Dziewiętnastowieczna kronika kryminalna Mosiny byłaby zapewne znacznie ciekawsza niż publikowane regularnie na łamach „Gazety” współczesne incydenty odnotowane przez lokalną policję. Być może w ramach cyklu „Wiadomości prasowych” uda się kiedyś przedstawić namiastkę różnego rodzaju przestępstw popełnionych na Ziemi Mosińskiej w epoce porozbiorowej. W tym odcinku skupiamy się jednak na pewnym makabrycznym odkryciu, które zdecydowanie wyróżnia się na tle innych mosińskich sensacji, nie tylko o charakterze kryminalnym. Osobom o słabszych nerwach zaleca się opuszczenie dalszej lektury tekstu.
8 marca 1905 roku gazeta „Postęp” poinformowała o bulwersującym incydencie z Mosiny: „nieznani i dotychczas niewyśledzeni złoczyńcy, hieny, odkopali na tutejszym żydowskim cmentarzu grób zmarłego przed trzema miesiącami w 85 roku żyda Rosenberga. Barbarzyńcy trumnę rozbili, głowę od kadłuba oderznęli i zabrali ze sobą, której dotychczas nie odnaleziono”1. Nie poznano dokładnych motywów ani sprawców tego niegodnego czynu. Prezes rejencji poznańskiej wyznaczył nagrodę 300 marek za wskazanie winowajców. Przypadła ona koszykarzowi Janowi Bączkowskiemu z Baranowa, który „przyczynił się do wyśledzenia sprawcy”2. Prasa poznańska poinformowała o rozwiązaniu tej kryminalnej zagadki dokładnie rok po tym, gdy po raz pierwszy opinia publiczna dowiedziała się o zbezczeszczeniu zwłok na mosińskim cmentarzu żydowskim. 8 marca 1906 roku doniesiono, iż „po długim poszukiwaniu udało się policji nareszcie sprawcę wytropić i to w osobie gospodarza z Baranowa. Przechowywał on głowę Markusa Rosenberga w swej stajni w skrzyni od paszy na to, aby mu się lepiej trzymały konie. Spotka go za to ciężka kara, widać, że ów człowiek musi być bardzo ciemny”3. Sprawę polska prasa z epoki relacjonowała jednoznacznie: potępiono niecny czyn, skupiając się na zabobonie sprawcy, który wierzyć miał w magiczne właściwości głowy handlarza Rosenberga. Sprawę komentowano w krótkich słowach: „skutki nieszczęsne wywołane przesądem”4 oraz „do czego to głupi zabobon prowadzi!”5.

Poszukiwanym przez niemal rok sprawcą okazał się być Franciszek Ogrodowski z Baranowa, określany mianem „zagrodnika”6. Była to dawna kategoria włościanina, który posiadał dom oraz drobny kawałek ziemi, najczęściej ogród. Stąd właśnie pochodziła jego łacińska nazwa – hortulanus to dosłownie ogrodnik. Celowo wprowadzamy tę dygresję, żeby pokazać, że nazwisko Ogrodowskiego najpewniej pochodziło od jego społecznego statusu, który musiał być dziedziczony z ojca na syna. Z przebiegu relacjonowanego na łamach wielkopolskiej prasy procesu sądowego oskarżonego dowiedzieć się można, że w 1906 roku liczył sobie 44 lata, miał żonę i był kilkakrotnie karany za kłusownictwo i złodziejstwo7. Ponadto „w trakcie procesu wykazało się, że Ogrodowski wcale do kościoła nie chodził i żył dla samego siebie; pijakiem jednak nie był”8. Nie wykazano też żadnych zaburzeń psychicznych zagrodnika z Baranowa: „oskarżonego zbadano, czy czasem nie cierpi na umyśle, lecz odnośne badania nic nie wykazały, ażeby Ogrodowski miał owe czyny popełnić w obłędzie”9.

