Marta Mrowińska | wtorek, 23 Sty, 2018 |

“Wszystko przyszło we właściwym momencie” – rozmowa z Romanem Czeskim

Artysta niezwykły – tak go nazywam, choć każde określenie wydaje mi się w sposób niewystarczający opisywać tego nieprzeciętnie utalentowanego, wrażliwego i nadzwyczaj skromnego człowieka. Prezentowana rozmowa z artystą to nie tylko chęć przedstawienia bliżej jego osoby (choć myślę, że przedstawiać go nie trzeba). Jestem pod ogromnym wrażeniem procesu tworzenia, którego właściwie nie sposób oddzielić od reszty życia pana Romana, jego spojrzenia na świat, sposobu patrzenia na spotykające go życiowe zdarzenia… Myśląc o nim czuję ogromne wzruszenie, a jednocześnie mam w sobie wielki szacunek i podziw dla człowieka, który – żyjąc skromnie i cicho – tak wiele może dać nam wszystkim.

Roman Czeski – artysta wszechstronny

Roman Czeski – artysta wszechstronny, malarz, rzeźbiarz, z niezwykłym talentem pisarskim. Urodzony w Buku, jednak od wielu lat mieszkający w Mosinie i rozsławiający ziemię mosińską – głównie poprzez znanego wszystkim Eleganta z Mosiny (jest autorem pomnika Eleganta i kronikarzem niezliczonych anegdot związanych z tą postacią). Jego dziełem są także – między innymi – wystroje sal urzędów stanu cywilnego w Opalenicy, Mosinie, Czempiniu, Luboniu, Buku i Dopiewie. Jego autorstwa są również ołtarze zdobiące wnętrza kościołów m.in. w Mosinie, Buku, Wągrowcu, Lesznie, Ptaszkowie, Nowym Tomyślu, a także w Gdańsku. Artysta jest też twórcą wielu tablic pamiątkowych, statuetek, rzeźb, medali. Uhonorowany został między innymi przez Ministra Kultury i Sztuki tytułem “Mistrza Rzemiosła Artystycznego” (w 1989 r.) oraz medalem “Zasłużony dla Kultury Polskiej” (w 2016 r.). W 2005 roku otrzymał certyfikat godła „Najlepsze w Polsce” – „The best in Poland” za prace artystyczne w drewnie, statuetki i medale. W 2008 roku natomiast Towarzystwo im. Hipolita Cegielskiego przyznało mu Dyplom Godności Lidera Pracy Organicznej i Statuetkę Honorowego Hipolita.

Roman Czeski w warsztacie

Roman Czeski w swojej pracowni

Rozmowa z Romanem Czeskim

M.M.: Jak zostaje się artystą?

R.Cz.: To pojęcie moim zdaniem jest stosowane na wyrost. Wyspiański na podobne pytanie dziennikarzy odpowiedział, że artystą się nie jest, lecz bywa. Prawdopodobnie miał na myśli – i ja go popieram – że bywa się nim wtedy, kiedy zmienia się rzeczywistość, kreuje coś nowego. Trudno wymyślić wśród siedmiu dostępnych nam kolorów nowego van Gogha, a jednak znajdują się co jakiś czas ludzie, którzy potrafią pokazać, podzielić się z innymi tym, co w nich tkwi – i nie dlatego, że nazywają się artystami, po prostu mają taką potrzebę. Wielu ludzi nie ma żadnych dyplomów i są wielkimi artystami. Jest to zatem pojęcie różnie interpretowane. Uważam, że trzeba się z tym urodzić, szkoła to tylko droga, pewien etap.

Ja także nie czuję się artystą – po prostu robię to, co lubię. Życie tak mi się ułożyło, że zawsze robiłem to, co chciałem robić, a ludziom, którzy byli przy mnie, dawałem coś, z czego się cieszyli. Owszem, mówili, że to jest wyrób artystyczny, ale… sztuka chyba na tym polega: żeby dać ludziom coś, co ich ucieszy. Mieć taką potrzebę.

M.M.: Czy ta potrzeba była w Panu od początku?

R.Cz.: Tak. Od zawsze, odkąd pamiętam, ciągle coś tworzyłem: z zapałek, ze słomek… Koledzy grali w piłkę, a ja odkrywałem farbki, wyklejanki, odtwarzałem figurki, malowałem. itp. Pierwsze prace? Kiedyś odwiedziłem mojego pana od rysunku ze szkoły podstawowej, po bardzo długim okresie nie widzenia się z nim. A tam na honorowym miejscu wisi obraz – kwiaty w wazonie. Wydał mi się znajomy… Okazało się, że to był mój obraz, namalowany przeze mnie jeszcze w szkole podstawowej. Z kolei w Buku u kolegi na ścianie wsiały figurki – płaskorzeźby, “głowy wawelskie”. Wyrzeźbiłem je kiedyś po wycieczce do Krakowa – było ich w domu mnóstwo i później je porozdawałem.

