruskim zaborem, zwracając uwagę na szykany władz: „wiec albo zawczasu jest zakazany, albo też w ostatniej chwili gospodarz zwłaszcza, jeżeli jest Niemiec, nie oddaje sali, a ostatecznie choć wiec przyjdzie do skutku, to policja pod lada pozorem wiec rozwiązuje”3. Nie inaczej było 4 listopada w Mosinie, gdy decyzję o rozwiązaniu zgromadzenia jego organizatorzy otrzymali zaledwie kilkanaście minut przed jego rozpoczęciem. Było to o tyle niezrozumiałe, że miało to być jedynie „niegroźne” spotkanie posłów z wyborcami. Burmistrz Reichel 3 listopada podjął decyzję o zakazie, która została przekazana właścicielowi sali dzień później na godzinę przed rozpoczęciem wiecu. Sam organizator, Stanisław Szubert z Rogalinka, został poinformowany o wydanym zakazie na chwilę przed planowanym wydarzeniem4.

Próbowano powstrzymać eskalację niepokojów społecznych: „gdy urządzający wiec ksiądz [Antoni] Wiśniewski z Mchów i p. Szubert z Rogalinka i poseł Chłapowski udali się do burmistrza w celu wyświetlenia zakazu, to dom burmistrza był zamknięty na wszystkie zamki i w ogóle burmistrza w mieście nie było, a za to gospodarował w Mosinie komisarz policyjny p. Günther z Poznania, a gospodarował tak szorstko, że nie pozwolił prezesowi komitetu wyborczego ks. Wiśniewskiemu ani słowa przemówić celem uspokojenia zebranych wiecowników”. Komisarz policyjny miał ponadto grubiańsko zachowywać się w stosunku do księdza i zamiast szukać dróg do porozumienia i uspokojenia sytuacji, wydał rozkaz pięciu żandarmom, by rozpędzili zgromadzony tłum. Jak dalej relacjonował korespondent „Postępu”: „żandarmi wydobyli też pałaszy i płazowali nimi w lewo i w prawo, a kilku ludzi aresztowano. Przecież tyle powinna mieć wyrozumienia policja, że tak od razu lud nie może się rozejść, było dać czas na to, a wszystko byłoby w porządku bez wszelkiego rozdrażnienia, bo lud nasz chociaż jest krewki, to umie znosić krzywdy”.

W innej relacji poznańskiego „Orędownika” opisano dialog, jaki miał mieć miejsce między komisarzem policyjnym a księdzem Wiśniewskim, który próbował przemówić do 600 osobowego tłumu celem uspokojenia nastrojów. Negocjacje miały wyglądać następująco: „Günther: To jest moją nie pańską rzeczą! Rozwiązuję zebranie! Ks. proboszcz tłumaczy, że nie można przecież rozwiązywać rzeczy nieistniejącej. Pan Günther woła: Proszę nie przeszkadzać mi w spełnianiu funkcji urzędowej!”5. W piśmie informującym o rozwiązaniu wiecu informowano o tym, że położona przy mosińskim rynku sala pana Jaskólskiego „nie odpowiadała przepisom policyjnym” mimo, iż wcześniej odbywały się na niej wiece zatwierdzone przez lokalne władze.
Głośne na owe czasy wydarzenia z 4 listopada 1906 roku zostały na łamach „Postępu” cztery dni później określone mianem „sprawy mosińskiej”6. W relacji zwracano uwagę na podejście niemieckiej opinii publicznej do opisywanych wydarzeń, co dosadnie opisano w następujący sposób: „hakatyści zatelegrafowali do gazet berlińskich, przedstawiając zajście mosińskie jako wybryk i bunt polski”. Niemieckie tytuły prasowe ochoczo podjęły temat, co spotkało się z komentarzem: „w tych referatach niemieckich, pochodzących widocznie z kół policyjnych, polska ludność w Mosinie jest w najgorszym świetle przedstawiona, jakoby chciała wywołać bunt i że wyzywała Niemców, a wołano: >>niech żyje Polska!<<. Pismak niemiecki tylko nic nie powie, że ta ludność została wprost sprowokowana i że nic nie wiedziała o zakazie wiecu, gdyż ten zakaz doszedł dopiero do wiadomości zwołującego na kwadrans przed rozpoczęciem zebrania, więc też lud szedł do sali, w czym go policja powstrzymywała i drażniła po prostu”7.