Gdyby zbezczeszczenie zwłok na mosińskim cmentarzu żydowskim było jedynym niegodnym występkiem Franciszka Ogrodowskiego, prawdopodobnie policja mogłaby nie wpaść na trop „hieny cmentarnej” z Baranowa. W trakcie procesu sądowego, który miał miejsce 11 lipca 1906 roku w Śremie, na jaw wyszły jednak kolejne przestępcze zachowania oskarżonego. W nocy z 4 na 5 marca 1905 roku miał także wykopać zwłoki gospodarza Wendego na cmentarzu ewangelickim w Dusznie i podobnie jak poprzednio, odciął głowę zmarłemu i zabrał ją ze sobą do mieszkania w Baranowie. Tak samo postąpił w nocy z 28 na 29 marca, jednak nie podano dokładnie, w którym miejscu dopuścił się kolejnego zbeszczeszczania zwłok10. Z przebiegu procesu sądowego dowiadujemy się również, iż „niedługo potem na katolickim cmentarzu w Baranowskich Olędrach pewnej nocy poobalał pomniki i krzyże”11. Franciszek Ogrodowski „jako zabobonny człowiek rabował trupy po cmentarzach zwykle o północy i ucinał im głowy, oraz inne części ciała i przechowywał je w swej stajni, co miało przynosić szczęście w dworze inwentarza. Także o północnej godzinie przestrzelił Ogrodowski figurę Pana Jezusa, wiszącą na krzyżu przed wsią. Miał on to uczynić za namową starej cyganki, ponieważ w ten sposób zadane ciału Chrystusowemu rany, wydadzą prawdziwą krew Chrystusa, z której różne nadzwyczajne cuda będą się działy”12. We wszystkich dostępnych relacjach prasowych jak refren powtarzają się zabobonne motywacje makabrycznych czynów dokonywanych przez zagrodnika z Baranowa.
Franciszek Ogrodowski nie krył swoich przestępczych działań przed własną żoną: jak zeznała podczas procesu sądowego „w ostatnim czasie często sypiał w stajni i nikogo nie chciał tam dopuścić. (…) Ostatnim razem przyniósł ze sobą brudną i mokrą chustkę do nosa i zostawił ją w kuchni. Ku niemałemu zdziwieniu spostrzegła Ogrodowska w chustce części ciała ludzkiego. Krótko przed aresztowaniem zaprowadził ją mąż przed komin i pokazał jej na oszczepie zatknięte części zwłok”13. Żona oskarżonego postanowiła zwierzyć się ze wszystkiemu spowiednikowi, jednak zanim poszła do księdza, pojawiła się w ich domu policja w celu dokonania rewizji. W zeznaniach pojawia się jednak pewne, być może pozorne, nieścisłości: w lutym 1906 roku „Ogrodowski sponiewierał swą żonę, która skutkiem tego dom opuściła i udała się do swego ojca rybaka Buczkowskiego, któremu opowiadała czyny swego męża”14. Prawdopodobnie dwie relacje prasowe uzupełniają się wzajemnie: z jednej strony Ogrodowski miał krótko przed aresztowaniem pokazywać swojej żonie dowody swoich zbrodni, co prawdopodobnie można podciągnąć pod owe „sponiewieranie”, po którym opuściła męża. Zaraz po tym zapewne pragnęła udać się do spowiedzi, a o sprawie „cmentarnych zbrodni” zięcia doniósł prokuraturze Buczkowski, dowiedziawszy się o wszystkim od swojej córki15. Rewizja mieszkania Ogrodowskich nastąpić musiała niedługo po tym. Z przytoczonej już relacji prasowej wynika, że do wytropienia sprawcy przyczynić miał się koszykarz Jan Bączkowski z Baranowa, który za pomoc w ujęciu sprawcy otrzymać miał nagrodę 300 marek. Trudno ocenić, jaka była jego rola w rozwikłaniu tej kryminalnej zagadki – raczej nie przekręcono nazwiska zięcia sprawcy (z „Buczkowski” na „Bączkowski”), skoro ten pierwszy miał być rybakiem, a drugi – koszykarzem.

Równie makabryczne jak same zbrodnie popełnione przez Ogrodowskiego, są krótkie opisy rewizji jego mieszkania: „po długich szukaninach tuż przy wejściu do stajni, leżała na metr głęboko zakopana głowa Wendego (…) obydwa policzki zaś były odcięte i z innymi częściami ciała uwędzone były schowane w pudle od paszy. (…) Głowę żyda Rosenberga nie udało się znaleźć, ale podobno gdzieś w lesie oskarżony miał ją zakopać”16. Jak dowiadujemy się z innej relacji, pani Ogrodowska „sama wskazała żandarmowi miejsce, w którem mąż zagrzebywał części ciała ludzkiego. Po odkopaniu odnośnego miejsca, okazało się, że nie głowa Rosenberga zagrzebaną tam była, lecz głowa Wendego; widocznie usunął on już na bok głowę pierwszego”17.