M.M.: Powiedział Pan kiedyś o swoim tworzeniu, że nie umie Pan robić nic innego. Zabrzmiało to bardzo skromnie, a przecież to Pana życie.

R.Cz.: Nie – ja z tego tylko żyję. Moi koledzy oprócz tworzenia zajmują się jeszcze innymi sprawami – a ja po prostu zawsze tylko to robiłem, nic więcej. Na szczęście, zapotrzebowanie jest duże i zawsze mam zlecenia – najczęściej ludzie szukają czegoś konkretnego i nie mogą tego znaleźć, wówczas zwracają się do mnie. Powstają wtedy rzeczy niepowtarzalne – teraz na przykład robię stajenkę dla znajomego, na której umieszczona będzie jego rodzina, ich dom, a w tle będzie słychać kolędy w wykonaniu najmłodszego członka rodziny. Kolega sobie to wymyślił, a ja po prostu nadaję temu kształt.

M.M.: Wszystkie Pana prace są właśnie takie: każda ma swoją historię, jest bardzo… emocjonalna.

R.Cz.: Wszystko bardzo przeżywam, stąd się biorą potem nieprzespane noce… Trudno się emocjonalnie oderwać od pracy. Ostatnio miałem za zadanie zilustrowanie książki. Mieliśmy akurat wyjechać z żoną na wakacje, a tu okazało się, że termin wykonania ilustracji jest bardzo krótki – trzy tygodnie, góra miesiąc. Zapowiadało się, że będę pracował na tych wakacjach, do wykonania było bowiem około sześćdziesięciu akwareli.

Nie moglem wtedy zasnąć do rana. Zdecydowałem jednak, że zostawiam pracę i jadę na wypoczynek. Udało mi się oderwać, wypocząłem, a po powrocie miałem nową energię i pomysły na ilustracje.

M.M.: Czy w dotychczasowym Pana życiu artystycznym były momenty, które utkwiły Panu szczególnie w pamięci, coś wyjątkowego, ważnego?

R.Cz.: Można to podzielić na pewne etapy. Pierwszym ważnym etapem był z pewnością Urząd Stanu Cywilnego w Opalenicy. Pracowałem wówczas w Nowym Tomyślu w domu kultury, nie miałem jeszcze swojej firmy, a znajomy zlecił mi wykonanie tego zadania – dosłownie wparł mi, że potrafię to zrobić. To doświadczenie przydało się bardzo, bo krótko potem stwierdziłem, że dotychczasowa praca to nie dla mnie. Wówczas kolega Tadziu zaproponował mi, żebym przyszedł do pracy do jego prywatnej firmy stolarskiej – tam było zupełnie inaczej, wszyscy z zapałem zaczynali swoją pracę, panował entuzjazm wywołany tworzeniem czegoś nowego.

Postanowiłem wówczas założyć swoją firmę, a w tamtych czasach – był to 1983 rok – była to niełatwa decyzja. Sytuacja była trudna, miałem tylko jedną wiertarkę, dom był w budowie. Wtedy dostałem zlecenie z USC w Mosinie, by wykonać wystrój sali; jednocześnie rzeźbiłem ławki do kościoła w Ptaszkowie. Potem był Czempiń, Buk, Dopiewo – te zlecenia w urzędach postawiły mnie na nogi, mogłem wyposażyć sobie warsztat, kupić potrzebne narzędzia. Z Ptaszkowa szedł natomiast ślad “kościelny” – po ławkach zaczęło się wykonanie ołtarza w kościele w Buku, nad którym prace trwały wiele lat. Następnie pracowałem przy projekcie i wykonaniu ołtarza w Mosinie. To wszystko było bardzo stresujące, nie spałem wtedy po nocach, bardzo to przeżywałem, bo jednak są to bardzo duże projekty, które będą służyły przez wiele lat.

Miałem szczęście, bo od początku wszystko toczyło się jakby samo, jedno zlecenie wynikało z drugiego; nigdy nie startowałem w przetargach, nigdy też nie byłem bez pracy. Informacja przekazywana była zawsze tzw. drogą pantoflową. Wszystko ułożyło się w odpowiednim, dobrym czasie. Gdybym urodził się dziesięć lat później, może nie byłoby takiego w tym porządku… Wszystko przyszło we właściwym momencie. Był to jednak etap ciężkiej, fizycznej, remontowo-rzeźbiarskiej pracy.

M.M.: Jak wyglądała Pana droga związana z malowaniem?