Następnie korespondent „Postępu” przytoczył kolejne interesujące szczegóły „sprawy mosińskiej”. Policja aresztowała „największego krzykacza”, robotnika Franciszka Górczyńskiego8, który miał uderzyć funkcjonariusza pięścią. Tłum chciał odbić aresztowanego i doszło nawet do obrzucania urzędników kamieniami. Do aresztu trafili także: murarz Andrzej Kordylewski oraz robotnicy: Andrzej Szmytka, Andrzej Zakrzewski i Michał Dolniak9. „Nadto zanotowano do kary 18 innych osób za opór władzy i obrazę urzędników, między tymi znajduje się poseł Chłapowski z Bonikowa”. Niektórzy uczestnicy zgromadzenia mieli odnieść rany, a spokój zaprowadzono o godzinie 18:00, a więc trzy godziny po wybuchu zamieszek. Korespondent „Postępu” sprawę podsumował dosyć trzeźwo: „dla polskiej ludności niech będzie nauką, że wszędzie spokój trzeba zachować, a gdy rozwiążą zebranie, natychmiast spokojnie się rozejść i aby nie dać powodu policji do wystąpienia”10.
19 lutego 1907 roku „sprawa mosińska” odbiła się szerszym echem na forum pruskiego parlamentu. Wtedy to przemawiający poseł Czarliński przywoływał listopadowe zajścia z Mosiny, a w stenogramie obrad zapisano, iż jego słowa przerywane były przez zgromadzonych posłów komentarzami: „słuchajcie, słuchajcie! U Polaków!”11. Poseł Czarliński usprawiedliwiał wzburzenie zgromadzonych na zdelegalizowanym wiecu słowami: „jeżeli takie stawia się przeszkody, natenczas dziwić się nie można, że ludzie, którzy na zebranie to czekali, okazali się oburzonymi. Ale w takich przypadkach wołają od razu: <<Rozruchy>>!”. Aresztowania i śledztwo policji określił on mianem „nieprawidłowych”, by następnie dodać: „miałem sobie za obowiązek podniesienia tego tutaj”.

Proces sądowy uczestników mosińskich zamieszek rozpoczął się 28 marca 1907 roku w Poznaniu. Przed sądem stanęło 13 oskarżonych: murarz Andrzej Kordylewski, robotnik Andrzej Zakrzewski, robotnik Szmytka z Mosiny, robotnik Michał Dolniak z Pożegowa, robotnik Jan Ławniczak, szewc Piotr Taciak, robotnik Józef Taciak, stolarz Władysław Roszkiewicz z Mosiny, robotnik Marcin Skrzypczak z Pożegowa, robotnik Franciszek Górczyński, stolarz Franciszek Jakubowski, robotnik Michał Baksalara z Mosiny oraz robotnik Andrzej Kałek z Pożegowa12. W akcie oskarżenia Kordylewskiemu, Szmytce, Zakrzewskiemu, Dolniakowi, Taciakom, Roszkiewiczowi, Skrzypczakowi, Górczyńskiemu, Baksalarze Kałkowi zarzucano brak podporządkowania się poleceniom żandarmów, którzy trzykrotnie wzywali do rozejścia się. Dwaj oskarżeni: Górczyński i Szmytka mieli stawiać czynny opór żandarmom, a Zakrzewski i Baksalawa usiłowali uwolnić aresztowanych z rąk policjantów. Robotnik Ławniczak miał dopuścić się obrazy urzędu wypowiadając następujące słowa: „policja jest na to, aby patrzała, czy ulice są czyste; że z taką policją, niech mnie policja…”13. Można jedynie domyślać się, że trzy kropki na końcu cytatu oznaczały słowa niecenzuralne, które nie zostały podane do publicznej wiadomości.
Na podstawie obszernej relacji z procesu sądowego można ustalić, że faktycznie około godziny 15:00 na mosiński rynek przybył powozem poseł Chłapowski wraz z organizatorami spotkania, przywitani przez licznie zgromadzonym wiwatami i okrzykami „niech żyją!”. Poseł chciał przemówić do wzburzonego zakazem wiecowym tłumu, jednak nie dostał pozwolenia od lokalnych władz. Następnie żandarmi wzywali trzykrotnie lud do opuszczenia rynku, jednak nikt nie ustępował, nawet mimo prób miejscowego proboszcza, księdza Erazma Kałkowskiego. Próby namówienia zgromadzonych do rozejścia się trwać miały półtorej godziny. Komisarz policji Günther zeznał, iż żandarmów było stanowczo za mało, by opanować wzburzony mosiński tłum. Z jego ust padły nawet słowa, że potrzebowałby w tym celu co najmniej „całej kompanii wojska”. Gdy zaczęły się aresztowania największych „krzykaczy”, poziom wzburzenia ludu jeszcze się zwiększył. Cytowane były różne okrzyki, które wznosić mieli wtedy oskarżeni, z czego najbardziej charakterystyczne było zachowanie Franciszka Górczyńskiego. Miał on stać z butelką wódki w ręku i krzyczeć: „Prost! [tj. niemiecki okrzyk przy wznoszeniu toastu – przyp. moje] Polska będzie, Polska musi być; jeszcze Polska nie zginęła!”. Policjanci mieli zachowywać się coraz agresywniej – jeden z nich miał uderzyć kobietę pięścią i powalić ją na ziemię. Żandarmi dobyli także pałaszy, by nastraszyć zgromadzonych.