Oskarżony zaprzeczał, jakoby miał się dopuścić zarzucanych mu czynów, jednak obciążające go zeznania żony oraz innych świadków przyczyniły się do stwierdzenia winy Ogrodowskiego, który został skazany na 7 lat więzienia i 5 lat utraty praw honorowych18. Na nic zdała się jego linia obrony, że wszystko miało zostać zmyślone przez żonę – wszak rewizja w baranowskim domu jednoznacznie wykazała, że przechowywano w nim ludzkie szczątki, w tym zabraną z cmentarza głowę. Wspomnieliśmy już, że sprawa oburzyła ówczesną opinię publiczną, jednak do dzisiaj wywołuje niemałą sensację. Nie tylko ze względu na to, że praktycznie nie jest znana wśród lokalnej społeczności Ziemi Mosińskiej, ale przede wszystkim ze względu na makabryczne szczegóły i zabobonne motywacje Franciszka Ogrodowskiego. To także dowód na to, że historia regionalna przeplatana jest różnorakimi czynami, także tymi zbrodniczymi, mrożącymi do dzisiaj krew w żyłach. Do zadań dziejopisarzy należy jednak opowiadanie o wszystkich, także tych mroczniejszych detalach mikrohistorii. Nie interesuje nas przedstawianie dziejów minionych w wersji ad usum Delphini, to znaczy oczyszczonych z niewygodnych czy uznanych za zbyteczne szczegółów. Kierujemy się mottem Józefa Mackiewicza, iż „jedynie prawda jest ciekawa”, nawet jeśli bywa czasami gorzka i trudna do przełknięcia.
Wojciech Czeski
1 „Postęp”, 08.03.1905, R.16, Nr 55.
2 „Przyjaciel Ludu”, 23.07.1907, R. 47, nr 84.
3 „Postęp”, 08.03.1906, R.17, Nr 54.
4 „Przyjaciel Ludu”, 10.03.1906, R.46, nr 30.
5 „Wielkopolanin”, 11.03.1906, R.24, nr 57.
6 „Orędownik: pismo dla spraw politycznych i społecznych”, 10.07.1906, R.36, nr 154.
7 „Orędownik: pismo dla spraw politycznych i społecznych”, 13.07.1906, R. 36, nr 157.
8 „Postęp”, 13.07.1906, R. 17, nr 157.
9 „Postęp”, 12.07.1906, R. 17, nr 156.
10 „Orędownik: pismo dla spraw politycznych i społecznych”, 13.07.1906, R. 36, nr 157.
11 „Postęp”, 12.07.1906, R. 17, nr 156.
12 Tamże.
13 „Przyjaciel Ludu”, 14.07.1906, R. 46, nr 84.
14 „Postęp”, 12.07.1906, R. 17, nr 156.
15 Tamże.
16 Tamże.
17 „Przyjaciel Ludu”, 14.07.1906, R. 46, nr 84.
18 „Postęp”, 13.07.1906, R. 17, nr 157.
Gazeta Mosińsko-Puszczykowska Lokalne wiadomości z Mosiny, Puszczykowa i regionu.

Szanowny Panie Wojciechu – dobrze, że Pana „mamy”. Wykonuje Pan świetną robotę. Brawo! Wydanie książkowe pańskich artykułów byłoby bardzo na miejscu.
Głowy poodcinane, żona sponiewierana … Normalny dzień w Mosinie xD
Wiecie, że podobno we wspomnianych wcześniej materiałach prasowych dotyczących XIX-wiecznej Mosiny pojawiła się wzmianka o projektowanym wodociągu w ul. Krzemiankowej?
Powiedzmy sobie szczerze wygląda na to, że to kolejny wodociąg „w pole”.
Działki zostały już wytyczone, a miejscowy plan zagospodarowania przestrzennego przygotowano w taki sposób, aby umożliwić zabudowę, mimo sąsiedztwa cmentarza.
Pozostaje pytanie, czy mamy do czynienia z rzeczywistymi planami, które są już sukcesywnie realizowane.
Deweloper się piaskiem z pola nie naje.