R.Cz.: Malować zacząłem dopiero, kiedy zachorowałem na jaskrę. Owszem, zawsze marzyłem, żeby malować – dyplom zrobiłem z malarstwa i marzyłem, że jak już będzie w moim życiu spokojny czas, dzieci dorosną, wówczas zacznę malować. Jednak kiedy zachorowałem, lekarka powiedziała mi, żebym zaczął, bo mogę nie zdążyć. I tu znowu wszystko się ze sobą powiązało – wcześniej robiłem znajomym meble, teraz zacząłem urządzać im mieszkania malując obrazy. W dzisiejszych czasach są już inne technologie, istnieje wiele firm zajmujących się stolarką na wysokim poziomie, a i ja mam coraz mniej siły do takiej pracy, więc dużo maluję.

M.M.: Mówimy o rzeźbie, malarstwie – a ma Pan także doskonałe pióro. Skąd wzięło się pisanie?

R.Cz.: Pisać systematycznie zacząłem o Buku – koleżanka prowadziła tam pismo “Kosynier Bukowski”. Ja pisałem gwarą bukowską i przez jakiś czas ukazywały się moje felietoniki, ale gwarą trudno się czyta, więc nie było zainteresowania tematem. Potem powstał pomysł na cykl artykułów “Buk widziany z oddali” – chodziło o przedstawianie sylwetek ludzi, kórzy już nie mieszkają w Buku, jednak mają związane z nim wspomnienia. Prowadziłem przez jakiś czas ten kącik, co spotkało się z bardzo dobrym przyjęciem – moi bohaterowie i ich bliscy twierdzili, ze trafnie, z wyczuciem potrafię oddać klimat, slowa, okoliczności itp. W teksty, dialogi, wplatałem gwarę bukowską. Teraz współpraca z gazetą już się zakończyła, ale ja i tak dalej piszę: dla siebie.

A pisanie w ogóle zaczęło się od mosińskiego proboszcza, ks. Edwarda Majki – on nauczył mnie dowcipnego tonu (bo z samym pisaniem jako takim nie miałem kłopotu). Kiedy zacząłem budować ołtarz i spotykaliśmy się nieraz po dwa razy dziennie – a czasem i to nie wystarczało – ksiądz do mnie pisał. Ja mu odpisywałem – wszystko było jednak w żartobliwym, specyficznym, nieco uszczypliwym tonie, trzeba było wiedzieć, o co chodzi, żeby zrozumieć i móc się z tego śmiać. “Ćwiczyliśmy” to przez niemal piętnaście lat, potem przerodziło się to w korespondencję przesyłaną sobie z różnych miejsc.

Osobny etap pisania wiąże się ze stajenkami – do każdej powstaje historia, którą opisuję, a które to pisanie wzięło się z pytań innych ludzi – zawsze bowiem chcą poznać, co się zdarzyło w danym roku wiedząc, że ta historia ma odzwierciedlenie w stajence. O danej rzeźbie wiadomo wtedy wszystko :)

Zawsze jednak – czy do pisania, czy innej czynności – potrzebny jest klimat, porządek wokół… Nie rozstaję się także z notesem, zapisuję nieraz po dwa, trzy zdania lub jakieś kluczowe słowa – i już wiem, jak rozwinąć daną myśl potem.

M.M.: Czy któraś z form artystycznych jest Pana ulubioną?

R.Cz. To wszystko zależy od nastroju. Na przykład stajenki są już kontynuacją wieloletnią, zawsze jednak musi być jakiś impuls, coś, co mi się spodoba. Niedawno na przykład byłem w Poznaniu, wyszukując jak zawsze rzeczy związanych z Bożym Narodzeniem. Znalazłem jedną kartkę, która mi się spodobała, zatrzymałem się na herbatę w Starym Browarze w holu przy fortepianie no i proszę, mam szkic przyszłej stajenki, zupełnie znienacka mnie dopadło tak zwane olśnienie. No i zobaczymy, co z tego wyniknie :) Tak to się właśnie odbywa.

M.M.: Mam wrażenie, że posiada Pan umiejętność właściwego dystansu do wszystkiego, spojrzenia z odpowiedniej perspektywy na życie i to, co ono niesie.

R.Cz.: Wydaje mi się, że część artystów walczy o zmiany, mają swój język sztuki, który uprawiają – pisanie, malowanie czy inne formy. Ja do tworzenia potrzebuję spokoju – wtedy powstaje coś niepowtarzalnego. Kiedy planowany był ołtarz w Mosinie, wymogiem było, by było to coś wyjątkowego, nietypowego. Okazało się, że właśnie mój projekt zwrócił uwagę i spełnił oczekiwania.

