Audycja: Puszczykowski Gutenberg
Czytelnicy GMP | środa, 25 Cze, 2014 |

Z Mosiny na Polską Stację Antarktyczną cz. 7

Mieszkaniec Mosiny – Emil Kasprzyk (rocznik 1985, absolwent Politechniki Poznańskiej – automatyk) jest jednym z uczestników polskiej wyprawy antarktycznej. Od 21 września br. bierze udział w 38. wyprawie na Antarktydę. Jego głównym zadaniem w Polskiej Stacji Arktycznej im. Henryka Arctowskiego jest utrzymywanie komunikacji stacji z resztą świata.

Lodowiec szelfowy – jest to brzeżna część lądolodu, która unosi się swobodnie na powierzchni wody. Powierzchnia lodowców szelfowych jest płaska. Największym lodowcem szelfowym jest Lodowiec Rossa na morzu Rossa na Antarktydzie. Od czoła lodowców oddzielają się góry lodowe, największa B-15, która oderwała się od lądolodu w 2000 roku, miała powierzchnie większą niż Cypr.

Odśnieżanie stacji

Odśnieżanie stacji

Z początkiem maja rozpoczęły się mocne opady śniegu, temperatura spadła znacznie poniżej zera, a na wodzie szalał sztorm. 5 maja krajobraz za oknami był już tylko w odcieniach bieli – miejscami mocniej biały a miejscami nieco mniej. Na horyzoncie zaczęli odwiedzać nas “goście” z kontynentu. Ogromne góry lodowe, które są kawałkami lodowców szelfowych, oderwane od kontynentu przepływają w okolicę wyspy, nieraz zaglądając trochę głębiej w zatokę. Codziennie dosypywało trochę śniegu, co utrudniało nam poruszanie się po stacji. Wyjście bez rakiet, nawet do budynku nieopodal, było nie lada wyczynem, ale i katorgą. Każdy krok, zmuszał do wygrzebywania się ze śniegu. W końcu śniegu napadało tyle, że ze spokojem można było uruchomić skutery śnieżne. Co prawda jak przejęliśmy stację to tylko dwa skutery były sprawne, ale na szczęście po małej interwencji wyprawowego mechanika udało się uruchomić wszystkie cztery maszyny. Na najbliższy czas miał to być nasz jedyny środek transportu na dalsze wypady, chociażby na Demeya. Ilość śniegu i nieprzychylne warunki pogodowe zmusiły nas do odstawienia na dobre motorówek. Cały sprzęt pływający został schowany i póki co nie mamy możliwości, żeby go używać. W okolicach 13 maja panujący sztorm, uszkodził jeszcze bardziej budynek sklepiku turystycznego, który od tego momentu w połowie wisi w powietrzu. Niestety, brak możliwości przejechania jakimkolwiek ciężkim sprzętem w ten rejon, nie daje nam innej możliwości jak tylko czekać i mieć nadzieję, że brzeg zatoki bardziej się nie przesunie. A przesuwa się… z każdym sztormem. Kapliczka pod latarnią morską, podczas przypływu, jest już w terenie, gdzie jest zatoka i nie można dojść suchą stopą. Tak samo jest z idealnym do tej pory miejscem do pobierania ludzi na zodiaki i z zodiaków, jest już tylko wystającym miejscem z wody, a nie miejscem, do którego ze spokojem można dość w każdych warunkach. Sytuacja ta też spowodowała, że nie mieliśmy innego wyjścia i musieliśmy wyłączyć latarnię morską. Żegluga w tych warunkach lodowych i tak jest niemożliwa, a każde następne uszkodzenie domku turystycznego może uszkodzić także układy zasilania latarni.

Pogoda płatała figle, kilka dni mocnych opadów śniegu i dzień, dwa odpoczynku, i potem powtórka. Dni są bardzo krótkie, co w moim przypadku bardzo wygłupiło organizm. Wschód słońca jest przed godziną 10 a zachód w okolicy godziny 16. Słońce wystaje tylko trochę ponad lodowiec, światło jest prawie cały czas jak podczas zachodu lub wschodu słońca. Bardzo trudno jest się rozbudzić, a dodatkowe bardzo wysokie wahania ciśnienia, rzędu 20hPa na dobę, działają bardzo negatywnie na odczucie zmęczenia. Często zdarza się, że część wolnego dnia się przesypia lub jest bardzo duży problem z obudzeniem się na śniadanie. A czasem się zdarza, że jak się budzimy to jest już po śniadaniu.