Komisarz policji Günther zeznał, że funkcjonariusze wcale nie wykazali się nadgorliwością, inaczej „nie 13, ale 100 osób musiałoby być oskarżonych”. Sam burmistrz Reichel odmówił przed sądem wyjaśnień, dlaczego wydał zakaz zgromadzenia tak późno, na co „prokurator mniema, że sprawa ta nie może mieć wpływu na przebieg procesu i uważa odmowę wyjaśnienia za słuszną”. Sąd uznał oskarżonych winnych zarzucanych czynów i skazał ich na następujące kary więzienia: Kordylewskiego na 2 miesiące, Szmytkę i Zakrzewskiego na 6 tygodni, Ławniczaka na 3 tygodnie, Piotra Taciaka na 1 tydzień, Józefa Taciaka i Roszkiewicza na 1 miesiąc, Górczyńskiego na 2 miesiące i 3 tygodnie, Baksalarę na 3 tygodnie. Dolniak i Kałek skazani zostali na karę grzywny w wysokości 60 marek. W ten oto sposób zakończyła się „sprawa mosińska” z roku 1906, która wzbudziła zainteresowanie opinii publicznej Mosiną nie tylko w Wielkopolsce, ale także wśród niemieckiej opinii publicznej. Nie powinno to specjalnie dziwić, bowiem nawet dzisiaj starcie 600 osobowego tłumu z policją wzbudziłoby żywe zainteresowanie mediów.
Wojciech Czeski
1 „Orędownik: pismo dla spraw politycznych i społecznych”, 31.10.1906, R.36, nr 249.
2 „Allgemeine Zeitung”, 06.11.1906.
3 „Postęp”, 07.11.1906, R. 17, nr 254.
4 „Kurier Poznański”, 29.03.1907, R.2, nr 73.
5 „Orędownik: pismo dla spraw politycznych i społecznych”, 07.11.1906, R. 36, nr 254.
6 „Postęp”, 08.11.1906, R.17, nr 255.
7 Tamże.
8 W oryginale podano „Gordyński”, natomiast „Orędownik” przekazał, że nazwisko aresztowanego brzmiało „Gardzyński”. „Orędownik: pismo dla spraw politycznych i społecznych”, 09.11.1906, R.36, nr 256. Obydwie formy nazwiska wydają się być nieprawidłowe, co potwierdza kwerenda w metrykach kościelnych wielkopolskich parafii. W samej Mosinie wielokrotnie pojawia się nazwisko „Górczyński”. Zob. https://geneteka.genealodzy.pl/index.php?op=gt&lang=pol&bdm=B&w=15wp&rid=14255&search_lastname=gorczyński&search_name=&search_lastname2=&search_name2=&from_date=&to_date= [dostęp 15.08.2026 14:12].
9 W oryginale podano „Drobniak”. „Postęp”, 08.11.1906, R.17, nr 255.
10 Tamże.
11 „Przyjaciel Ludu”, 26.02.1907, R. 47, nr 25.
12 „Kurier Poznański”, 29.03.1907, R. 2, nr 73.
13 Tamże.
Gazeta Mosińsko-Puszczykowska Lokalne wiadomości z Mosiny, Puszczykowa i regionu.


Czytając ten tekst, przez chwilę można się zastanawiać, czy mowa o Mosinie z 1906, czy jednak o Mosinie z 2026 roku, bo chistoria mam wrażenie, jak gdyby, wydaje się, że zatoczyła koło.
Oczywiście realia i skala wydarzeń są zupełnie inne, ale pewne mechanizmy brzmią zaskakująco znajomo:
Decyzje podejmowane w ostatniej chwili, problemy z przekazywaniem informacji, formalne uzasadnienia decyzji, które budzą pytania, trudności w uzyskaniu pełnych wyjaśnień czy napięcia pomiędzy mieszkańcami a lokalną władzą.
Mnie zaskakuje i dodam tylko że najbardziej uderzające jest chyba to, że już ponad 100 lat temu pojawiało się pytanie o to:
Czy sposób działania władz i komunikowania ich decyzji niepotrzebnie prowadzi do eskalacji sytuacji?
Dziś również niejednokrotnie można odnieść wrażenie, że zamiast spokojnego dialogu najpierw pojawia się decyzja, a dopiero później próba wyjaśnienia jej mieszkańcom.
Nie chodzi oczywiście o porównywanie konkretnych osób czy wydarzeń ani o stawianie znaku równości między 1906 a 2026 rokiem. Bardziej o pewną refleksję: zmieniają się czasy, przepisy i ludzie, ale problemy związane z komunikacją, przejrzystością decyzji i relacją władzy z mieszkańcami potrafią być zaskakująco ponadczasowe.
Mosina chyba ma w tym zakresie wyjątkowo długą tradycję.
Mosina Strefą Wolną od Collegium Humanum vel Varsovia!!!