Ważny jest też dla mnie kontakt z człowiekiem. W Buku odbywało się niedawno moje spotkanie autorskie. Pierwsze historie o stajenkach odczytywałem z notatek. Potem jednak odłożyłem teksty i zacząłem te historie opowiadać – i od razu poczułem się lepiej, widziałem ludzi, miałem z nimi kontakt. Stres mija zawsze, kiedy przywitam się z ludźmi, zapytam, co słychać – wtedy jestem gotowy do działania.

M.M.: A czy jest coś w Pana dorobku artystycznym, z czego jest Pan szczególnie dumny?

R.Cz.: Jestem bardzo zadowolony z Eleganta. Temat dosłownie leżał na ulicy, a ja przez kilka lat próbowałem tworzyć różne wersje Eleganta, zanim powstała statuetka, którą mamy dzisiaj. Pierwszy Elegant miał stać na dworcu, miał być zrobiony z drewna, trzymać w ręce białą chusteczkę i żegnać nią podróżnych. Zrobiony był już projekt, ale dworzec to teren kolejowy i nie dostaliśmy zgody na postawienie tam figury. Zastanawialiśmy się razem z Andrzejem Kasprzykiem, jak to zrobić, żeby to było coś ekstra – obaj czuliśmy, że jest to ważny temat. Narady trwały całymi miesiącami, ale wciąż bez efektu.

Roman Czeski w warsztacie

Roman Czeski w pracowni

W tym czasie zacząłem robić ołtarz w Mosinie, od pracy w pyle i kurzu nabawiłem się astmy. Przez miesiąc nie mogłem spać. W końcu pojechałem do pulmunologa do Poznania, żeby się przebadać. Po tej wizycie nagle poczułem się jak młody bóg, dosłownie mnie olśniło i wracając do domu wiedziałem już, jak będzie wyglądać Elegant. I tak powstała figurka, która na początku nie cieszyła się uznaniem, u Andrzeja (Kasprzyka – przyp. red.) wzbudziła za to niesamowity entuzjazm.

Wiedzieliśmy, że musimy nauczyć ludzi, że być Elegantem z Mosiny to nie jest coś wstydliwego, ale coś, co nas wyróżnia w całej Polsce i nie tylko. Parę razy udało mi się dotrzeć do telewizji z Elegantem. Raz Zbigniew Górny powiedział o Elegancie na jednym z koncertów. Pomyślałem wówczas, że koniecznie muszę się dostać do niego ze statuetką. Nie bez problemów, ale udało się. Spirala zaczęła się kręcić i z czasem udało się doprowadzić do tego, że Elegant był – i wciąż się staje – coraz bardziej znany. Dlatego też jestem bardzo zadowolony, zarówno z idei jak i wykonania – statuetka jest bowiem teraz uproszczona, łatwo ją powielać i wykonanie nie jest drogie. Minęło jednak dwadzieścia lat i był to czas “przebijania się” przez temat, przyzwyczajania ludzi do symbolu i jego znaczenia. Teraz Elegant jest przyznawany jako odznaczenie za wkład w kulturę mosińską.

M.M.: A jakie ma Pan plany na przyszłość?

R.Cz.: Moje plany zawsze mnie zaskakiwały. Parę lat temu nie wiedziałem na przykład, że będę malował kartki. Na szczęście nie wyrzuciłem starych pomysłów, wzorów i może w przyszłości do nich wrócę. To, co stworzyłem, wcześniej mnie zadowalało, ale teraz już planuję coś innego, inaczej też namalowałbym na przykład to, co już powstało jakiś czas temu. Zawsze też zaskakuje mnie to, co wychodzi w trakcie malowania. Mam na przykład zaplanowane warianty innych kartek, ale co z tego wyjdzie – będzie pewnie i dla mnie samego zaskoczeniem. Potrafię przewidzieć pewne zlecenia, które dostaję, ale ciągle pojawia się coś nowego. Poza tym, powinienem już dawno przestać pracować, ale nie ma na to czasu :)

M.M.: Jest Pan cały czas w procesie tworzenia, on nigdy się nie kończy.

R.Cz.: Musi tak być :) Staram się dotrzymywać terminów, ale jak już mam się spóźnić to dwa, trzy lata – albo nie robię czegoś w ogóle :) Czasem po prostu nie mam do czegoś serca i nie mogę wrócić do danej pracy. Przykro mi wówczas, że nie mogę tego skończyć, ale się po prostu nie da.

M.M.: Bardzo dziękuję za spotkanie.

VN:F [1.9.22_1171]
Ocena artykułu: 9.5/10 (Głosujących: 4)
"Wszystko przyszło we właściwym momencie" – rozmowa z Romanem Czeskim, 9.5 out of 10 based on 4 ratings

Marta Mrowińska

redaktor naczelna Gazety Mosińsko-Puszczykowskiej

Skomentuj