22 maja rozpoczął się bardzo cicho i spokojnie. Tego dnia też mieliśmy okazję podziwiać precyzję pilotów samolotu “Herkules” C-30, którzy przez kilka godzin zrzucali ładunki do stacji Ferraz, za każdym razem nawracając tuż nad naszymi głowami. I za każdym razem wszyscy mieli nadzieję, że może też spadnie jakiś mały pakunek dla na – ze świeżymi warzywami lub owocami. Jednak nie tym razem…

Góra lodowa

Góra lodowa

24 maja wybraliśmy się w cztery osoby przez lodowiec do argentyńskiej stacji Carlini, na której już byliśmy podczas wyprawy na koncercie zespołu Metallica 8 grudnia 2013 r. Wizyta wyszła dosyć spontanicznie i była też bardzo krótka. Zostaliśmy poczęstowani obiadem, pograliśmy chwilkę w pingponga i wróciliśmy do siebie, tak żeby zdążyć przed zmrokiem. Pod koniec miesiąca pogoda się zepsuła, a nam zwaliło sie też dużo pracy. Musieliśmy przygotować zamówienia, które mają ułatwić organizację następnej wyprawy. Termin do napisania tego wszystkiego dostaliśmy bardzo krótki, więc bardzo pilnie pracowaliśmy. Za dużo nie straciliśmy z widoków, bo pojawiła się w pełni zima, z najniższą temperaturą, póki co, -12 stopni Celsjusza.

Aż nagle, 30 maja opady ustały. Mnie akurat przypadł tego dnia dyżur w kuchni, jedna część wyprawy wzięła skutery i udała się na monitoring na Demey’a. Niestety, nie zajechali za daleko. Kopny śnieg uniemożliwił jazdę. Zmęczeni, po odkopywaniu skuterów, powrócili po jakimś czasie, a monitoring trzeba było przełożyć na inny dzień. Sławek, operator ciężkiego sprzętu jeżdżącego, ułatwił nam życie drążąc w śniegu tunele do poruszania się. Jak się nimi poruszamy to trudno jest coś zobaczyć poza ścianą śniegu obok. Całe szczęście z okien widok jeszcze jest, śnieg go nie zasłania. Tego dnia też odwiedził nas gość z kontynentu, bardzo odważnie wpływając do zatoki. I nie była to zwykła góra, był to swoisty olbrzym. Widać nie tylko my zainteresowaliśmy się nim, bo następnego dnia na górze wylądował helikopter z chilijskiej stacji Frei, a mały samolot również z Frei’a dość mocno krążył i oglądał wielką bryłę kilkutysiącletniego lodu. Dopiero, gdy pokazał nam się helikopter, zobaczyliśmy ogrom tego, co pływa po zatoce. Z małych przymiarek i porównań doszliśmy do wniosku, że wysokość tej góry lodowej to minimum 60 metrów. I pomyśleć, że to, co widzimy to mniej niż jedna czwarta tego, co jest pod wodą. Góra jeszcze tej samej nocy zasłoniła nam widok na najbliższych sąsiadów po drugiej stronie zatoki, żeby po kilku dniach wypłynąć i popłynąć w nieznanym kierunku.

Pingwiny widujemy tylko podczas sztormów, kiedy to kilka sztuk wychodzi na brzeg schować się przed falami. Nasze “antarktyczne kury” ciągle chodzą po dachu stacji i jak tylko słyszą otwierane drzwi, to od razu przybiegają w oczekiwaniu, że coś dobrego im skapnie. Póki co, wszyscy twardo się trzymamy i nie dokarmiamy. Odzwyczajamy. Nad falami można zobaczyć petrele śnieżne i mewy. A poza tym dookoła cisza, spokój i śnieg, jak to na zimę przystało.

Pochwodzioby - kura

Pochwodzioby – kura

Polska Stacja Antarktyczna

9.06.2014

Emil Kasprzyk

VN:F [1.9.22_1171]
Ocena artykułu: 7.4/10 (Głosujących: 24)
Z Mosiny na Polską Stację Antarktyczną cz. 7, 7.4 out of 10 based on 24 ratings

Skomentuj